Po choinkę* mi Facebook?

z Brak komentarzy

Długo biłam się z myślami, czy pisać ten tekst. Kilka dni temu przyszła do mnie dziwna myśl. Od tego czasu notuję w swojej głowie niespodziewany wykwit zdań. Wszystko to tak bardzo prosi się o złożenie w tekst i publikację, że jestem skłonna uwierzyć w założenia propagowane przez Elizabeth Gilbert w „Wielkiej Magii” (jeśli nie wiesz o co chodzi zajrzyj do tego tekstu).

Dlatego w ten mroźny, zimowy dzień zamykam się pospiesznie w pokoju, zapalam dwie świeczki, siadam pokornie przy moim biurko-stole przywiezionym z Irlandii, włączam komputer i oddaję się idei, która ściga mnie od kilku dni. Mam dla niej przygotowane nawet wygodny fotel, na którym może usiąść gdy będzie wspierać mnie w pisaniu. Także, podążając za Liz Gilbert uprzedzam Cię lojalnie, jeśli tekst nie będzie Ci się podobał – to nie ja schrzaniłam robotę, to idea zawiodła ;).

Już wyjaśniam o co chodzi.

Wszystko zaczęło się od myśli…

NIE LUBIĘ FACEBOOKA.

Pojawiła się ona w mojej głowie gdy kilka dni temu odłożyłam telefon na półkę i położyłam się do łóżka. Zaraz potem pojawiła się myśl, że to może dobry materiał na tekst. Chciałam zapisać, żeby nie uciekła, jak będę spała, ale nie chciało mi się już wstawać. Pomyślałam więc, że myśl jest wielce niestosowna i odesłałam ją tam, skąd przybyła.

Gdy obudziłam się rano szybko wróciła. Razem z tą koleżanką, która zaczęła naciskać, żeby jednak o tym napisać. Powiedziałam im, że to nie fair, bo ludzie mogą nie zrozumieć i wyjdę na hipokrytkę, bo przecież facebook blogerowi potrzebny jest jak woda rybie (tak głoszą wszystkie autorytety od blogowania i od social mediów).

Ale myśl nie dawała spokoju. Więc pochyliłam się nad nią. I zapytałam sama siebie – czy ja naprawdę nie lubię facebooka?

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI CZYLI POCZĄTKI FACEBOOKA.

Sięgnęłam pamięcią do czasów, gdy założyłam konto na facebooku. I przypominam sobie, że wtedy też go nie lubiłam. Facebook pojawił się w moim życiu za sprawą kilku znajomych z pewnego wesołego i rozśpiewanego grona. Skończyłam wtedy studia, szukałam pracy i większość czasu spędzałam w pociągu na trasie między Poznaniem, a Wrocławiem.

Do założenia konta długo zniechęcała mnie idea ciągłego publikowania informacji o sobie – gdzie się było, co się zjadło, czego się wysłuchało i z kim by się czego chciało. Wszystko okraszone szalonymi fotami dokumentującymi zwykłą codzienność, którą przecież wszyscy mieliśmy podobną. To nie był mój styl ani moja bajka.

Pomijam fakt, że nie miałam wtedy jeszcze smartfona więc nawet gdybym chciała uczestniczyć w tym kolorowym korowodzie roześmianych eg (chodzi o liczbę mnogą słowa ego w dopełniaczu) to byłoby to trudne. Może dlatego zrezygnowałam w przedbiegach?

Ale nie na długo.

Założyłam konto, gdy pojawiła się gra FarmVille (kto grał w FarmVille ręka do góry 😉 ). Najpierw dlatego, że serdeczny znajomy poprosił mnie o jakieś tam punkty, dzięki którym mógł posiać czegoś tam więcej, dzięki czemu jednego dawno nie widziana córka posyłała mu wirtualne kosze owoców (jednym słowem szlachetna i wzruszająca idea). Przed dołączeniem do tych całych social mediów, które nie do końca były w zgodzie z moją naturą postanowiłam wymyślić pseudonim (do dziś lubię pseudonimy 😉 ). Pewnego dnia jechałyśmy  z koleżanką jej rozwalającym się cinquecento, gdy nagle na światłach przed nami stanął bardzo dziwny samochód z przyklejoną na tylnej szybie wielką naklejką opalającej się kobiety i podpisanej równie egzotycznym imieniem. Wypowiedziałam to imię dodając krótkie słowo z rejestracji i orzekłyśmy, że będzie to moje facebookowo-farmerskie alter ego. Dorzuciłam do tego zdjęcie jednej z bohaterek kultowego amerykańskiego serialu z lat 80tych.

I tak już zostało. Na kilka dobrych lat.

FACEBOOK STAŁ SIĘ MOJĄ CODZIENNOŚCIĄ.

Zaczęłam grać w FarmVille i zupełnie straciłam głowę. Ponieważ zbiegło się to w czasie z mało owocnymi poszukiwaniami pracy, uprawiałam farmę godzinami (no może przesadzam, nie było aż tak źle). Szybko zapragnęłam mieć więcej punktów, za które mogłabym coś posiać (z tego co pamiętam, bo może mi się już wszystko myli) dlatego musiałam zapraszać do gry kolejnych znajomych.

Gdy w końcu dostałam stałą pracę, kilka szybkich awansów i podwyżek, kupiłam smartfona, zaczęłam używać facebooka na co dzień. Zazwyczaj obserwowałam. Śledziłam. Podglądałam. Like’owałam czytane na co dzień strony i w pewnym momencie uzmysłowiłam sobie, że mam w jednym miejscu cały świat internetowy.

Gdy wyjechałam za granicę, siedziałam sama w domu z małym dzieckiem ten świat facebookowo-internetowy stał się na chwilę moim całym światem. Nie musiałam być w Polsce aby wiedzieć u kogo co nowego. Kto co je, co kupuje, kto gdzie był na wakacjach i komu rodzi się dziecko. Wszystko podane jak na tacy.

Gdy zaczęłam bardziej interesować się samorozwojem na moim wallu zaczęło się pojawiać coraz więcej inspiracji, motywacji i speców od zmian na lepsze. Potem pojawiły się grupy tematyczne. Zapisałam się do wielu i odkryłam jak bardzo obcy ludzie lubią uzewnętrzniać się przed sobą (w sumie mi to nie przeszkadza). I jak bardzo ludzie lubią komentować (a właściwie krytykować) wszystko, niezależnie od własnego poziomu wiedzy (a to mnie akurat bardzo wkurza).

Jedno jest pewne – facebook zawładnął moim sercem i umysłem. Nawyk wszedł w krew i był wykuty w codzienności. Nie sądziłam, że kiedyś to mogłoby się zmienić.

DETOKS OD FACEBOOKA.

Niby to lubiłam, ale jakoś źle się od tego czułam (trochę jak z fastfoodem).  Dopiero dziś mam świadomość, że źle czułam się z tym całym cudzym majdanem wirującym w mojej głowie.

Nagle przeszłam na detoks.

Wyłączyłam się zupełnie.

Usunęłam aplikację ze smartfona.

Dlaczego? Pozornie chodziło o lepsze wykorzystanie czasu. Był to jeden z punktów omawianych podczas kursu PSC „Zorganizuj się w 21 dni” (recenzję tego kursu przeczytasz tutaj). Na początku bardzo się przed tym wzbraniałam. Pamiętam, że jako VIP mogłam wysyłać do Oli maile. W jednym z pierwszych maili napisałam do niej coś w stylu, że wszystko wszystkim, ale facebook to mój towarzyski tlen na obczyźnie i jak z niego zrezygnuję to skażę się dobrowolnie na życie mniszki zakonnej. Pamiętam też co mi Ola odpowiedziała. Że ona to wszystko w 100% rozumie i nie chce absolutnie abym wstępowała do wirtualnego zakonu, w którym nie ma dostępu do facebooka, ALE jeśli uda mi się ograniczyć bytność w tej sieci powiązań to paradoksalnie poczuję się lepiej.

I miała rację.

Zastosowałam się do jej wskazówek. Najpierw sprawdzałam facebooka tylko 3 x dziennie po 15 min. Po jakimś czasie poczułam, że nie jest mi to do niczego potrzebne. Wyłączyłam się zupełnie na kilka miesięcy.

Na facebooka wróciłam kilka dni temu za sprawą innego kursu, tym razem dotyczącego blogowania. I poczułam się źle. Jak po jeździe nocnym autobusem.

 

Po choinkę mi facebook.

 

CO MI KONKRETNIE W FACEBOOKU „PRZESZKADZA”.

Padło już tyle słów, a ciągle brak konkretnej konkluzji. Czas więc zmierzyć się z tymi dziwnymi uczuciami, które znajdują ujście w jednej prostej myśli – nie lubię facebooka. O co mi chodzi?

Zastanawiałam się nad tym kilka dobrych dni i nocy. I mam kilka tropów.

#1 Tylu ludzi a ja jedna w życiu niezdecydowana.  

Wchodzę na facebooka i nagle okazuje się, że wszyscy coś robią. Piszą, tańczą, ćwiczą, biegają, zakładają biznesy, fantastycznie się bawią, są super truper zajęci (ale zawsze znajdą czas, żeby o tym poinformować innych na facebooku) i ogólnie zdobywają świat pod natchnieniem motywujących cytatów. A ja w tym czasie siedzę na fotelu prostując bolące od nie wiadomo czego kolana, zjadam kolejne ciastko (choć jestem na diecie) i podświadomie zaczynam czuć się winna. Skąd o tym wiem? Bo gdy wyłączam facebooka to mam gorszy nastrój i jestem mniej zadowolona z siebie (nawet jeśli właśnie napisałam w jednej z samorozwojowych grup za co jestem w życiu wdzięczna).

# 2 Zdjęcia kontra rzeczywistość.

Świat jest piękny na zdjęciach, ale nigdy nie widać tego co poza kadrem. Był kiedyś taki dobry filmik (notabene na facebooku) pokazujący jak selfie może mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością (jeśli go kiedyś znajdziesz, to wrzuć koniecznie w komentarzu!). Oczywiście możesz powiedzieć, że przemawia przeze mnie zgorzknienie (a nawet inne słowo na z). Ja sparafrazuję tu słowa Alexy Chung (to taka modelko – celebrytka światowego formatu, jakbyś przypadkiem nie wiedziała 😉 ), że jest coś podejrzanego w tym gdy ktoś dodaje na social mediach informację o tym, jak się właśnie świetnie bawi na imprezie… bo zazwyczaj jeśli ktoś jest pochłonięty wyborną zabawą, to nie zaprząta sobie czasu raportowaniem tego na facebooku.

Przy okazji wpadłam na pomysł.  

Może wspólnie założymy szarobooka na którym będziemy mogły w spokoju dokumentować naszą szaro-burą codzienność? Albo pójdziemy o krok dalej i…

Uwaga, jeśli jesteś wrażliwa, to proszę Cię, abyś ominęła kolejne zdanie, bo mogą na tym ucierpieć Twoje morale oraz inne wrażliwe punkty, które bardzo szanuję.

Więc (teraz będzie to brzydkie zdanie) może pójdziemy o krok dalej i założymy assbooka, na którym będziemy publikować te wszystkie treści, które mają więcej wspólnego z kiblem i kloaką niż twarzą, na której w dzisiejszym świecie powinien gościć niezmącony uśmiech? Chodzi mi o to życiowe szambo, z którym chcąc nie chcąc każda z nas od czasu do czasu w życiu się spotyka.

Trochę żartuję, trochę kpię, trochę się bawię swobodą wypowiedzi (póki ją mamy).

Na koniec pewnie i tak zamieszczę ten tekst na Facebooku, bo przecież gdzie indziej znajdę ludzi, którzy wiedzą po choinkę* nam facebook?

NIE MA TEGO ZŁEGO, CO BY NA DOBRE NIE WYSZŁO.

Nie taki facebook zły, jak go maluję. Bez Facebooka nie poznałabym przecież wspaniałych kobiet, dzięki którym bardzo wiele nauczyłam się przez ostatni rok. I wiele zrozumiałam. Kogo mam na myśli? Ewelinę Muc, Olę czyli Panią Swojego Czasu, Joasię Baranowską, Santi, Celestynę, Kasię z Emigracjajestkobietą, Poli Palian (a propos Kasi i Poli – w lutym rusza II edycja warsztatów Kobiety Świadomej – przeczytaj moją recenzję tego niesamowitego wydarzenia tutaj), Kasię z Handmade by Kasia i wiele innych wspaniałych osób, o których tylko przez przypadek teraz nie wspomniałam…

Bo choć rzadko kiedy wyjawiałam facebookowi swoje największe tajemnice to on i tak wiedział czego mi najbardziej trzeba….

* w tytule użyłam słowa choinka, ponieważ było to pierwsze nie wulgarne słowo na ch, które przyszło mi na myśl (zapewne przez stojące w salonie drzewko) podczas pisania tego tekstu.

Co Ty na to? Kochasz, lubisz, szanujesz, czy nie bawisz się w te facebookowe klocki i serduszka?

Daj znać w komentarzu.

Jeśli podobał Ci się (albo poruszył Cię) ten tekst, udostępnij go (na fecebooku, albo gdziekolwiek indziej lubisz bywać). Proszę 🙂 .

Niech moc i poczucie humoru będą z Tobą! Zawsze i wszędzie.

Tego życzę Tobie ja – Arabella  

Lubisz czytać listy?