Dietetyczny PIKNIK dla zdrowotności.

z 1 komentarz

Niedziela. Standardowy czas lenistwa i niespieszenia się. Możliwość spania do woli oraz podsmażonego boczku na śniadanie. Z chrupiącą bagietką. Albo wysmażonych pancake’ów polanych obficie syropem klonowym. Potem żółty fotel, książka, albo gazetka. Zaraz potem deser. Jakieś ciasteczka albo lody. Znów fotel i gazetka. Tak do obiadu. W menu coś tradycyjnego – schabowe z pure ziemniaczanym. Po obiedzie leżenie na kanapie, zwane potocznie „prostowaniem kości”. Po godzince, może dwóch, popołudniowe ciasto. Zaraz po deserze wieczorne piwko. Książkę zastępuje muzyka z YouTube. Niebo gaśnie na horyzoncie, a wraz z nim piękny dzień odchodzi do historii. Ciepły wieczór warto celebrować miłą kolacyjką we dwoje.

 

Moje niebo na ziemi.

 

Tylko, że w tym niebie przypada mi w udziale rola tłustego aniołka, którego słabe skrzydła nigdzie nie poniosą. Więc może wcale nie takie niebo? Może przez palącą zgagę bliżej mi do piekła? Zwłaszcza, jeśli dodać do tego sielankowego obrazka małą, żwawą dziewczynkę. Czyli Bułę, która nijak nie chce po nas powtarzać ciągłego siedzenia, czytania i jedzenia (liczyłam, że będzie miała to w genach).  Pocieszam się, że pewnie dlatego, że nie potrafi jeszcze czytać. Może myśli sobie – ile można oglądać obrazki w książkach? Kręci się więc wokół nas coraz żwawiej, ciągnąc za nogi i ręce, pod koniec dnia dostając białej gorączki z nudów. „Dziwne dziecko” – mówię do męża. Mało je, dużo się rusza i ma mnóstwo energii. W przeciwieństwie do mnie. Dużo jem, mało się ruszam i mam minimum energii.

O co chodzi?

 

Czas na dietę.

 

Niezliczonej ilości diet i zmian, wprowadzanych w przeciągu ostatnich kilku lat nie będę wymieniać. Napisałam o tym kiedyś cały tekst dla SpecBabki. Nie będę dodawać linku do tamtego tekstu, bo pamiętam, że był w duchu – hej do przodu, mogę wszystko! Czyli pisany w okresie kilku tygodni mobilizacji, kiedy udawało mi się nawet ćwiczyć z Chodakowską. Minął ponad rok od tamtego czasu, a ćwiczenia z Chodakowską są tylko wspomnieniem (a może po prostu Chodakowska nie działa, skoro jej kaloryfer na brzuchu zamiast motywacji budzi we mnie poczucie beznadziei…).

Jednak nie jest to tekst o zwałach tłuszczu, ani wyciskaniu siódmych potów. To ma być tekst o relaksującym, cudownym, sielankowym pikniku.

 

Co ma piknik do diety?

 

„Diety nie działają” – powiedziała mi niedawno koleżanka. „Ale na dietach zawsze chudłam, więc może w twoim przypadku nie działają…” – odpowiedziałam. „To dlaczego się znów odchudzasz” – zapytała z lekkim uśmiechem na twarzy. „Yyyy” – powiedziałam tylko, popijając dużym łykiem orzeźwiającego piwa i zagryzając chrupiącym preclem. Didaskalia do scenki: koleżanka ma rozmiar 38, ja 44. Koleżanka wie co mówi, kilka lat temu też nosiła rozmiar 44. Musiałam jej przyznać rację.

Diety nie działają. Chodakowska też nie działa. Czy pozostało mi już tylko szczęście plus size?

To ta sama koleżanka, która dała mi do przeczytania książkę Danuty Awolusi „Odważona. Dziewczyna -70 kg.”. Odłożyłam książkę w połowie. Choć jest bardzo wciągająca jakoś bałam się po nią sięgać. Z rozdziału na rozdział robiło się coraz bardziej niebezpiecznie. Skończyłam na momencie, gdy Danusia zaczyna biegać. Bieganie brzmiało dla mnie jako koszmar. Ruch, to coś czego przez większość życia unikałam jak ognia. Koleżanka, która dała mi tę książkę poznała Danusię właśnie w kontekście „odchudzania”. A właściwie zmiany stylu życia. Wg nich to jedyna skuteczna alternatywa do diet, które nie działają. Do tego, jak to powiedziała Danusia podczas naszej ROZMOWY – „Odchudzanie jest w głowie”.

 

Zaczynam od małych kroków.

 

Jeśli dostajesz ode mnie listy (a jeśli nie, a masz ochotę dostawać – ZAPISZ SIĘ NA LISTĘ TUTAJ), to może pamiętasz, jak ostatnio pisałam o tym, że wg ajurwedy mam w sobie dużo gorąca. Nie jestem ekspertką, więc nie pytaj mnie jak to działa. Dowiedziałam się o tym niedawno od mojej „dietetyczki”. Jak to dietetyczki, skoro diety nie działają??? – możesz zapytać. Otóż, jakiś czas temu, znajoma mama z przedszkola poleciła mi swoją „dietetyczkę”. W zasadzie powiedziała o niej – nutritionist (gdybym miała przetłumaczyć to słowo z ang. to byłaby to specjalistka od żywienia). Przyciągnęło mnie sobie słowo klucz – „nutrition” – czyli wartości odżywcze. Moja znajoma wspomniała o swojej dietetyczce, mówiąc, że w końcu zaczyna odzyskiwać energię i czuć się dużo lepiej (a do tego chudnie).

Przyciągnęło mnie to jak magnez i niewiele myśląc poprosiłam o numer telefonu.

Umówiłam się na pierwsze spotkanie chyba półtorej miesiąca temu. Wchodząc po raz pierwszy do jej małego gabinetu mieszczącego się w kamienicy w sąsiedniej dzielnicy poczułam spokój. Może to przez otaczającą mnie biel, przełamaną zielonymi elementami, a może przez kojącą muzykę dobiegającą z głośników? Drobna blondynka bez makijażu spojrzała na mnie łagodnie i zapytała jaki jest cel mojej wizyty. Powiedziałam, że A. odzyskała energię i schudła i też bym tak chciała. Jednak bardzo małymi krokami, bo diety nie działają. Blondynka zanotowała coś w swoich papierach. Zrobiła długi wywiad wypytując mnie o wszystkie żywieniowe nawyki itp. Po godzinie wyszłam z kartką A4 na której było 5 punktów. Każdy z nich zawierał zadanie domowe. Proste rzeczy, takie jak np. kupować dużo warzyw, czy zmienić proporcję warzyw, białek i węglowodanów na talerzu. Oraz jeść więcej gorzkich warzyw, które będą neutralizować moje wewnętrzne gorąco. Podeszłam do tych zaleceń sceptycznie. W gabinecie uśmiechałam się szeroko i pokornie powiedziałam, że wykonam wszystkie zadania. Jednak wracając do domu kupiłam na szybko mrożoną pizzę, aby odreagować myśl o zmianie. Następnego dnia wyciągnęłam listę z zadaniem domowym i pomyślałam, że spróbuję. W końcu te zadania były dość proste, a ja płaciłam za każdą godzinę konsultacji „jak za zboże”, także głupio mi było poddać się bez ani jednej próby. Z dnia na dzień okazywało się, że daję radę. A jak nie dawałam, to omawiałyśmy te potknięcia na kolejnych spotkaniach.

Ze spotkania na spotkanie otrzymywałam kolejne listy zadań. W końcu doszłyśmy do punktu, który jest najtrudniejszy, czyli RUCH. „Nic na siłę.” – powiedziała moja „dietetyczka”. Kazała obserwować co sprawia mi przyjemność. Taką autentyczną (czyli Chodakowska odpadła). Padło na rower. I tak zaczęłam jeździć w ciągu tygodnia z Bułą do przedszkola. I trochę też po przedszkolu. W weekend spróbowaliśmy pojechać trochę dalej.

 

CZAS NA PIKNIK

 

Czas na piknik.

 

Niedziela. Buła budzi się o 7 rano. Wstajemy. Jemy lekkie śniadanie. Jest i smażony boczek. Kładę plaster na kolorową sałatkę. Do tego dwie kromki pełnoziarnistego chleba i jajko. Czuję się syta. Za oknem słońce szykuje nam kolejny upalny dzień. „Jedziemy na wycieczkę do Olimpiaparku?”- pyta mąż. Buła nastawia uszy na słowo wycieczka i zaczyna podskakiwać żwawiej. „Ok, spróbujmy.”- mówię niepewnie. O 9 wyjeżdżamy rowerami z garażu. Do parku jest około 5 kilometrów. Jedziemy małymi, spokojnymi uliczkami Monachium. Wszędzie mnóstwo drzew. Stara, urokliwa dzielnica. Czuję się trochę jak we Wrocławiu lub w Poznaniu. Słońce świeci na całego, choć jeszcze nie ma upału. Niespodziewanie szybko dojeżdżamy na teren parku olimpijskiego. Buła po drodze gubi but. Chyba jest zniecierpliwiona siedzeniem w przyczepce. Robimy przystanek nad dużym stawem. Siadamy na drewnianych ławkach przy stoliku. Dick kupuje kawę w plastikowych kubkach na kaucję. Buła podskakuje radośnie i powtarza „ka ka ka” za każdym razem, gdy podpływa do niej kaczka. Wsiadamy na rowery i jedziemy przed siebie. Park jest ogromy. Na jego terenie znajduje się także wielki stadion, na którym odbywają się koncerty oraz kilka innych obiektów. Wchodzimy na chwilę do BMW Welt, alby pooglądać samochody (skoro jesteśmy już w okolicy) i skorzystać z toalety. Wsiadamy na rowery i mamy zamiar jechać już do domu. Trochę mi szkoda wracać. Jest tak miło. „Może usiądziemy jeszcze nad wodą?” – pytam Dicka. „Fajny pomysł.” – odpowiada. Znajdujemy ciche miejsce pod drzewami. Jest cudownie pusto. Raz po raz ktoś przechodzi lub przejeżdża nieopodal, ale nie ma za wielu osób, które także siedziałby na trawie. Rozkładam koc, który zabrałam z domu. Ściągamy buty. Wyciągam daktylowe brownie, które upiekłam dzień wcześniej. Każdy zjada po kawałku. Popijamy wodą. Buła bawi się patykami. Chodzi po trawie bosymi stopami. Dick rozgląda się leniwie. Ja patrzę w niebo, przez liście drzew. Czuję jak ogarnia mnie spokój. Piknik. Nic wielkiego. A tyle szczęścia. Wracamy do domu z uśmiechami na twarzy. Po drodze zaczynamy dopiero odczuwać, jak jest ciepło. Pod drzewami nie było tak czuć upału.

 

Moje niebo na ziemi.

 

Piknik, rower, ruch, natura, zieleń. Jest mi milej niż po spotkaniach z Chodakowską. Nic wielkiego się nie stało, a czuję, że mam ochotę uściskać cały świat (może nawet nad moją głową przelatują różowe kucyki pony?) ;). Jest dobrze. Dziwne uczucie – myślę sobie. A zaraz potem – czy to nie dziwne, że to dla mnie dziwne, że czuję się dobrze? Mam ochotę na więcej. Kolejny piknik za tydzień. Wydarzył się, mimo deszczu. Powiem Ci, że lubię to. 🙂

 

A gdzie jest Twoje niebo na ziemi? 

 

Daj znać, czy szykujesz się na letni, sierpniowy piknik? Gdzie jedziesz? Co zabierasz ze sobą? Może wrzucisz zdjęcie, albo mi o nim napiszesz w liście?

 

CHCESZ DOWIEDZIEĆ SIĘ O NOWYM TEKŚCIE JAKO PIERWSZA?

Zapisz się na listę, aby otrzymywać LISTY. Moja dewiza: No spam policy! Tylko listy od serca i z głową.

ZAPISZ SIĘ NA LISTĘ TUTAJ >>>

 

Spodobał Ci się ten tekst?

Nie bądź sknera, podziel się z innymi! ;-P

 

  • Och temat diety i ogólnie odżywiania to dla mnie też temat rzeka. Mi też bardzo pod górkę jest z ruchem. Znalazłam na to swój sposób mam rowerek treningowy od jakiegoś czasu i nie mam tego dziwnego poczucia straty czasu, bo sobie oglądam coś na youtubie albo jakiś serial i pędzę na rowerze. Pikniki są super, aż bym się wybrała tak po prostu z książką i kawą do parku albo nad rzekę 😉
    Ja też stosuję metodę małych kroków, zaczęłam od gotowania w domu zwykłych posiłków, bo mam z tym pod górkę trochę. Aż tak bardzo ze zdrowymi składnikami nie przesadzam, po prostu sporo warzyw i tyle, bo popadanie w skrajność jeszcze się u mnie nigdy nie skończyło pozytywnie.
    A ta twoja dietetyczka ma jakiś większy plan? Czy po prostu omawia z Tobą postępy i daje małe zadania?
    Ja robiłam kurs online od dr lifestyle i jestem bardzo zadowolona, bo nie było rygorystycznie, ani wmawiania jakiś super prawd objawionych, jak to mają w stylu niektórzy ludzie od zdrowego żywienia.