5 POWODÓW DLA KTÓRYCH NIE WARTO…

z Brak komentarzy

przeprowadzać się z Dublina do Monachium. Jeśli stoisz przed dylematem przeprowadzki ze stolicy Irlandii do serca Bawarii ten artykuł to must-read dla Ciebie. Przeszłam ten proces i dzielę się tu własnym doświadczeniem, dlatego pomiń wstęp i od razu przejdź do konkretów.

Jeśli taka przeprowadzka nie czeka cię w najbliższym czasie, możesz mieć wrażenie, że ten temat nie jest dla ciebie interesujący. Jednak, znalazłabym w tym momencie przynajmniej 5 powodów, dla których warto przeczytać ten tekst. Nie będę przytaczać ich wszystkich, bo byłby to tekst w tekście, ale podam 2 argumenty.

Po pierwsze: nigdy nie wiesz, co cię jeszcze czeka w życiu. Dwa lata temu nie miałam pojęcia, że będę migrować z wyspy na kontynent. Gdybym wtedy przeczytała taki tekst, mogłabym ustrzec siebie przed serią rozczarowań. Jeśli nie masz w zwyczaju chomikować argumentów na zapas, dodam jeszcze jeden. Pomysł na tekst pojawił się niespodziewanie podczas konwersacji z koleżanką. Psioczyłam na monachijską pogodę, na co ona przypomniała mi, że przybyłam przecież z Irlandii. Rozpoczęła się dłuższa wymiana zdań, którą podsumowała: „To masz pomysł na tekst.”. Moja automatyczna odpowiedź brzmiała: „Obawiam się, że chyba nie ma za dużego zapotrzebowania na taki temat.”. Na co ona odparła: „Na dobry humor jest zawsze zapotrzebowanie.”.

Jednym słowem, jeśli masz ochotę na kilka uśmiechów podczas jesiennej szarugi, czytaj dalej…

 

5 powodów dla których nie warto

 

5 powodów dla których nie warto przeprowadzać się z Dublina do Monachium. 

 

#1 POGODA

 

Pogoda, czyli to, nad czym ludzkość od wieków nie potrafi zapanować (a nawet przyczynia się do pogorszenia stanu rzeczy). Kiedy wyprowadzaliśmy się z Dublina, na wieść o tym, że lecimy do Monachium często słyszałam odpowiedź: „Uuuu Niemcy (zawód w głosie). Ale za to ta pogoda (zazdrość w głosie).”. Sama tak myślałam. O ile pokochałam Irlandię i nawet przyzwyczaiłam się do różnic w stosunku do życia na kontynencie, o tyle pogoda była zawsze tematem do narzekań. Co prawda nie było aż tak źle, jak się może wydawać (o pogodzie w Irlandii napisałam cały artykuł), ale jednak brakowało pór roku. Najbardziej brakowało LATA. Nie jestem wielką fanką upałów (jak się ostatnio okazało dzięki konsultacjom ajurwedyjskim, mam ku temu powody), jednak brakowało mi ciepła. Tak po ludzku miałam ochotę na pewną różnorodność i te trzy miesiące lata, kiedy można schować do szafy ciepłe buty, czapkę i szal oraz założyć sandały i zwiewne sukienki (a mam ich sporą kolekcję). Dlatego wylatując do Monachium cieszyłam się jak głupia na lepszą pogodę. I zawiodłam się. Owszem – pory roku niby są. Lato jest. Zima też była (długa i mroźna, co akurat nie należy do zalet). Z wiosną było trochę gorzej, bo w tym roku przypominała jesienio – zimę. Na co w takim razie narzekam? Na częste i nagłe napady deszczowych dni. Niezależnie od pory roku (tak, także latem) tutaj bardzo często pada. I jak się okazuje – Monachium tak ma.

Wiem, że ludzie nie z cukru i od deszczu się nie roztopią, ale gdy codziennie odwozi się dziecko rowerem do przedszkola pogoda zaczyna mieć znaczenie. Oczywiście w Niemczech można zaopatrzyć się w niezwykle praktyczne gadżety na deszczową pogodę. I tak – mam już: „super – seksi” czarne spodnie na deszcz, a do kompletu równie uroczą czapeczkę z daszkiem. Wszystko wiatroszczelne i wodoodporne, ale jednocześnie oddychające (jak tu nie wierzyć w cuda). Mój look dopełnia kurtka z Irlandii (pasuje idealnie). Wyglądam w tym zestawie jak skrzyżowanie robotnika drogowego z krasnalem Hałabałą, czyli coś o czym zawsze marzyłam. Zapytasz mnie dlaczego nie jeżdżę autem? Odpowiedź jest prosta – nie mam prawa jazdy (ale fakt – pogoda motywuje do zrobienia). Powtórzę to, co napisałam mojej koleżance, która zachęciła mnie do napisania tego tekstu: pogoda w Monachium jest jak w Irlandii, tylko gorsza (bo latem jest upał, a zimą mróz). 

 

PODSUMOWUJĄC: w starciu Dublina z Monachium przyznaję remis, bo czasem jednak człowiek ma ochotę na upalne dni i palące słońce (które sprzyja lepszemu nastrojowi, nawet gdy nie lubi się upałów). Oczywiście jeśli kochasz deszcz, albo po prostu masz prawo jazdy (i nie masz dziecka, bo jak wiadomo w czasie deszczu dzieci się nudzą) ten argument może do ciebie zupełnie nie przemawiać.

 

#2 JĘZYK NIEMIECKI

 

Miałam świadomość, że w Monachium mówi się na co dzień po niemiecku. Wiedziałam również, że jest to dla mnie język całkowicie obcy, bo nigdy (ale to przenigdy) nie uczyłam się niemieckiego. W szkole uczyłam się angielskiego (tak, tak – to ten język, którym posługują się Irlandczycy), a później rosyjskiego (z własnego wyboru i pociągu do literatury i sztuki zza wschodniej granicy). Wiedziałam, że aby poczuć się w miarę swobodnie w Monachium będę musiała nauczyć się niemieckiego. Jednak jakoś zupełnie pominęłam ten fakt (może miałam tzw. baby brain). Tak naprawdę przyjęłam założenie, że Monachium to na tyle międzynarodowe i multikulturowe miejsce, że na początek angielski wystarczy mi na co dzień. Co więcej uważałam, że na fali podekscytowania nowością, wygospodaruję czas i chęci na naukę zupełnie nowego języka.

Myliłam się w każdym z tych założeń.

W Niemczech mówi się po niemiecku, a w Bawarii po bawarsku. Nie pytaj mnie o różnicę, bo jestem w tym zielona, ale każdy Bawarczyk pozna swego jak tylko otworzy gębę. W Monachium mieszka wielu ekspatów z całego świata i faktycznie można znaleźć wiele miejsc i usług im dedykowanych. Poza tym królują sklepy samoobsługowe, także z głodu nie umieram. Jednak nie każda napotkana osoba mówi i rozumie to co mówi się do niej po angielsku (wbrew powszechnemu przekonaniu). Jednym słowem, żeby poczuć się tu jak w domu należy nauczyć się miejscowego języka. Żeby nauczyć się miejscowego języka należy poświęcić temu czas i pieniądze… Jeśli jest się blogerką (nawet tak rzadko publikującą jak ja), podcasterką (całkiem świeżą, ale jednak, a jeśli jeszcze nie słuchałaś to wskakuj TUTAJ), a przede wszystkim matką niespełna trzyletniej dziewczynki – czas i energia to zasoby na wagę złota. Jak twierdzi Warren Buffett (jeden z najbogatszych ludzi na świecie) – czasu nie da się kupić (choć z perspektywy młodej matki mogłabym się sprzeczać, bo płacąc za przedszkole niejako kupuję dla siebie czas).

W tym momencie wracam myślami do Dublina, gdzie mogłam się w miarę swobodnie porozumiewać, bo znałam angielski. Z perspektywy czasu i doświadczenia widzę, jak głupia byłam uważając, że mój angielski nie jest perfekcyjny. Prawda jest taka, że język to narzędzie do komunikacji. Miarą udanej wymiany zdań powinien być mierzony, a nie jakimś dążeniem do perfekcji.

 

PODSUMOWUJĄC: 1:0 dla Dublina. W moim przypadku, bo jeśli znasz świetnie język niemiecki, ten argument nie ma dla ciebie najmniejszego znaczenia.

 

#3 PRZEDSZKOLE

 

Przychodzi taki moment w życiu matki i dziecka, kiedy na liście życiowych priorytetów pojawia się punkt – znaleźć dla małego człowieka bezpieczne i zaufane miejsce, w którym może uczyć się pierwszych kontaktów społecznych oraz robić to wszystko, co z matki wysysa energię (brudzić się itp.). Każda matka, która ma potrzebę robienia czegoś poza przebywaniem ze swoim dzieckiem wie, jak cenne jest zdobycie (w przypadku monachijskich standardów używam tego słowa celowo) miejsca w przedszkolu. Jeśli ani matka, ani dziecko (choć akurat w przypadku dziecka adaptacja przechodzi łagodniej) ni w ząb nie znają niemieckiego, sprawa staje się jeszcze bardziej skomplikowana. Owszem, w Monachium są przedszkola międzynarodowe (jest nawet polskie przedszkole), jednak są one przedszkolami prywatnymi, a co za tym idzie kosztują sporo. Prawda jest taka, że wśród mam rozmowa – czy dostaliście miejsce w przedszkolu – to jeden z głównych tematów. Znam wiele osób, które nie dostały miejsca w państwowym przedszkolu (bo jest ich po prostu za mało), albo wożą dziecko do innej dzielnicy (bo w okolicy wszystko zapchane). Mamy to niezwykłe szczęście, że udało się nam znaleźć miejsce w przedszkolu, które w dodatku kochamy z Bułą ponad życie (za atmosferę i za to, że wszyscy mówią tam po angielsku). Jednak przypominam sobie, że w Dublinie dziecko od 2,5 roku otrzymuje dofinansowanie od państwa na miejsce w przedszkolu na pół dnia. Jednym słowem to, za co dziś słono płacimy mielibyśmy za darmo.

 

PODSUMOWUJĄC: znów 1:0 dla Dublina. Przedszkole byłoby za free (ale muszę przyznać, że to tylko moje założenie, nie sprawdzone empirycznie). Jednak jeśli nie masz dziecka i mieć nie będziesz, to ten argument w twoim przypadku odpada.

 

#4 KUSZĄCE PRECLE I PIWO 

 

Jedzenie i alkohol są w Monachium dużo tańsze niż w Dublinie. Ceny są mniej więcej w stosunku 1 do 3. Teoretycznie jest to plus. Jednak, gdy zaglądam do szafy i widzę za małe ubrania, lub też w lustrze odbija się moja obszerniejsza niż rok temu pupa i talia, mam wątpliwość, czy to dla mnie korzystne. W dniu, gdy właśnie świętuje się w Monachium Octoberfest, mogę z pewnością założyć, że mieszkam w światowej stolicy piwa. Mając słabość do tego trunku przez ostatni rok nie odmawiałam go sobie (lokalny Augustiner jest naprawdę bardzo dobry). Dopiero niedawno powzięliśmy z Dickiem mocne postanowienie poprawy jakości naszego życia, w myśl którego picie piwa zostało mocno ograniczone. Cytując Dicka: „Dlaczego nikt nie mówi, że od picia piwa człowiek czuje się jak nadmuchany balon?”. Hmm, myślę, że nie trzeba tego mówić – wystarczy spojrzeć w lustro…

W Dublinie alkohol jest niesamowicie drogi (celowo, aby wyspiarze nie pili na umór – Irlandczycy znani są w świecie ze swoich możliwości). Jedzenie (choć akurat nie do końca rozumiem dlaczego) też jest drogie. Monachijska kuchnia jest podobna do polskiej. Królują tłuste mięsiwa czyli golonki i sznycle (czytaj schabowe) oraz pieczywo. Niekwestionowanym liderem wśród wyrobów piekarniczych są PRECLE. Podaje się je bez ustanku. Kuszą od rana do wieczora. Prześladują człowieka na każdym kroku. I chyba nie muszę dodawać, że mogą mieć wiele wspólnego z tajemniczym kurczeniem się moich ubrań (choć zastanawiam się, czy nie obwinić za to pralki…).

 

PODSUMOWUJĄC 1:0 dla Dublina. Oczywiście z punktu widzenia osoby, która sama nie potrafi się powstrzymać przed pochłanianiem nadmiernych ilości chrupiących precli i piwa. Jeśli nie masz z tym problemu, ten argument w twoim przypadku odpada.

 

#5 MODA

 

Ten punkt to moje bardzo subiektywne odczucie. Choć może nie do końca… Krótko po przyjeździe do Monachium rozmawiałam ze znajomą z Berlina, która powiedziała że nie lubi Monachium za panujący na ulicach „sztywny styl”. Uzasadniła to, że w Berlinie może śmiało wyjść w tym, w czym jej wygodnie na ulicę oraz bez makijażu i nie odbiega zanadto od reszty (która jest tak różnorodna, że tworzy pewnego rodzaju kolaż). W Monachium „menelski” styl nie jest w trendzie. Tutaj większość osób wygląda, jak z reklamy sklepu Peek & Cloppenburg. Oczywiście wiele zależy od dzielnicy (im bardziej biurowa, tym więcej wyprasowanych koszul, garniturów i garsonek) oraz ludzi, których się spotyka. Jeśli nie bardzo rozumiesz, dlaczego mnie to drażni, to wróć do pkt. 1. (odpowiem: ciągły deszcz i mój „super seksi” strój Hałabały…).

W Dublinie lubiłam irlandzki „luz” (choć przyznam, że zakrawający w pewnych momentach o niechlujność, co mniej mi się podobało). Większość osób chodziła w adidasach (bo tak było wygodnie) i luźnych ubraniach, zupełnie nie przejmując się tym, co inni sobie pomyślą. Było mi z tym jakoś lżej, zwłaszcza, że jako matka na co dzień głównie pcham wózek, albo jadę na rowerze i generalnie muszę czuć się swobodnie. Z drugiej strony myślę sobie o rzeszach Niemek, które bardziej niż z dbałości o modę i urodę słyną z praktycznego podejścia…. Więc może wcale nie o ubranie mi chodzi? Irlandzki „luz” był tylko dopełnieniem swobodnej, irlandzkiej duszy… A gdy myślę o niemieckiej duszy to jakoś widzę ją ubraną obowiązkowo w niebieską marynarkę, albo coś równie praktycznego (zależnie od zadania), obowiązkowo według powszechnie przyjętych reguł i zasad.

 

PODSUMOWUJĄC 1:0 dla Dublina. Tylko w przypadku, gdy odgórnie przyjęte zasady za bardzo cisną cię w kołnierzu…

 

W nagrodę za to, że dobrnęłaś do końca tekstu mam dla Ciebie specjalny, bonusowy argument (wiem, że to już 6., ale jak to mówią od przybytku głowa nie boli). 

 

#6 MORZE KONTRA GÓRY

 

Dublin pokochałam miłością absolutną za morze. Pisałam o tym wielokrotnie, więc nie będę się powtarzać. Od moich monachijskich koleżanek (które akurat są wielkim plusem mieszkania w tym mieście) otrzymałam serdeczną wskazówkę, że Monachium otoczone jest pięknymi jeziorami. Pewnie tylko dlatego, że jestem dość upartą osobą, nie widziałam ich jeszcze z bliska. Nadal uważam, że morza nie zastąpią. Zwłaszcza tego, na które mogłam spoglądać przez okno. Wiem też, że nieopodal są góry i to nie byle jakie, bo Alpy, ale zdania nie zamierzam w tej kwestii zmienić. Po prostu stan, w jaki wprowadza mnie szum fal jest nie do opisania.

 

PODSUMOWUJĄC 1:0 dla Dublina. Oczywiście, jeśli wolisz góry to w tym wypadku cię nie przekonam.

 

Na zakończenie tego zaskakująco długiego wywodu powinnam napisać, że nie warto przeprowadzać się z Dublina do Monachium (w końcu wynik końcowy jest 6:1 dla Dublina). Jednak mam świadomość, że argumenty są dość subiektywne i dyskusyjne, a konfrontacja z przeciwnościami losu poszerza horyzonty.  Po roku trudno jest mi powiedzieć, że czuję się tu jak w domu. Jednak nauczyłam się w dużej mierze akceptować to, na co nie mam wpływu. Poza tym, muszę stwierdzić, że samo miasto ma kilka plusów, ale to temat na inny tekst. Jeśli czeka cię przeprowadzka do Monachium, albo zwyczajnie zainteresowało cię to miasto polecam Ci tekst mojej koleżanki, która Monachium pokochała miłością absolutną i ma ku temu swoje powody. A nawet 10 powodów… (PRZECZYTAJ)

 

Co Ty na to?

Daj znać w komentarzu, albo napisz do mnie.

 

CHCESZ DOWIEDZIEĆ SIĘ O NOWYM TEKŚCIE JAKO PIERWSZA?

Zapisz się na listę, aby otrzymywać LISTY. Moja dewiza: No spam policy! Tylko listy od serca i z głową.

ZAPISZ SIĘ NA LISTĘ TUTAJ >>>

 

Spodobał Ci się ten tekst?

Nie bądź sknera, podziel się z innymi! ;-P