Subiektywny przewodnik po Irlandii cz. 2

z Brak komentarzy

W części pierwszej subiektywnego przewodnika po Irlandii opowiedziałam o tym co mnie w tym małym kraju dotychczas urzekło. Są tam ochy i achy i trochę historii. Prawda jest taka, że tekst nie wyczerpuje tematu w 100%. Bo jak tu pisać o Irlandii nie wspominając pubów, słynnej na cały świat whisky Jameson i równie znanego piwa Guiness? A trochę ciężko mi piać z zachwytu w jednym z pierwszych wpisów na blogu nad alkoholowymi napitkami (w końcu matką jestem). A z drugiej strony nie wspomnieć aż grzech i hipokryzja. Zostawiam temat otwarty na kolejny tekst. A teraz przechodzę do zdziwień mniej pozytywnych. No może bez dramatów, bo jeszcze nic nam tu życia jakoś nadmiernie nie uprzykrzyło. Chociaż jeśli mam być absolutnie szczera to jeden temat  doprowadził nas do poważnego wkur***. Ale o tym za chwilę.  Jak to mówią – co kraj to obyczaj. „Kiedy jesteś w Rzymie, mów jak Rzymianie.” Także, żeby nie było, że się skarżę. Staram się przywyknąć. Co nie zmienia faktu, że czasem się dziwię.

Zakupy w Irlandii.

Irlandia jest bardzo mała. W całym kraju żyje około 4,5 miliona ludzi. Tak dla porównania w Warszawie żyje około 1,7 miliona. Także cała Irlandia to niecałe 3 Warszawy (jeśli chodzi o ludność). I z tego wynika kilka znacznych różnic.

Prawda jest taka, że Irlandia to tak naprawdę kilka miast. Dublin (stolica) na wschodnim wybrzeżu oraz Cork na zachodnim wybrzeżu. Do tego dochodzi jeszcze kilka mniejszych miejscowości takich jak Limerick czy Galway. I tyle jeśli chodzi o miejsca powszechnie zaludnione. Reszta wyspy, niezwykle urokliwa, zamieszkała jest głównie przez owce (byłam, zwiedzałam i widziałam – są miejsca, gdzie owce wypełniają cały krajobraz). Dlaczego o tym piszę? Ponieważ mało ludzi oznacza mały rynek wewnętrzny. Co na co dzień oznacza dużo mniejszy wybór w sklepach. Wiem, że to nie dramat. Da się przeżyć z tym co jest na półkach. Nijak się to ma do tego, co działo się w Polsce w czasach PRLu… Ale z drugiej strony, jako rasowa była zakupoholiczka miewam niedosyty. Zwłaszcza, jak chcę kupić coś więcej niż wołowinę czy chipsy octowe. Jak szukam czegoś konkretnego, do czego byłam przyzwyczajona w Polsce (w naszym rodzimym kraju jest naprawdę ogromy wybór wszystkiego). Taki trywialny przykład, ale mieliśmy problem, aby kupić odpowiednie chusteczki do podcierania tyłka Bule. Nie, żebym miała wielkie wymagania, ale pupa jaśnie Buły to dość wymagający rejon i byle czym podcierać się nie da. I tak – w okolicznych sklepach do wyboru są tylko 4 marki: pampers (po testach odpada), huggies (w dobrej cenie, ale dupa Buły była często czerwona), marki Tesco (nie testowaliśmy, bo jeszcze w Polsce kupiliśmy z Biedronki i dupa Buły prawie eksplodowała po kilku godzinach) i WaterWipes (super-truper delikatne, sama woda… ale cena nie zachęca do codziennego stosowania). Podsumowując – sprowadzamy chusteczki marki Nivea z Polski. Nie jest to fanaberia, tylko najlepsze z możliwych rozwiązań. Raz na jakiś czas gdy ktoś do nas zabiera w bagażu kilkanaście paczek chusteczek i kilka innych skarbów. Takich rzeczy jak moje ulubione kremy, ubrania z zalando (byłam kiedyś od nich naprawdę uzależniona, ale nie mają irlandzkiego odpowiednika – za mały kraj…) Przez pewien czas myślałam, że może jestem zbyt leniwa, aby poszukać sensownego zaopatrzenia na miejscu. Że sprowadzanie rzeczy z Polski jest po prostu łatwiejsze no i jakby nie było transakcje odbywają się w polskich złotych (którymi osobiście jeszcze dysponuję). Jednak skonsultowałam ten temat z kilkoma innymi Polkami i okazało się, że robią tak samo. Jeśli chodzi o ubrania to wybór w Irlandii jest dużo mniejszy i bywa, że ceny są wyższe (nie zawsze, ale w przypadku butów się praktycznie zawsze sprawdza). Ten wątek może zdziwić osoby, które mieszkają (lub mieszkały) w UK (czyli na wyspie obok). Bo tam nie ma problemów z zaopatrzeniem. Ale właśnie dlatego, że UK to ogromny kraj z ogromnym rynkiem wewnętrznym. Logicznie rzecz biorąc, w dobie internetu  można by z tego korzystać do woli. Ale w praktyce to nie takie proste. Przesyłki ze sklepów z Wielkiej Brytanii do Republiki Irlandii (jak choćby z Amazona, na którym jest prawie wszystko) są stosunkowo drogie, a czas dostawy jest stosunkowo długi (można by powiedzieć, że odwrotnie proporcjonalny do bliskości geograficznej). Inwestygowaliśmy ten temat z Dickiem, tuż po przyjeździe. Jako, że było kilka rzeczy do kupienia (jakaś półka, jakieś zabawki dla Buły, kubki i miksery, młynki i inne małe pomoce domowo – kuchenne).  Okazało się, że dostawa z UK do Irlandii Północnej (która jest częścią Zjednoczonego Królestwa) jest darmowa i ekspresowa. A już niewiele dalej, czyli do Dublina (to jest ta sama wyspa!), dostawa jest stsosunkowo droga (min. kilka euro) i trwa zazwyczaj kilka dni roboczych. Nie ma w tym żadnej ekonomicznej logiki… Doszliśmy z Dickiem do wniosku, że były kolonizator wyzłośliwia się na zbuntowanej części Królestwa w ten sposób. I tak oto historia wpływa na nasze codzienne życie. Jako, że mieszkamy na przedmieściach, nie mamy samochodu, wszędzie musimy poruszać się z Bułą, staramy się za wszelką cenę kupować w okolicy. I tak z pomocą przychodzi nam przedziwny koncept, jakim jest sklep Argos. Miejsce, gdzie jest wszystko (elektronika, meble, zabawki, biżuteria, rzeczy do ogrodu i wiele, wiele więcej). W samym sklepie stoi tylko kilka kas i stoliki z katalogami. Rzeczy ogląda się w tych katalogach (tak, takich papierowych) i zamawia się po numerach (można wyszukać też przez internet), płaci się na miejscu i oczekuje na wydanie. Czasami czegoś nie ma w danym Argosie, więc trzeba poczekać kilka dni na sprowadzenie. W taki oto sposób zakupiliśmy na przykład wózek dla Buły (oglądając go tylko na jednym zdjęciu w internecie). Podsumowując – zadziwiają mnie niedogodności w zaopatrzeniu. Mogłabym na ten temat pisać i pisać, ale mam jeszcze kilka innych „ale” w zanadrzu. Zresztą na dłuższą metę można do tego przywyknąć. No i podążając za filozofią „Always look on the bright sight of life”, można dzięki temu wyleczyć się z zakupoholizmu.

Ceny mieszkań w Irlandii

Ceny mieszkań w Irlandii.

„Ale” nr 2. Jest pewien problem, do którego trudniej przywyknąć. Jest to problem z nieruchomościami. Dokładnie z ich stanem i absurdalnie wysokimi cenami. Z tego co wiem ten problem dotyczy głównie Dublina. Ale prawda jest taka, że większość dużych firm ma swoje siedziby właśnie w Dublinie (nie licząc Apple, które ma siedzibę w Cork). Dlatego większość przybyłych osiedla się w Dublinie. I szuka mieszkania w tym mieście. A Dublin jest stosunkowo małym miastem. W aglomeracji potocznie zwanej Dublinem (włączając w to pobliskie przedmieścia, czyli na przykład miejsce, w którym my mieszkamy) mieszka ponad milion ludzi. Ale prawda jest taka, że miasto niczym nie przypomina zatłoczonej, gwarnej stolicy. Mieszkamy na przedmieściach (takich „bardzo odległych”, że rodowici Irlandczycy trzymają się za głowę, jak to słyszą i mówią, że to już nie Dublin), a dojazd do centrum kolejką DART trwa 15 minut. Porównując to do Warszawy, w której mieszkaliśmy przed emigracją, to przez 15 minut mogłam z centrum dojechać metrem na przykład na Ursynów (albo i nie, już szczerze mówiąc nie pamiętam, zwłaszcza, że jeździłam do Pól Mokotowskich). A przecież Ursynów, to jeszcze nie przedmieścia. Przedmieścia to na przykład Pruszków czy Białołęka, gdzie do centrum nie da się dojechać w 15 minut komunikacją miejską. Generalnie chodzi mi o pokazanie skali tego miasta. Bo to ciągle stosunkowo małe miasto, co jako matka „siedząca w domu” z małym dzieckiem bardzo sobie cenię (także osobiście lubię to w Irlandii). Ale ten fakt ma swoją ciemną stronę. W Dublinie jest ogromny problem z mieszkaniami. Mieszkań jest mało, w większości są w kiepskim standardzie i są stosunkowo drogie. W ogóle Dublin jest jednym z najdroższych miast do życia w Europie (w pewnej mierze właśnie przez ceny nieruchomości). O co chodzi z kiepskim standardem? O to, że w Dublinie buduje się w inny sposób niż na kontynencie. Może wynika to z trochę łagodniejszego klimatu? Może z faktu, że to wyspa, a na wyspę trudniej dowieźć cegły? Nie wiem dokładnie dlaczego. W każdym razie buduje się w miarę lekko (czyli przeważnie z karton gipsu) i w poziomie. W związku z tym, że to jest mała wyspa (czyli dużo wilgoci w powietrzu, kapryśna pogoda i jakby nie było bliskość morza), na którą pada stosunkowo mało słońca (choć ten mit muszę obalić we wpisie o pogodzie  w Irlandii), to w większości mieszkań jest z natury chłodno i wilgotno. I to stanowi dla osób przyjeżdżających z kontynentu pewnego rodzaju niedogodność. Dla nas nawet sporą. Ogólnie należę do domatorów i żyję w myśl zasady, że mój dom jest moją twierdzą. W związku z tym mam spore wymagania co do mieszkania. Krótko mówiąc chcę mieszkać w europejskim stylu. Takie mieszkania też się zdarzają, ale jest ich mniej i są droższe. Temat cen nieruchomości w Dublinie stanowi dość poważny problem. Rynek jest niezwykle niestabilny. Rok do roku ceny potrafią urosną (albo spaść, jak było podczas kryzysu) nawet o 20 % (Dick mi tłumaczył, że to bardzo dużo). Wszystko zależy od tego, w którym momencie cyklu gospodarka się znajduje. Krótko mówiąc – jak się kręci i jest praca to ceny nieruchomości rosną. Jak przestaje się kręcić, to ceny zaczynają drastycznie spadać. Co prowadzi do fali bankructw. W taki sposób zbankrutował na przykład nasz poprzedni landlord. Jak się okazuje w Dublinie jest całkiem sporo nieruchomości z takim statusem. Formalnie należą do banków, co sprawia że na x miesięcy są wyłączone z obiegu (tak jak nasze byłe mieszkanie, które stoi teraz puste i czeka, aż je ktoś kupi). Ten paradoks doprowadza do obkurczania się liczby dostępnych nieruchomości, co prowadzi do wzrostu cen za wynajem i na sprzedaż… I tak w kółko. Co to wszystko dla nas w praktyce oznacza? Że wynajem jest drogi i niepewny. Także może się w dłuższej perspektywie okazać, że co roku będziemy musieli się przeprowadzać. Nie mamy do końca wpływu na standard mieszkania, które wynajmujemy (wiele zależy od szczęścia czyli od tego, kto w danym momencie ma wolne mieszkanie). Jeśli jest mało mieszkań, a wielu chętnych nie mamy właściwie na nic wpływu. Zakup nieruchomości to jak gra w ruletkę przy takich wzrostach i spadkach cen. Znamy osoby, które zdecydowały się kupić domy w dalszej okolicy Dublina. Ceny są dużo niższe, ale do pracy codziennie dojeżdżają samochodem około półtorej godziny w jedną stronę (co daje trzy godziny wyjęte z życiorysu na każdą dobę życia – chyba, że ktoś to lubi). Podsumowując – to nas naprawdę wkur****. I wiem, że nie tylko nas. Myślę, że to obecnie największa bolączka mieszkańców Dublina.

Wynajem mieszkania  i inne formalności w Irlandii.

Pociągnę jeszcze temat wynajmu mieszkania oraz ogólnie załatwiania formalności w Irlandii. Jest kilka procedur (hmm, nie wiem, czy to odpowiednie słowo), które  mnie zadziwiły, bo są tak inne od tego, do czego przywykłam w Polsce.

Po pierwsze – depozyt. Jeśli mieszkasz w Irlandii, to dobrze znasz to słowo. Jeśli chcesz zamieszkać to zaprzyjaźnij się z nim (a pożegnaj z gotówką, która od tej pory będzie ulokowana na koncie Twojego przyszłego landlorda, gazowni, dostawcy prądu itp.). Tutejsza gościnność i zaufanie społeczne to jedno, a formalności to drugie. Wszystko jest zabezpieczone depozytem. Ok, depozyt za mieszkanie to dość standardowa sprawa przy wynajmie. Ale już depozyt w gazowni to była dla nas nowość. Towarzyszy temu nawet zabawna (okraszona czarnym odcieniem) historia. Otóż do tej pory płacimy z Dickiem za gaz, którego nie używamy w ogóle. Dlaczego? W poprzednim mieszkaniu mieliśmy kuchenkę gazową. W związku z tym mieliśmy umowę z gazownią. Złożyliśmy standardowy depozyt (nie pamiętam dokładnie ile, ale była to kwota rzędu 200 e, więc piechotą nie chodzi), który miał być zabezpieczeniem przed ewentualnym brakiem płatności z naszej strony. Po ustawieniu na koncie direct debit (czyli polecenia zapłaty), depozyt nie był już potrzebny. Gazownia nie zwróciła nam gotówki, tylko obiecała pomniejszać rachunek co miesiąc o nadpłaconą kwotę. Ale, że korzystaliśmy tylko z kuchenki, to nadpłata mocno przewyższała nasze możliwości korzystania z usługi. I co ciekawe po przeprowadzce do nowego mieszkania okazało się, że gazu nie będziemy używać w ogóle. Kuchenka jest tym razem na prąd. Ale nasza umowa z gazownią nie wygasła, ponieważ w mieszkaniu jest zainstalowany kominek na gaz. Taka atrapa, którą można w jakiś sposób uruchomić pokrętłem połączonym z rurą z gazem… Oczywiście ze względu na wszędobylską  Bułę rozmontowaliśmy kominek, a dziurę w ścianie zasłoniliśmy sofą. Jednym słowem nie używamy gazu. Ale gazownia do dziś pobiera 15 e co miesiąc za fatygę. Oczywiście z depozytu. No i nic nie da się z tym zrobić.

Po drugie – polecenie zapłaty (direct debit). Jakby depozytu było mało, dochodzi jeszcze drugi wymóg stawiany przez landlordów i dostawców innych usług. Włączenie automatycznego poleca zapłaty (pieniądze bez potwierdzania znikają regularnie z konta) na koncie jest dla nich zabezpieczeniem, że na przykład nie zapomnimy zapłacić rachunków w terminie. Jednym słowem jest to rozwiązanie problemu bezmyślności i lenistwa (tak mniemam). I to jest w gruncie rzeczy ok. Ale już założenie konta w banku w Irlandii to nie taka prosta sprawa. Irlandia jest mała, więc banki są trzy (a w zasadzie cztery, włączając w to Ulster Bank z Irlandii Północnej). Aby założyć konto w banku trzeba mieć pracę. Bez tego nie ma konta. Wszystko musi się zgadzać, a przed założeniem konta urzędnik sprawdza dokładnie wszystkie formalności. I tak na przykład, ja do dziś nie mam konta w tutejszym banku. Płacę wyłącznie gotówką, ponieważ wyrobienie drugiej karty do konta Dicka to też wielce skomplikowana procedura (tutejsze banki są naprawdę w tyle za technologią, z jaką można się spotkać w polskich bankach). Stojąc kiedyś w kolejce do kasy samoobsługowej w tesco (w środę koło godz. 10) uzmysłowiłam sobie, że to nie tylko mój problem. Kas było osiem, nie wszystkie były czynne, w kolejce stało kilka osób. Jedna z kas stała pusta. Obsługa sklepu zapytała kto następny, uprzedzając, że to kasa przyjmująca płatność wyłącznie kartą. Nikt nie był zainteresowany. Szyba konkluzja jest taka, że albo masz czas stać w tesco w dni powszednie bo nie pracujesz, albo masz kartę bankową.

Po trzecie – rachunek za prąd. I jeszcze jedna ważna sprawa. Otóż, aby zapisać się gdziekolwiek (choćby do biblioteki), trzeba przedstawić wiarygodny dowód potwierdzający miejsce zamieszkania. Irlandczycy nie dysponują dowodami osobistymi, z tego co mi wiadomo. Także wymaganym papierem potwierdzającym adres jest zazwyczaj rachunek za prąd (lub inne media). W związku z tym, chcąc zapisać się do biblioteki miejskiej musiałam udać się z Dickiem, aby pokazał rachunek za prąd wystawiany na niego. W taki sposób poświadczył moje zamieszkanie pod tym samym adresem.

Irlandia w oczach emigranta

Ale mimo tego lubię Irlandię.

Podtrzymuję wszystkie zdania, które napisałam w pierwszym wpisie o Irlandii. Tak kocham Irlandię. Co nie zmienia faktu, że czasem mnie co nieco tu zadziwia. Inaczej tu mają pewne sprawy poorganizowane, co przecież nie znaczy, że są lepsi czy gorsi. Po prostu zupełnie inni.

Myślę, że mój wpis jest tylko jednym głosem wśród wielu głosów polskich emigrantów mieszkających na wyspach. Dziwimy się przyjeżdżając tutaj. Niektórzy przywykają, niektórzy narzekają (w końcu są Polakami i taka ich natura). Ja obserwuję. Z perspektywy półtorej roku, które tu spędziłam pewne sprawy wydają mi się już bardziej naturalne, gdy tu przybyłam. Do pewnych może nigdy nie przywyknę. Ale gdy niedawno pojawiło się w naszym życiu pytanie, czy aby czasem nie wyjechać stąd, to złapałam się na myśli, że będzie mi pewnych rzeczy brakować. Więc może to prawda, że lubimy to co robimy, a nie robimy to co lubimy? I że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka?