CZY FORMA MA ZNACZENIE?

z Brak komentarzy

Ubrałam się rano w nowy strój do ćwiczeń. Piękny strój… Na ciemnym tle jasne, duże kwiaty… Niektóre są ciemnoróżowe, a w niektórych miejscach przebija zieleń… Boski wzór, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Materiał jest miły w dotyku i delikatnie gładzi od środka moje nogi. Spodnie mają wysoki stan więc gdy ćwiczę nic nie muszę poprawiać. Biustonosz ma idealny rozmiar, co przy moich gabarytach nie jest takie oczywiste… Na metce widnieje magiczne XL, które motywuje do działania (a nie jakieś chamskie i demotywująca 18, czy XXL). Nie pozostało mi nic innego jak włożyć go o poranku, rozkoszować się chwilą i ćwiczyć… 

I ćwiczyłam z radością! 🙂 A po ćwiczeniach odczułam przyjemne zmęczenie, które zamieniło się w przepełniającą od środka energię. To były chwile, jak z instagrama, tylko w rzeczywistości. 😉 i już nie mogę doczekać się jutra…

Pierwszy raz od dwóch lat wzięłam się „w garść” i zaczęłam ćwiczyć. (Piszę ten tekst kilka dni przed publikacją, więc gdy będziesz go czytać, ja będę już wiedziała czy był to tylko jednodniowy zryw, czy początek prawdziwej przemiany… Na szczęście strój jest tak piękny, że mogę chodzić w nim po domu i czuć się prawie jak Kim Kardashian ;)). Ale nie o tym chcę dziś pisać. W tym tekście chodzi właśnie o ten strój… 

Czyli o FORMĘ. 

Gdy zobaczyłam go w sklepie serce mocniej mi zabiło. W pierwszej chwili, gdy spojrzałam na metkę pomyślałam, że będzie za mały… Ale jak mawiają „straganiarki” w Atenach: można przymierzyć, to nic nie kosztuje. 😉 Strój idealnie pasował i wbrew pozorom miał rozsądną cenę. (nie jest to wpis sponsorowany, więc nie będę podawała marki i sklepu, ale jeśli od dawna szukasz stroju w rozmiarze +- 46 zawsze możesz do mnie napisać :* ). 

I choć tak bardzo mi się podobał kupiłam go z mieszanymi uczuciami… 

Z jednej strony byłam ogromnie podekscytowana. Od dawna zamierzałam zacząć ćwiczyć, podjęłam już decyzję o dacie początkowej, i aby się nie wycofać zaangażowałam „grupę wsparcia”. Wiedziałam, że strój może się przydać. Z drugiej strony, gdzieś w głębi dźwięczały mi słowa, które słyszałam / czytałam tyle razy, że „nie zaczyna się ćwiczeń od kupna stroju”… „Strój to tylko dodatek, można ćwiczyć w czymkolwiek, to nie ma znaczenia, chodzi o to co się robi, a nie jak się wygląda”… I nie musiałam go tak naprawdę kupować, bo miałabym w czym ćwiczyć. Przez ostatnie kilka lat zgromadziłam w szafie kilka strojów… Niestety ten z logo znanej sportowej marki, który mi się nawet podoba jest ciut za mały. Kupiłam go na wyprzedaży łudząc się, że skoro zamierzam ćwiczyć to za kilka chwil będzie idealnie leżał… Ale nie cierpię go zakładać, bo zamiast ćwiczyć, podciągam ciągle ześlizgujące się na brzuchu spodnie (co za ironia, że za małe rzeczy potrafią spadać z tyłka tak samo jak za duże… ;)). Mam też dwa stroje z „gazetki” popularnego marketu. Są ok, poza tym, że mi się nie podobają. Spełniają swoje funkcje, ale nie mam ochoty ich wkładać… Miały dobrą cenę i rozmiar, były pod ręką więc je kupiłam, ale to nie była taka miłość jak z tym strojem w kwiaty… Ale wtedy kupując je, wmawiałam sobie, że to nie ma żadnego znaczenia i nie powinnam szukać idealnego stroju, tylko skupić się na działaniu. I tak skończyłam z szafą pełną strojów, których nie miałam ochoty zakładać, co było idealną wymówką aby nie ćwiczyć (choć muszę szczerze przyznać, że wkładam je od czasu do czasu, gdy zabieram się za sprzątanie mieszkania…). 

Tak samo postępowałam czasami kupując kursy online, czy zatrudniając coachów. 

To co mówili, przemawiało do mnie. Treść była motywująca, rezonowała z moimi potrzebami… Lecz to jak wyglądali i co pokazywali na swoich zdjęciach / blogach / w książkach… kolory, jakich używali do komunikacji, ubrania, które nosili, miejsca, w których się pokazywali… nie do końca było „moje”. Teraz mam świadomość, że była to zazwyczaj estetyka, która nie tylko nie była „moja”, ale tak naprawdę budziła we mnie skojarzenia z czymś, z czym absolutnie na dłuższą metę nie chciałam się identyfikować. Ale zamiast zaufać swoim odczuciom, tłumaczyłam sobie, że TREŚĆ ma kluczowe znaczenie. Przecież nie należy oceniać książki po okładce. I faktycznie, czytałam ich książki, robiłam od czasu do czasu ćwiczenia, ale odkładałam je finalnie na półkę zniechęcona. Dlaczego? Bo mimo dobrze brzmiących logicznych argumentów czułam, że to nie było moje. Po prostu na dłuższą metę z jakiegoś powodu im nie wierzyłam. A jak dobrze wiadomo, wiara to jedna z podstaw skutecznych zmian… Próbowałam sobie to racjonalnie tłumaczyć i bez trudny znajdowałam logiczne argumenty, które potwierdzały dlaczego to co piszą nie miało prawo zadziałać… 

Czy forma ma znaczenie

Dopiero niedawno, czytając kolejny podręcznik z „rozwoju osobistego” uświadomiłam sobie, że w gruncie rzeczy znów czytam TO SAMO!

I uświadomiłam sobie, że większość tych moich „nauczycieli” pisze w swojej esencji o tym samym… Nagle złapałam się na tym, że jednym wierzę, a innym nie. Czyli niby czytam to samo, ale czasem to do siebie dopuszczam, a czasem odrzucam. Czyli jednak nie tylko chodzi o to CO czytam, ale kto mi to przekazuje… A byłam przekonana, że ja „taka nie jestem” i zawsze kieruję się rozsądkiem i jak czytam o czymś to przyjmuję na logikę… 

Zaczęłam się zastanawiać, co odróżnia tych, którym wierzę, od tych, którym odrzucam. Wiek? Płeć? Kultura? Kolory? Estetyka… I uświadomiłam sobie, że to co ich odróżnia, to jest FORMA. I zatrzymałam się na dłużej przy rozmyślaniach nad tym niepozornym i tajemniczym wpływem formy na moją motywację, działanie itp…

I już byłam skłonna przyznać formie (czyli wszystkiemu co towarzyszy przekazowi poza słowami) należne miejsce. Już czułam, że rozwiązałam tę prywatną zagadkę i bardziej świadomie potrafię podejmować decyzje nie tylko odnośnie książek i kursów online… gdy nagle przypomniał mi się Seth Godin…

Co z tym wszystkim ma wspólnego Seth Godin – mój osobisty guru od marketingu? 

Kto mnie dobrze zna ten wie, że czytam Setha codziennie (bo codziennie pisze nowy post na blogu). Polecam go przy każdej okazji (gdy ktoś potrzebuje porady marketingowej), cytuję go, uwielbiam…Uczestniczyłam z radością i w skupieniu w jego „Marketing Seminar”, a teraz czytam książkę, która powstała na bazie tego kursu, bo ciągle mi mało. Kocham Setha i nawet mój mąż o tym wie. 😉 Ta miłość trwa od kilku lat, ma się dobrze i nikt i nic nie jest w stanie jej zburzyć. Nawet to, że Seth jest łysym facetem po pięćdziesiątce w kolorowych okularach… Ani to, że ostatnia jego książka ma pomarańczową okładkę i wielki napis, z którego wychodzi jego głowa (i teraz punkt kulminacyjny mojego zwątpienia… otóż pomarańczowa okładka nijak pasuje do stroju w kwiaty!). I jak to ujęła ostatnio Małgosia, z którą nagrywam podcast, pytając mnie o Setha: „To co mówi jest bardzo ciekawe i w pod tym względem rozumiem Twoje uwielbienie, ale nie rozumiem, dlaczego jego książki mają takie dziwne okładki… Ta jego estetyka jest jakaś dziwna.”. Wyjaśniłam Małgosi, że książki Setha faktycznie mają dziwne okładki, co jest świadomą strategią, bo on lubi się wyróżniać. Lecz muszę uczciwie przyznać, że o ile całym sercem jestem za tym ostatnim odkryciem, że FORMA MA ZNACZENIE, o tyle nijak się ma to do mojej miłości do Setha… Bo ja tej jego estetyki sercem nie kupuję… 

CO ŁĄCZY FORMĘ Z TREŚCIĄ?

Już miałam kończyć ten tekst konkluzją, że „jedno wiem, że nic nie wiem”, lecz coś nie dawało mi spokoju… Czułam, że pod powierzchnią tych rozmyślań, kryje się jakaś głębsza myśl, którą chcę wyrazić, ale nie potrafię jej nazwać… Odłożyłam tekst na weekend. Wróciłam do niego, przeczytałam i.. EUREKA! Już wiem, o co mi chodzi. 🙂 

I znów na pomoc przybył Seth. 😉 Który uczy, że marketing ma być SPÓJNY z tym, co i komu przekazujesz. I tego elementu SPÓJNOŚCI tak mi przez lata brakowało… Bo FORMA ma ogromne znaczenie, ale musi być spójna z treścią (a w przypadku Setha jest, uff 😉 ) i ze mną! 

I jest to dla mnie teraz oczywiste… Jednak potrzebowałam tylu lat, aby dać sobie wewnętrzne pozwolenie (a może nawet i PRAWO, które dopisałabym być do mojej Listy praw osobistych) żeby zwracać uwagę na formę. Żeby czasem dopłacić za to, że coś mi się TEŻ podoba… I żeby zaspokajać nie tylko swoją logiczną głowę, lecz cały system nerwowy, poprzez moje ZMYSŁY. Czyli, żeby to, czego słucham lub co czytam, było dopełnione tym co widzę, słyszę, czuję, a czasem nawet i dotykam… I wtedy, gdy wszystko będzie spójne, nie będę musiała zastanawiać się, czy to moje. Bo całą sobą będę wiedziała. A nie tylko głową… I jeśli to nie to, będę szukać dalej, aż znajdę to, co będzie moje i w treści i w formie. 

Czy dla Ciebie forma ma znaczenie?

Porozmawiajmy o tym w komentarzach! :*


Chcesz otrzymać powiadomienie o nowym tekście?

Oraz link do niepublikowanych tekstów, które są dostępne tylko dla Czytelniczek LISTÓW?

ZAPISZ SIĘ NA LISTĘ (tu). 


Spodobał Ci się ten tekst?

Podziel się nim! Skorzystaj z poniższych przycisków lub wyślij link do tekstu komuś, kogo znasz. :*

 

Lubisz czytać listy?