Emigracja z Polski do stolicy Irlandii.

z Brak komentarzy

Dlaczego emigracja z Polski?

Mam takie dziwne przeczucie, że pierwszy tekst powinien być o czymś konkretnym. Powinien wyjaśniać przyczyny, wyznaczać azymut, kreować oczekiwania i zaspakajać pierwszą ciekawość Czytelniczki (i Czytelnika oczywiście też). Strona główna pewnie bardziej wzbudza ciekawość niż daje konkretne odpowiedzi. Myślę, że zakładka o mnie mówi znacznie więcej (taki miałam przynajmniej zamiar tworząc ją). Ale może nie do końca?

O czym to jest blog?

O życiu? Co to znaczy? To znaczy, że jest o konkretnym życiu w konkretnych warunkach.

No właśnie, czyli gdzie? Poza Polską. Za granicą. Dlatego już na wstępie chcę rozprawić się z tematem emigracji. Chcę zdefiniować co dla mnie znaczy to słowo, a właściwie ten stan. Ponieważ to nie jest blog stricte emigracyjny. Ale z drugiej strony jest to temat, który będę często poruszać. Z jednej konkretnej przyczyny. Wyjechałam z Polski z mężem – Dickiem O’Bakerem i dzieckiem – Bułą (to jest dziewczynka 😉 pod koniec 2014 roku. Krótko mówiąc wyemigrowaliśmy. Dlaczego?

Wyjechaliśmy z Polski, ponieważ Dick dostał pracę za granicą. Jesteśmy ekonomicznymi nomadami. Mieszkamy tam, gdzie jest (jego) praca. Tak samo kilka lat wcześniej migrowałam z Wrocławia do Warszawy. Ponieważ Dick dostał tam pracę. Opuściłam miasto, w którym miałam swoje życie, pracę (którą, z perspektywy czasu uważam za najlepszą ze wszystkich dotychczasowych) i przyjaciół. Kim jest Dick, skoro ciągle przeprowadzamy się z powodu jego pracy?

Otóż, mój mąż z zawodu jest „dyrektorem”.

(w tym miejscu przez jakiś czas był link do fragmentu filmu „Poszukiwany poszukiwana”, w którym pada to zdanie, a który idealnie oddaje ton, z jakim chciałabym wypowiedzieć powyższe słowa… jednak musiałam usunąć link, bo ktoś usunął ten film)

To tak pół żartem, pół serio (bo taki też będzie ten blog).

Przez wiele lat byłam skłonna bezwiednie powtarzać za Monty Pythonem, niczym mantrę: „Life’s a piece of shit when you look at it” (w wolnym tłumaczeniu jednej z moich przyjaciółek: Prawda jest taka, że życie to sraka). Dopiero niedawno postanowiłam, że spojrzę na to wszystko co mi się przydarza jako na pewną opowieść. I z pełną świadomością zamieniłam w mojej mantrze słowo shit (gówno) na sheet (rozumiejąc to jako sheet of paper – czyli kartka papieru). Dlatego piszę.

Dlaczego imigracja do Irlandii?

Do Irlandii wyemigrowaliśmy przez przypadek.  Zresztą uważam, że wiele moich życiowych zmian do tej pory było powodowanych przez przypadek. Mogłabym też to interpretować jako zrządzenie losu. Sama do dziś nie potrafię się zdecydować którą opcję myślową wybrać. W każdym razie mogliśmy równie dobrze mieszkać teraz w Niemczech. W Monachium, w Berlinie lub w Hanowerze. Mogliśmy mieszkać w Kuala Lumpur albo w Moskwie. Albo w Sydney. Mogliśmy też mieszkać w Amsterdamie w Barcelonie lub Bóg wie w jakim miejscu. Ale wylądowaliśmy w Irlandii – w Dublinie.

Budynek w Dublinie

Jak na ironię, na początku modliłam się, aby on nie dostał  pracy w tym cholernym Dublinie.

Dlaczego? Z kilku powodów.

Po pierwsze – Irlandia to wyspa. Logistycznie wyprowadzka na wyspę jest trudniejsza od wyprowadzki do kraju na kontynencie. Przemieszczanie (ludzi i rzeczy –  bo zgromadziłam to i owo w ciągu swojego skromnego życia) za wodę jest trudniejsze i bardziej kosztowne. Także pod tym względem marzyłam, abyśmy wyemigrowali do Niemiec, bo to jest stosunkowo blisko  Polski. Można spakować się w samochód i pojechać. Ale los chciał inaczej. Poza tym Dublin pod wieloma względami różni się od reszty Europy. Zresztą Irlandczycy często mówią o „Europie kontynentalnej” mając na myśli kraje za wodą (nie licząc dawnych kolonizatorów z wyspy obok, czyli z UK). Nie chcę tutaj zagłębiać się w szczegóły, bo zupełnie stracę wątek główny. O tych różnicach napiszę osobny tekst. Chodzi raczej o nakreślenie tych cech specyficznych, które sprawiały, że nie miałam ochoty się tu przeprowadzać. Takich jak kiepskie budownictwo (zimno, chłodno i wilgotno w większości małych domków z papendekla), dwa kurki w zlewie (osobno z zimną i osobno z ciepłą wodą) i ten wieczny chłód i wiatry. Takie stereotypy, które jak się okazało da się ominąć (poza wiatrem).

Po trzecie i pewnie najważniejsze, Dublin po prostu zrobił na mnie bardzo złe wrażenie podczas wizyty, którą odbyliśmy rok przed naszą przeprowadzką. Tak złe, że nigdy w życiu świadomie nie wybrałabym tego miasta na miejsce do życia. Jednak jak się ostatecznie okazało myliłam się. Przynajmniej w kilku kwestiach. Prawda jest taka, że przed przeprowadzką nie brałam pod uwagę jednego najważniejszego kryterium – znajomości języka. Mówię po angielsku. Rozumiem miejscowych (pomijając tych, którzy mają specyficzny akcent). I to jest niezwykle przydatna umiejętność na co dzień. A na przykład nie mówię po niemiecku. I szczerze mówiąc cieszę się niezmiernie, że nie musiałam spędzić ostatniego półtorej roku na nauce języka niemieckiego od podstaw. Podsumowując – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I raczej już nie chciałabym przeprowadzać się na dłużej do kraju, gdzie nie będę w stanie się porozumieć. Wolałabym nie.

O czym raczej nie napiszę? Czego nie dowiesz się z bloga? 

Nie będę raczej pisać o tym, jak i za ile żyje się na emigracji. Ile można zaoszczędzić i ile można zarobić. Gdzie z i kim można co załatwić. No może poza takimi niuansami, jak na przykład to, że warto pójść do polskiego lekarza z dzieckiem oraz gdzie kupuję ogórki kiszone i twaróg. 😉 Bo to jest część mojej codzienności. Jednak to nie jest blog emigracyjny. Choć pisany na obczyźnie. To jest moja indywidualna perspektywa. Tylko tyle. I aż tyle. Tak myślę dziś. A może kiedyś zmienię zdanie?

A jeśli rozważasz wyjazd do Irlandii i chcesz o coś zapytać, to pisz śmiało. Może akurat będę potrafiła Ci pomóc. Może akurat znam kogoś, kto wie jak Ci pomóc? Bo świat jest w gruncie rzeczy mniejszy niż nam się wydaje. Czasem wystarczy znać tylko przysłowiowe sześć osób, aby dotrzeć do istotnych wiadomości. Sama się o tym nieraz przekonałam.

 

Lubisz czytać listy?