All you need is love? 

z Brak komentarzy

Dziś walentynki i środa popielcowa. Jednym słowem dzień do „tańca i do różańca”. Jeśli jesteś wierząca, to wybacz ten czarny humor, nie mam intencji, aby obrażać Twoich uczuć.

Osobiście, z dwojga złego, wybieram walentynki.

Kiedy byłam młodsza nie lubiłam ani jednego, ani drugiego święta.

Dlaczego?

Środa popielcowa była dla mnie prawdziwym koszmarem. Kocham jeść i kocham wolność, dlatego na jakiekolwiek ograniczenia odnośnie tego co i ile mogę jeść reaguję agresją. Jeśli dodasz do tego przymusu fizjologiczną reakcję mojego ciała (jest takie piękne powiedzenie w j. ang.: „A hungry man is an angry man.”) i retorykę posypywania głowy popiołem oraz żałowania za grzechy – katastrofa gotowa. Najlepszą strategią jaką udało mi się wypracować na przestrzeni nastoletnich lat było przesypianie połowy tego dnia (tak byłam bardzo grzeczną dziewczynką). Dopiero kiedy dorosłam uświadomiłam sobie, że mam wybór. I choć wiem, że mam wybór, to ręka lekko drży, gdy piszę te słowa. Przypomina mi się w tym momencie jedna z „13-nastu bajek z królestwa Lailonii” Leszka Kołakowskiego pt. „Jak bóg Maior utracił tron”, którą czytałam wczoraj.  Jeden z głównych bohaterów sprzeciwia się wobec odgórnie (czytaj przez lokalnego boga) ustalonych zasad. Nie widząc w nich logiki, ani sensu, buntuje się. Zostaje uznany przez społeczeństwo za szaleńca, a po śmierci… Nie będę zdradzać Ci szczegółów, ani morału. Bajka jest krótka, zachęcam cię do przeczytania i podzielenia się swoimi wrażeniami odnośnie morału i przesłania. Bo przecież, dodając do jej treści wiedzę o tym, że Leszek Kołakowski był ateistą, można w niej znaleść różne morały. Ja póki co szukam swojego. Ale postom póki co mówię stanowcze nie. Wystarczą mi diety odchudzające. 😉

 

All you need is love?

Wracając do Walentynek, bo przecież o nich chciałam dziś pisać. 😉 

Nie lubiłam ich przez lata z dwóch powodów. Po pierwsze, z zasady nie lubię „sztucznych” świąt, które mam wrażenie powstają aby coś komuś sprzedać. Walentynki, mimo pięknej idei są dla mnie takim świętem. Po drugie kojarzyły mi się zawsze z niespełnionymi nadziejami. Za czasów szkolnych był to taki dzień, w którym ktoś mógł ci podrzucić niespodziewanie do plecaka piękną kartkę z wyznaniem sympatii i sprawić, że poczujesz się ważna i wyróżniona. Czekałam zawsze na te niespodziewane kartki, jednak z reguły na próżno (nie licząc kartek od przyjaciółki, która była tak miła, że robiła co mogła 🙂 ). Dlatego na wszelki wypadek postanowiłam przyjąć założenie, że jakieś tam wymyślone walentynki zupełnie mnie nie obchodzą (a raczej ja ich nie obchodzę).

Moje podejście zmieniło się od kiedy zaczęłam mieć z kim obchodzić Walentynki. Jednak mam wrażenie, że do dziś zostało we mnie poczucie lekkiej ignorancji do tego dnia (patrz na punkt 1, ciągle w niego wierzę). Ale ostatnio doszłam do wniosku, że każdy powód do świętowania jest dobry. Gdy usłyszałam powiedzenie: „Ciesz się na zapas.”, postanowiłam, że stanie się moją mantrą. Dodaję do niego dziś: i świętuj na zapas! Także, wieczorem zamierzam zjeść sushi, aby świętować moją wielką miłość do jedzenia (oczywiście z moim mężem 😉 ). Zresztą…

miłość to nie walentynki. 

Do dziś dźwięczą mi w głowie słowa poety, którego miałam przyjemność oglądać na żywo mieszkając jeszcze w Dublinie (pisałam o tym TUTAJ):

„She (mowa o jego mamie) told me, that love is not all you need.” Na te lekko sarkastyczne słowa publiczność odpowiedziała lekkim śmiechem. A może uśmiechem? Nie pamiętam szczegółów, ale wiem, że miałam ochotę wtedy krzyknąć: „Oł je! W końcu jakiś poeta mówi prawdę!” I zgadzam się z nim do dziś. Choć może nie do końca? Znów ręka mi drży, jak podczas akapitu o środzie popielcowej. Bo może prawdziwa miłość to jednak klucz do szczęścia, życiowego sukcesu i wszystkich błogosławieństw? Tylko może nie chodzi o miłość do innych, tylko tę do siebie? Zastanawiałam się już kiedyś nad tym, pisząc o miłości własnej i miłości pożyczonej (możesz przeczytać TUTAJ). Ale prawda jest taka, że do dziś sama nie jestem pewna.

Tyle ode mnie. Refleksja, pewnie bardziej do różańca…

Jakbyś miała ochotę na coś do tańca, to specjalnie dla ciebie zamieszczam video ze starym teledyskiem Tiny Turner. Skąd ten szalony pomysł? Myślę, że Tina Turner jest dobra na wszystko. 😉 Ta kobieta w swoim życiu smakowała bardzo różne rodzaje miłości (od toksycznego związku po buddyjskie praktyki skierowane na miłość własną). Poza tym, ten teledysk… jak zobaczysz to sama zrozumiesz. 😉

 

WŁĄCZ SIĘ DO ROZMOWY! 

Jak spędzasz dzisiejszy dzień? I czym dla ciebie jest miłość? Takie pytania na rozgrzewkę, bo może moje słowa podziałałay na ciebie dziś jak płachta na byka? Podziel się swoimi refleksjami w komentarzu. Jeśli wolisz bezpośredni kontakt, zawsze możesz do mnie napisać.

 

CZEKASZ NA KOLEJNY TEKST?

Staram się pisać co tydzień, jednak kolejnego tekstu za tydzień obiecać ci nie mogę. Pewne jest to, że gdy tylko opublikuję następną historię, dam o tym znać wszystkim osobom zapisanym na LISTĘ. A to jest tylko jeden z powodów, dla których warto się zapisać. 😉

OK, ZAPISZ MNIE >>>