Co ma przytulność do PRZYTULANIA?

z Brak komentarzy

Ostatnio prześladuje mnie PRZYTULANIE. 

Nie bezpośrednio. Nie w postaci ludzi, którzy masowo się przytulają. Nic z tych rzeczy. ;) I nie chodzi do końca o Bułę… Choć ona faktycznie, bardzo lubi się przytulać. :) Ostatnio, za każdym razem gdy to robi, kończy zdaniem: jesteś taka MIĘKKA. Rozczula mnie, jak pięknie dziecko potrafi ująć to, co my – dorośli nazywamy po prostu PLUS SIZE ;) ). 

Chodzi mi raczej o takie MENTALNE PRZYTULANIE.

Na instagramie i w rzeczywistości wgapiam się w miękkie koce, palące świece, migoczące światełka. W małe, jasne punkty, które rozświetlają ciemność. Patrzę na ciepłą kawę z pianką… Coraz częściej okrywam się kocem, piję gorącą herbatę z kurkumy… 

Ogrzewam się, ocieplam… 

Przytulam od środka. 

Tak, przytulanie jest dla mnie wyrazem ciepła i troski. 

Być może to tylko jesień, zima. Choć ostatnio było u nas pięknaście stopni na plusie. ;)

Marzę o przytulnych świętach. 

Każdego grudnia, w mojej głowie od dawien dawna jest ten sam obrazek. Coś na kształt reklamy Jacobs z lat 90-tych… Duża rodzina zebrana przy pianinie, na którym ktoś gra. Wszyscy uśmiechają się do siebie, przytulają. Ubrani są elegancko, kobiety mają na sobie piękne, jasne, mocherowe swetry i delikatną biżuterię. Za oknem pada śnieg. Śpiewają wspólnie kolędę. 

Lecz moje własne, świąteczne wspomnienia, to co najwyżej kilka dorosłych osób patrzących na małą dziewczynkę „wygrywającą” znane kolędy na podłużnym flecie. Duży, nieodmalowany od lat salon, w którym w kącie stoi choinka. Gdy przypominam sobie tamten obrazek z dzieciństwa widzę mrok i czuję chłód. I choć miewaliśmy różne święta i bywało też przytulnie, to prawda jest taka, że nigdy nie miałam rodziny na miarę tej z reklamy Jacobs. I pewnie dlatego od zawsze o niej marzyłam. 

W tym roku, jak zawsze, marzę o tych pięknych, przytulnych, ciepłych świętach. 

Jestem już dorosła. Mam swojego męża. Mogę wysłać dziecko na naukę gry na pianinie. Mogę napić się dużo lepszej kawy niż Jacobs. ;) Wszystko jest do zrobienia. A jednak, ze zdumieniem, jak co roku odkrywam, że samo się nie zrobi. I nie chodzi o zakupy, potrawy, choinkę, pierogi, serniki… To akurat mam opanowane do perfekcji (nazwisko O’Baker zobowiązuje, zwłaszcza w temacie pieczenia. ;) ) Chodzi mi raczej o mojego wewnętrznego „jeża”, który co roku psuje całą atmosferę. Który krytykuje, wyzywa, nastrasza się, biadoli, wypomina… Który nie daje się przytulić, choć tak bardzo by chciał…

I nie mam na myśli tylko tego „metaforycznego przytulenia”. Bo tak zupełnie fizycznie, to akurat nigdy nie lubiłam się przytulać i do dziś za tym nie przepadam. Okazuje się, że to po prostu wysoka wrażliwość (jeśli zastanawiasz się o co chodzi, polecam Ci TEN odcinek podcastu W związku z życiem).  I oswajam się z nią, poznając, podchodząc bliżej, przyglądając się jak reaguje i akceptując…

Co ma przytulność do przytulania?

Piszę o tym, bo zastanawiam się…

Jak często potrzebujemy tego przytulania i jak bardzo go szukamy?

A na koniec opowiem Ci jeszcze historię, która przydarzyła się nam niedawno. To świeża sprawa, ale bardzo dobrze poprowadzi do krótkiej pionty. ;) 

Niedawno, przechadzając się w niedzielę po okolicy zobaczyłam na słupie reklamę studia jogi. Niewiele myśląc – wyrwałam karteczkę z adresem. W końcu szukam dla siebie zajęć od czasu, gdy tu przyjechałam. ;) Kilka dni później znalazłam tę kartkę w kieszeni, więc wpisałam adres do wyszukiwarki. Okazało się, że jest to joga dla dzieci i młodzieży. I pomyślałam, zupełnie spontanicznie, że zapiszę Bułę. W końcu, jak mawia moja koleżanka – chcemy dać dzieciom to, czego sami nie mieliśmy… Skontaktowaliśmy się z joginką prowadzącą, umówiliśmy na lekcję próbną, poinformowaliśmy Bułę i… Ze zdumieniem odkryliśmy, że strasznie na to czeka! 

Gdy nadszedł dzień lekcji pojechaliśmy po nią wspólnie do przedszkola. Można powiedzieć, że zwykłe zajęcia, a u nas – wielka gala i prawdziwe święto. ;) Byliśmy wcześniej i wszystko szło zgodnie z planem. Do momentu korków na remontowanym rondzie. Minuty leciały jak szalone i szybko okazało się, że na pewno nie będziemy wcześniej, tak jak mieliśmy być. Może zdążymy na styk. Buła z napięciem czekała. Widząc nasze lekkie podenerwowanie, zupełnie nieświadomie, dokładała oliwy do ognia, powtarzając: Już nie mogę się doczekać. W końcu, tuż przed czasem rozpoczęcia lekcji, dotarliśmy pod wskazany adres. Wysiadłyśmy z auta pospiesznie z Bułą. Dick zajął się parkowaniem… Pobiegłam w ciemno tam, gdzie mi wskazał. Z oddali jeszcze krzyczał: Tam masz szyld – studio jogi. Więc szukałam szyldu gorączkowo, trzymając małą, ciepłą rączkę Buły w swojej ręce. Zobaczyłam kobietę wychodzącą z podwórka z rowerem, uśmiechnęła się na nasz widok. Pomyślałam – pewnie też joginka, studio musi być gdzieś głębiej… Obeszłam na około i nic. Spojrzałam na zegarek – pięć minut po rozpoczęciu lekcji. Spojrzałam na Bułę z rozpaczą i powiedziałam, że nie mogę tego znaleźć. Zadzwoniłam do Dicka, podał adres, spojrzałam na tabliczkę, wszystko się zgadzało. Ale nie mogłam znaleźć wejścia do tego cholernego studia jogi. Poczułam się podobnie, jak piętnaście lat wcześniej, gdy przyjechałam na pisemny egzamin na studia pod zły adres. I gorączkowo musiałam błagać taksówkarza, żeby za ostatnie 10 zł zawiózł mnie do innej części miasta. Wtedy byłam przed czasem, więc zdążyłam dojechać na egzamin. Dziś byłam spóźniona. Przyszedł Dick. Upewnił się, że jesteśmy pod wskazanym adresem, a jednak nigdzie nie ma wejścia do studia jogi. Spojrzał w telefon. I w końcu powiedział: To nie ten adres. Kobieta podała w mailu inny adres niż na stronie, dopiero teraz to widzę. 

W pierwszej chwili poczułam ulgę. Przynajmniej wiedziałam na czym stoję i nie jestem jakąś ostatnią „memeją”, która nie umie wejść do studia jogi stojąc obok.

Jednak, już po chwili zobaczyłam też wielkie ROZCZAROWANIE stojące dosłownie obok nas. Kucnęłam i wyjaśniłam Bule co się stało. Zrozumiała, że lekcji nie będzie, ale była ogromnie rozczarowana. Nie da się opisać tego, co poczułam i pewnie mogę sobie tylko wyobrazić, co poczuła ona. Zakryła tylko oczy i powiedziała, że chce iść spać. Przytuliłam ją, najmocniej jak potrafiłam. W głowie brzęczały mi wszystkie mądrości, których się przez ostatnie kilka lat naczytałam. Przypomniało mi się to, o czym często pisze Brene Brown. I choć trudno mi było w to uwierzyć powtarzałam sobie, że nic już nie możemy zrobić, ale możemy się przytulić w tej kiepskiej sytuacji. Zaproponowałam odruchowo zakup pączków w pobliskiej piekarni, na pocieszenie. Buła nie chciała. Nie zmuszałam jej, bo w sumie, nie ma co wyrabiać w niej nawyku pocieszania się pączkami…

I choć było to w gruncie rzeczy małe wydarzenie, to poczułam, z jak wielką mocą dało mi do zrozumienia, że czasem szuka się czegoś pod złym adresem. 

I można  tak chodzić w kółko i nigdy nic nie znaleźć, bo tego tam nigdy nie było… 

I tak się zastanawiam, wracając do przytulności, przytulania i tego, czego w nim tak naprawdę szukamy… Jak często szukamy tam, gdzie tego nigdy nie było?


A z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia życzę Ci, abyś zawsze była pod właściwym adresem. ;* Ciepłych, przytulnych świąt! 

Ja już kolejny rok, oswajam swojego „wewnętrznego jeża”. ;) 


A jeśli już wiesz, że masz zwyczaj szukać emocjonalnego ukojenia w jedzeniu, a jednocześnie od dawien dawna próbujesz schudnąć… To zachęcam Cię gorąco do przeczytania wartościowej rozmowy z psychodietetczyką i zastanowienia się nad zrobieniem kursu intuicyjnego jedzenia. Zwłaszcza, że do 2 stycznia 2020 r. na hasło ARABELLA otrzymasz rabat na zakup kursu. :) Rozmowę i szczegóły znajdziesz TU.

Swoją drogą, sama na konsultacji z Małgosią przerabiałam niedawno temat tego, że sałatka jarzynowa dosłownie mnie przytula… I wiem już że to zdecydowanie nie ten adres (tzn. sałatka, bo akurat u Małgosi poczułam się w końcu pod właściwym adresem :) ). ;) 

Spodobało Ci się? Podziel się choć z jedną osobą... Zajmie Ci to tylko kilka sekund. :*

Lubisz czytać listy?