Subiektywny przewodnik po Irlandii cz.1.

z Brak komentarzy

Mieszkamy w Irlandii już półtorej roku. Choć w skali całego życia to niewiele (mam przynajmniej taką nadzieję) to myślę, że wystarczy, aby mieć jakieś zdanie na temat. W związku z tym pokusiłam się o wpis zawierający moje ochy i achy, które ten mały kraj wzbudził we mnie od czasu, gdy tu zamieszkałam. Dla równowagi dodam kolejny wpis z listą moich mniejszych i większych zdziwień (a niekiedy nawet poważnych wkur****ń), do których doprowadziła mnie ta mała wyspa. Jednym słowem taki mały subiektywny przewodnik po Irlandii. Zebrałam w całość to wszystko co do tej pory zasłyszałam i czego doświadczyłam. Część informacji pochodzi także od Dicka O’Bakera, który ma cierpliwość i ciekawość do głębszego researchu, a przede wszystkim ma okazję obcować z Irlandczykami na co dzień w pracy.

 

Irlandia zielona wyspa

Krótka historia Irlandii.

 

Tak bardzo ogólnie i tylko w kilku zdaniach (albo w kilkunastu, znam siebie przecież). Nie mam zamiaru konkurować z Wikipedią. Chcę tylko nakreślić pewien kontekst. Dawno, dawno temu Irlandia była integralną częścią Królestwa Brytyjskiego. Tak jak na przykład Szkocja jest po dziś dzień. To jest fakt, który do dziś nadaje pewien kierunek Irlandii. Bez tego Irlandczycy najprawdopodobniej nie mówili by po angielsku. A gdyby mówili po irlandzku (tak – mają swój język, który jest kompletnie inny od angielskiego) to czy gospodarka tego kraju wyglądałaby w taki sam sposób? Czy amerykańskie firmy zakładałyby tu swoje europejskie siedziby? A może kraj specjalizowałby się w czymś szczególnym i na swój sposób byłby teraz potęgą? Pozostawiam te pytanie bez odpowiedzi. W tym roku Irlandczycy obchodzą 100 lecie powstania, które doprowadziło do wyzwolenia. Przy tej okazji dowiedziałam się, że Irlandczycy uważają, że ich kraj był skolonizowany przez Brytyjczyków. Tak jak na przykład Indie… W historii Irlandii były też czasy wielkiej klęski i głodu, kiedy to populacja znacznie zmalała. Interesujący jest też wątek wewnętrznych walk pomiędzy protestantami, a katolikami, który miał ścisły związek z kolonizacją angielską. Do dziś kawałek wyspy, nazywany Irlandią Północną należy do korony. Belfast jest symbolem podziału i krwawych ataków terrorystycznych dokonywanych przez IRA (Irlandzką Armię Republikańską). Pamiętam gdy kilkanaście lat temu w Teleekspresie Maciej Orłoś podawał informacje o wybuchach bomb podłożonych przez terrorystów to w tym to w tamtym hotelu w Irlandii. I tak sobie dziś myślę, jak bardzo przerażało mnie to wtedy, a jak dziś nie ma w tym miejscu śladu po wojnach domowych. Co więcej IRA przekształciła się  w partię Sinn Fein i stanowi (bądź co bądź radykalne) skrzydło w demokratycznym parlamencie.

Dziś Irlandia jest nazywana zieloną wyspą.

Pamiętam jak kilka lat temu Donald Tusk w swoich kampaniach obiecywał, że zrobi z Polski drugą Irlandię. Nie miałam pojęcia co to miało znaczyć. Nie za wiele wiedziałam o Irlandii. Dziś mam jako takie rozeznanie, co miał na myśli polski premier. Otóż z biednego kraju o nijakiej gospodarce i małym rynku wewnętrznym Irlandia stał się nagle celtyckim tygrysem – szybko rosnącym rajem. Irlandczycy zaczęli się bogacić na potęgę. Ceny nieruchomości zaczęły rosnąć jak szalone. I doszło do kryzysu. Ludzie zostawiali klucze na stołach w zbankrutowanych mieszkaniach. Jechali na lotnisko, gdzie porzucali samochody z niespłaconymi kredytami i lecieli hen daleko za pracą i lepszym życiem. Poznałam kiedyś prawdziwą historię jednego Irlandczyka – Dave’a, który pracował z Dickiem. Dave jest w moim wieku. W czasach kryzysu skończył szkołę i szukał pierwszej poważnej pracy. Opowiedział nam, że nawet w McDonalds nie chciano go zatrudnić. Udało mu się na moment dostać stanowisko sprzedawcy internetu szerokopasmowego. Problem w tym, że miał go sprzedawać rolnikom rozsianym po całej wyspie. Pieniądze dostawał tylko od sprzedaży. Podsumował to jednym zdaniem: „Mieliśmy naprawdę świetny produkt, ale rolnicy nie potrzebowali szerokopasmowego internetu… Kiedy miałem do wyboru czy za ostatnie pieniądze kupić benzynę czy coś do jedzenia postanowiłem wyemigrować”. Dave wyleciał do Estonii, gdzie pracował dla firmy internetowej i poznał miłość swojego życia. Jednym słowem nie ma tego złego… Ale prawda jest taka, że jego los podzieliło wielu Irlandczyków. Zaczęli wracać na wyspę dopiero niedawno, gdy gospodarka wyszła z recesji. Czyli mniej więcej wtedy, gdy my przybyliśmy na stałe.

 

Irlandia morze emigracja

Kocham Irlandię za piękne widoki i morze.

 

Tyle tytułem krótkiego wstępu (no cóż, wiem, cierpię na długozdanicę). Czas przejść do konkretów. Ostatnio Dicka natchnęło i ni stąd ni zowąd zapytał:

– Arabelko, a gdybyśmy mieli stąd wyjechać, to za czym być tęskniła najbardziej?

Zanim zaczęłam wymieniać co naprawdę lubię w Irlandii spojrzałam na niego z podejrzliwością, pytając:

– A dlaczego mielibyśmy się wyprowadzać?

– No nie, tak tylko pytam, czy Ty w ogóle lubisz tu siedzieć?

Odpowiadając sobie w duszy na to pytanie muszę powiedzieć, że są takie rzeczy które tu pokochałam. Przede wszystkim krajobraz i morze. Ja w ogóle kocham morze. Pewnie nie raz takie zdanie się jeszcze pojawi na tym blogu. Jestem absolutną maniaczką morza. Całe życie marzyłam, żeby mieszkać nad morzem. No i voila moje marzenie stało się moją rzeczywistością. Mam taką kotwicę w podświadomości, że morze = wakacje = relaks. I to się sprawdza na co dzień.

Poza tym, nie na darmo Irlandia jest nazywana zieloną wyspą. To widać nawet na ulicach Dublina. Jest mnóstwo drzew, trawników, małych dzikich ogrodów przy domkach, a także palm! Te palmy mnie trochę śmieszą. Bo kiedyś żyłam w przekonaniu, że palmy rosną w tropikach. A Irlandia z tropikami nie ma nic wspólnego. A palmy są (tylko bez kokosów, żeby było jasne). Podsumowując – jest zielono i jak tylko świeci słońce to jest przepięknie! Zwłaszcza, że przez ostatnie kilka lat mieszkałam w Warszawie, gdzie jest głównie szaro (tak uważam, mimo tego, że mieszkałam przy polach mokotowskich i łazienkach – sorry, w Warszawie jest szaro i betonowo…). Także to porównanie może stanowić dodatkowy kontrast, który sprzyja na rzecz mojego zachwytu nad Irlandią.

 

Palmy w Irlandii

Kocham Irlandię za Irlandczyków.

 

Piszę tak, choć muszę przyznać szczerze, że nie poznałam tłumów Irlandczyków. Moja najbliższa koleżanka, którą udało mi się w jakiś przedziwny sposób spotkać (i która za chwilę stąd wyjedzie) jest tak de facto pół Irlandką, a pół Niemką (a właściwie ćwierć Niemką, a ćwierć Polką). Pisząc, że lubię Irlandczyków, mam na myśli ich jako zbiorowość – społeczeństwo, które wypełnia przestrzeń publiczną. I kilka takich cech, które rzucają mi się co dzień w oczy (a których na przykład ciężko doświadczyć w Polsce mając do czynienia z przestrzenią publiczną wypełnioną Polakami). Chodzi mi o taką naturalną uprzejmość Irlandczyków. Zadziwia mnie to zawsze gdy na przykład jestem w sklepie i chodząc zamyślona nieraz potrącę kogoś, albo ktoś mnie. Zazwyczaj wtedy słyszę „sorry” (przepraszam). Na początku mnie to szokowało, bo w Polsce byłam przyzwyczajona do takiej wrogiej miny, która się pojawiała zazwyczaj na twarzach mijanych osób (czasem okraszona słowem „spierd***j”, albo innym mniej lub bardziej wyszukanym przekleństwem). Tu jakoś ludzie są na co dzień bardziej uśmiechnięci. Mniej nadęci. Mam przynajmniej takie wrażenie. Lubię też wszechogarniającą swobodę ubioru. Takie niewymuszenie w wyglądzie. Pamiętam, jak mieszkając w Polsce, wybierając się na zakupy musiałam zrobić sobie obowiązkowo makeup i ubrać coś ładnego. Tylko po to, żeby być miło potraktowaną przez obsługę w sklepach. Jednym słowem – jak Cię widzą, tak Cię cenią. Tu jest na odwrót. Ludzie przeważnie chodzą wygodnie ubrani. Ok, czasem to wkurza, bo jednak miałoby się ochotę zawiesić oko na czymś więcej niż dresy, legginsy i adidasy. Ale z drugiej strony, jak mam gorszy dzień i chcę z Bułą wyjść tylko po zakupy to narzucam cokolwiek, maluję rzęsy i czuję się nadal jak bogini. Tak to działa w moim przypadku. I jeszcze lubię w Irlandczykach ich dumę i radość z powodu swojej Irlandzkości. To jak świętują dzień świętego Patryka. Jest parada, jest radość na ulicach, są zielone czapki, balony i wielkie kapelusze na głowach. Lubię też to, jak są dumni z tego co irlandzkie, czyli na przykład z U2 i Bono. To jest fajne, że potrafią się wspierać i cieszyć.

Kocham Irlandię za jedzenie.

 

To trochę przewrotne zdanie. Ponieważ irlandzka kuchnia nie słynie z wielu specjałów. Powiedziałabym nawet, że ogranicza się do kilku bardzo prostych i mało wysublimowanych potraw, takich jak burgery czy ryba z frytkami (fish & chips). Irlandczycy mają przedziwną skłonność do nadużywania octu (jak na moje polskie oko). W knajpach z jedzeniem na stołach obok soli, pieprzu i ketchupu stoi obowiązkowo butelka octu. Polewają sobie nim na przykład frytki, tak do smaku… Co więcej w Irlandii można spotkać niezliczoną ilość chipsów właśnie o smaku octu. Dick pewnego dnia przyniósł do domu szeroki wybór takich „smakołyków”. Wszystkie wylądowały w koszu na śmieci. Nie byliśmy w stanie tego zjeść, nie nasze smaki po prostu. Dick któregoś dnia podpatrzył w pracy jak rodowici Irlandczycy jedzą od czasu do czasu na lunch kanapki z chipsami. Posypują sobie chleb tostowy chrupkami i wcinają, że aż im się uszy trzęsą. Co kraj to obyczaj.

Ale miało być o miłości do irlandzkiego jedzenia. Otóż, jako niezwykle mięsożerna osobistość kocham tę małą wyspę za szeroko dostępną jagnięcinę i przepastne półki w pierwszym lepszym sklepie z wołowymi stekami. Taka drobnostka, a cieszy mnie za każdym razem, gdy wybieram się na zakupy po coś na obiad. Mieszkając tutaj odkryłam, że nasz polski schabowy to trochę taka tania podróba steka wołowego. Ma swój urok, ale do czasu, gdy ze spodni zaczyna wystawać nadprogramowy tłuszcz na przykład. Jednak, żeby nie było, że po wyjeździe zapomniałam o polskich korzeniach… Mam swoich polskich faworytów – produkty w które zaopatruję się po dziś dzień. I właśnie za to kocham Irlandię, że w każdym dużym markecie (przynajmniej w Tesco i SuperValu) jest regał podpisany „Polish Food”, na którym bez problemu mogę znaleźć twaróg, ogórki kiszone i kapustę kiszoną. Czyli taką trójcę nie do podrobienia, której niezwykle by mi brakowało. Traktuję to jako ukłon w stronę polskich konsumentów (których jest sporo, sądząc po rozmiarach „polskich półek” i po tym, jak niekiedy szybko produkty z nich znikają). Pamiętam kilka lat temu, mieszkając jeszcze w Polsce, odwiedzałam moją przyjaciółkę – emigrantkę w Berlinie. Poprosiła mnie wtedy, abym przywiozła jej z Polski twaróg na pierogi. Pokornie zrobiłam zakupy i przetransportowałam w termo-torbie kilka dużych kostek twarogu, które ona z wielkim uśmiechem na twarzy wrzuciła do zamrażalki, żeby mieć na specjalną okazję. Przypomniałam sobie tę sytuację, pakując swój dobytek przed wylotem do Irlandii i zadrżałam. Pomyślałam o tęsknocie za białym serem i ogórkami. I o tym, że jakoś głupio mi będzie prosić znajomych czy rodzinę o tego typu pamiątki z Polski przewożone w bagażu podręcznym. Jeszcze kamień z Jeleniej Jasnej Góry to każdy chętnie przywiezie, no ale ogórki kiszone, to już trudna sprawa, zważywszy na ograniczenia w tanich liniach lotniczych Ryanair. A tu po wylądowaniu spotkała mnie miła niespodzianka. Najpierw na lotnisku przywitał nas wielki bilbord z reklamą polskiego piwa. Po kilku godzinach na pierwszych zakupach trafiłam właśnie na „polską półkę”. Jakież było moje zaskoczenie gdy znalazłam na niej ulubione kabanosy Dicka, produkowane w mieście, w którym się urodził. I choć do dziś nie mogę wyjść z zaskoczenia, patrząc na niektóre produkty, które się na niej znajdują (jak na przykład masło… Irlandia słynie z fenomenalnego masła, więc kto kupuje polskie masło?). Ale to temat na osobny wpis.

Podsumowując życie w Irlandii ma swoje uroki.

Zapraszam do Irlandii!