O poezji na żywo czyli dr John Cooper Clarke.

z 2 komentarze

Jeśli znasz Johna Cooper Clarke’a to masz jakieś oczekiwania wobec tego tekstu. Dobra wiadomość jest taka, że byłam niedawno w teatrze i widziałam tego punk rockowego poetę na żywo. Tak, to było niezwykłe przeżycie. Więc jeśli nie możesz się już doczekać szczegółów to szukaj fragmentu o moich wrażeniach z tego występu. Bo to jest długi tekst 😉

Jeśli pierwszy raz w życiu widzisz nazwisko tego poety to pozwól, że trochę Ci o nim opowiem. Ciekawa jestem dlaczego czytasz ten tekst? Może zainteresowało Cię słowo poezja w tytule? Jeśli tak, to witaj w klubie 🙂 Też lubię czytać poezję. I bardzo lubię pisać wiersze. Ale jakoś daleko mi do romantycznej poetki z rozwianym włosem, piszącej piórem w notatniku zdania zakończone rymami gładkimi. Bo poezja to dla mnie pewna forma ekspresji. Także pozwól, że zacznę opowieść na temat występu punk rockowego poety Johna Cooper Clarke’a od kilku słów na temat poezji…

Co ma wspólnego punk rock z poetą?

Był taki dzień, całkiem niedawno, gdy niezwykle intensywnie zastanawiałam się nad życiem. Ok, nad życiem zastanawiam się stosunkowo często. Ale tym razem dręczyło mnie jedno konkretne pytanie – w czym ja jestem tak naprawdę dobra? Przeczytałam, a może usłyszałam na jakimś webinarze poradę, brzmiącą mniej więcej tak:

„Zastanów się co mogłabyś robić w nocy o północy? Na pewno jest coś, co robisz naturalnie dobrze. Każdy ma jakiś dar.”

Od tamtego momentu tak bardzo chciałam odkryć ten dar drzemiący gdzieś głęboko. I tak bardzo chciałam się na nim skupić… Ale nic nie przychodziło mi do głowy.

Więc postanowiłam odpuścić. I wtedy nagle uzmysłowiłam sobie jedno. Że ja od zawsze (ok, od kiedy potrafię pisać) piszę wiersze. I to jest coś co robię najczęściej „w nocy o północy”. Czyżby to był mój dar? Zasmuciłam się. Bo pisanie wierszy było dla mnie lekko wstydliwą przypadłością. Robiłam to skrycie. Kiedy już zdarzało mi się napomnieć, że w wolnych chwilach piszę wiersze, to zazwyczaj spotykałam się z sarkastycznym uśmieszkiem. „Aha, wiersze.” – mówili. Albo: „Wiersze? Nie… to nie dla mnie, to takie nudne”. Także pogodziłam się z tym, że będę pisać wiersze do szuflady tylko dla własnej przyjemności. To było dziesięć lat temu. Ale w momencie poszukiwań wewnętrznego „daru” poczułam bunt. Bo co to ma być? Czy pisanie wierszy zarezerwowane jest tylko dla natchnionych starców? Ewentualnie dla młodzieńców z Krakowa lub obłąkanych dziewek? Dlaczego wiersze kojarzą się ze słabością, nudą, melancholią, „romantycznym” (a właściwie przestarzałym), zakurzonym dziwactwem? Ok, każdy zna i podziwia Wisławę Szymborską czy Czesława Miłosza. W końcu polscy Nobliści to duma i skarb narodowy. No właśnie, ale tu znów wchodzimy w ton podniosły. A przecież poezja to nie tylko dzieła wiekopomne.

Piszę wiersze

A ja chciałam mieć dar, który można byłoby ubrać w jakieś sexi skórzane spodnie i kurtkę z frędzlami. A nie w powłóczyste szaty. Więc poezja wydała mi się do dupy w tym kontekście. Myśląc już trochę natrętnie o swoim „darze” zaczęłam się coraz bardziej złościć. Bo przecież wiersze jako krótka forma przekazu mogłyby zostać bardziej docenione w dobie szybkich informacji i pół-przekazów. Wierszom trzeba nadać po prostu nową perspektywę. Wywlec je z tej szkolnej ławy, z tych zakurzonych bibliotek, wsadzić w usta młodych! Tak, aby znów porywały tłumy. Rozpalił się w mojej głowie płomień i chęć wyjścia z poezją do ludzi. A potem podeszła do mnie Buła i zupełnie straciłam wątek. Życie znów biegło swoim rytmem.

Kilka dni później googlując to i owo przypadkiem trafiłam na ciekawy artykuł. Czytając wywiad z Alex’em Turnerem z Arctic Monkeys natknęłam się na wątek o Johnie Cooper Clarke’u. Okazało się nagle, że jest na świecie punk rockowym poeta, który od wielu lat prezentuje swoje wiersze na wielkich scenach i w małych barach. I wtedy właśnie zrozumiałam, że jest to ktoś, kto ubrał poezję w skórzane spodnie i klepnął frywolnie po tyłku…

Kim jest dr John Cooper Clarke?

Dr John Cooper Clarke jest nazywany potocznie punk rockowym poetą lub bardem z Salford. Mówi się, że to jeden z największych brytyjskich poetów występujących na scenie (z angielskiego można by użyć też słowa performencer). To najbardziej mnie interesuje. Ale to nie wszystko. Na jego stronie internetowej przeczytałam, że jest: poetą, gwiazdą filmową, prezenterem radiowo-telewizyjnym, komikiem, komentatorem życia kulturnego i społeczeństwa. Jednym słowem człowiek orkiestra. W przeciągu swojego barwnego, ponad pięćdziesięcioletniego życia zebrało mu się tych ról sporo. Jak przystało na Brytyjczyka pisze i wypowiada się w niezwykle sarkastycznym tonie. Na początku swojej kariery (czyli w latch 70tych) występował na scenie z takimi zespołami jak Sex Pistols czy Clash. John Cooper Clarke wygląda dość ekscentrycznie. Na zdjęciach ma najczęściej rozczochrane czarne włosy przepasane bandanką i ciemne okulary. Człowiek legenda, który w swoim życiu miał lepsze i gorsze momenty. Na chwilę zapominamy, targany uzależnieniem od narkotyków, powraca od jakiegoś czasu do łask publiczności. Właśnie dzięki Arctic Monkeys, którzy wykorzystali jego wiersz „I wanna be yours” jako tekst jednej ze swoich piosenek na ostatniej płycie. W ten sposób punk poeta trafił do młodszych pokoleń.

To co mnie najbardziej zainteresowało, to fakt, że on przede wszystkim występuje. Udaje mu się porywać ludzi słowem i bezpardonowo przedstawiać swoje poglądy w niepoprawnej politycznie formie. Jednocześnie jest kimś znacznie więcej niż zwykłym stand-up’erem czy barowym komikiem. Jest poetą z krwi i kości. Jak sam siebie określa egzystencjalistą i minimalistą w formie.

Bardzo chciałam zobaczyć, jak taki występ wygląda na żywo. Jak reaguje publiczność? Ile osób może być zainteresowanych takim show? Ale prawda jest taka, że  czytając po raz pierwszy o Johnie Cooper Clarke’u nie miałam pojęcia, że kiedykolwiek zobaczę go na żywo. Doszło do tego przez zupełny przypadek.

Występ dr Johna Cooper Clarke’a na żywo w teatrze w Dublinie.  

Czas na historię z życia wziętą. Wybrałam się którejś środy z Bułą do biblioteki na spotkanie „Dziecięcego Klubu Książki”. Było całkiem fajnie. Po spotkaniu puściłam na chwilę Bułę – wiercipiętę luzem, żeby sobie pobiegała. W pierwszej kolejności podreptała w kierunku wind. Trochę się wkurzyłam, ale jak się później okazało to był bardzo dobry kierunek. Otóż koło wind w bibliotece stoi wielki regał z ulotkami. I właśnie wśród tych ulotek kątem oka nagle dostrzegłam znajomą postać punk rockowego poety. Jego rozczochrana czupryna widniała tuż pod napisem – John Cooper Clarke Live Dublin. Chwyciłam z lekkim podekscytowaniem ulotkę po czym straciłam na moment oddech. To było zbyt piękne, aby było prawdziwe… Bard z Salford miał wystąpić w teatrze pod moim domem (dokładnie tak – na codzień widzę tylnie wejście do teatru z mojego balkonu). Ocknęłam się szybko mając na uwadze bezpieczeństwo Buły, która właśnie bawiła się przyciskami do windy.

Teatr w Irlandii

Po pierwszej euforii przyszło lekkie zwątpienie. Czy to aby dobry pomysł, żeby wybrać się na spektakl po angielsku samotnie? Mój poziom języka jest całkiem dobry, ale jednak wystąpienie pięćdziesięcioparoletniego komika-poety, który dużą część przekazu zamieszcza między słowami, to spore wyzwanie. Postanowiłam poszukać wsparcia. Udało mi się namówić moją irlandzką przyjaciółkę na wyjście. Zakupiłam bilety i z niepokojem odliczałam dni do spektaklu. To miał być mój wielki dzień. I w pewien sposób był.

W dzień występu przyszykowałam sobie odświętne ubranie (w końcu wyjście do teatru ;), szpilki i przykurzone akcesoria kobiety, która robi coś więcej w życiu niż tylko siedzi z dzieckiem w domu. Byłam podekscytowana. Dick przyszedł z pracy wcześniej niż zwykle. Przyniósł niespecjalnie dobre wiadomości. Trochę zbiło mnie to z tropu, ale uznałam, że to wyjście uratuje jakoś dzień.

Przyjaciółka przyjechała spóźniona gdyż jej pies wytarzał się na spacerze w krowim łajnie. Serio. Wszystko szło jak po grudzie. Ale przynajmniej do teatru było blisko, więc mimo wszystko liczyłam, że chociaż to się nie spieprzy i dotrę na miejsce. Obejrzę show. I przede wszystkim znajdę odpowiedź na pytanie – czy to możliwe, żeby zabawiać ludzi słowem i tylko słowem?

Już przy wejściu do teatru okazało się, że byłam jedną z niewielu osób ubranych lepiej niż na co dzień. Większość przybyłych wyglądała jakby wpadła przy okazji. Zaraz za drzwiami wejściowymi moim oczom ukazał się bar. Większość gości trzymała już w dłoniach plastikowe kubeczki z winem, piwem lub innym napitkiem alkoholowym. Moja irlandzka przyjaciółka zapytała, czego się napijemy. Spojrzałam podejrzliwie. Bo co jak co, ale w Polsce jest tradycja popicia małego co nieco w przerwie spektaklu, ale żeby tak już na wstępie? Przyjaciółka uświadomiła mi, że w Irlandii standardem jest popijanie alkoholu na widowni. Stanowi nierozerwalną część wieczornej rozrywki. Przyjęłam ten argument z pokorą. Nie odmówiłam. Zwarzywszy na okoliczności dnia i irlandzkie zwyczaje.

Biblioteka i wiersze

Dr John Cooper Clarke na żywo – moje subiektywne  wrażenia.

Zasiadłyśmy na widowni. Sala była wypełniona po brzegi. Na scenie stał tylko stół i mikrofon. W tle tliły się światła czerwone i niebieskie na przemian. Na scenę wyszedł starszy mężczyzna. Zupełnie nie przypominał tego z ulotki. Okazało się, że jest przyjacielem dr Johna Cooper Clarke’a i konferansjerem. Zapowiedział (bardzo przyjemną dla ucha brytyjską angielszczyzną) pojawienie się innego poety. Wyjaśnił, że wypełni on pierwszą część wieczoru. I że, towarzyszy w występach bardowi z Salford od jakiegoś czasu. Po brawach na scenie pojawił się mężczyzna na oko koło czterdziestki. Ubrany był w jeansy, biały t-shirt z nadrukiem i wełniany płaszcz do kolan. W dłoni trzymał książkę i butelkę wody. Nagle poczułam się nieswojo. W ułamku sekundy pojawiła się w mojej głowie myśl – „Co ja tu ku** robię? Co jeśli mi się nie spodoba, nic nie zrozumiem? Co jeśli zanudzę się na śmierć przez następne dwie godziny? Co to za gość? Zapłaciłam, żeby zobaczyć Johna Cooper Clarke’a, a nie jakiegoś poetę w płaszczu”. Ale było już za późno, żeby się wycofać. Popiłam wino z plastikowego kubka i oddałam się chwili. I ku mojemu zaskoczeniu gość w wełnianym płaczu pokazał mi świat, w którym jeszcze nigdy nie byłam. A w którym chciałabym pozostać w nieskończoność.

Niesamowite jest to, że on w zasadzie tylko recytował swoje wiersze. Swoim głosem potrafił wytworzyć taką paletę nastroi – od melancholli poprzez rozrzewnienie, radość, euforię, smutek, zaciekawienie… Minuta po minucie przejmował kontrolę nad publicznością. Bawił się naszymi emocjami bez trudu. Stymulował je z lekkością. Ludzie raz wstrzymywali oddech aby za chwilę wybuchnąć śmiechem. Poeta recytował wiersze, którymi opowiadał o swoim życiu. To były zwyczajne historie. Przeplatał je anegdotami. Wszystko to było okraszone sporą dawką wytrawnego brytyjskiego czarnego humoru. W pamięci do teraz pozostały mi dwa wątki. Jedno zdanie z wiersza o mamie. Wypowiedział z jednej strony gorzkie, ale z drugiej tak bliskie memu sercu i rozumowi zdanie:

„She taught me that love is not all you need…”

„Nauczyła mnie, że miłość nie jest wszystkim, czego potrzebujesz…”

Zachwycił mnie także wierszem – opowieścią z czasów szkolnych, o swojej pierwszej nauczycielce Miss Maicoon (czy jakoś tak ;). Zaskoczyło mnie to, jak wiele można wydobyć z na pozór nic nieznaczącej historii (no bo kto by wpadł na pomysł, aby wspominać swoją pierwszą nauczycielkę ;).

W tej jednej chwili upewniłam się, że poezja to nie  przykurzone strofy i wersy. Że w tych słowach jest melodia, jest rytm. I te słowa wypowiedziane w odpowiedni sposób potrafią poruszać najczulsze struny nie tylko umysłu, ale także serca. Paradoksalnie właśnie dzięki temu, że nie każde słowo zrozumiałam, mogłam oddać się zmysłowym przyjemnościom słuchania poezji. I po tym występie wiem, że nie jestem jedyną osobą na świecie, dla której to jest prawdziwa rozrywka. W powietrzu czuło się emocje. Nie tylko w momencie, gdy ludzie bili brawo z całych sił, ale także wtedy gdy wstrzymywali oddech z przejęcia.

dr john cooper clarke na żywo

Tak minęła pierwsza godzina show. Nieznajomy gość w wełnianym płaszczu rozbudził moje zmysły i oczekiwania. Nastąpiła przerwa podczas której większość Irlandczyków skorzystała z baru aby napełnić swoje plastikowe kubeczki alkoholem. Światła znów zgasły. Z głośników wybrzmiały fanfary. Na scenie pojawił się niezwykle szczupły mężczyzna w jeansach, marynarce, koszuli i krawacie. Z długimi, lekko przerzedzonymi czarnymi włosami. Dr John Cooper Clarke we własnej osobie. Publiczność wiwatowała. A on rozpoczął wypowiadać słowa z prędkością karabinu maszynowego. Atmosfera zmieniła się o 180 stopni. Było bardzo sarkastycznie. Momentami szowinistycznie. Chwilami wulgarnie. Wiersze przeplatał uszczypliwymi komentarzami na przeróżne tematy. Opowiadał o dawnych rock’and’rollowych czasach. O tym jak na jednym z festiwali spotkał Dalajlamę. A także o tym, jak po wyjściu z uzależnienia od narkotyków wszyscy i wszystko mówiło mu, żeby wrócił do nałogu. Na samym początku bard z Salford wydawał się być lekko zdenerwowany. Ale już po chwili udowodnił, że to on ma całą publiczność w garści. Że to on wpływa na nasze myśli i nastroje. To było bardzo ciekawe przeżycie.

To były niezwykłe dwie godziny. Pełne niespodzianek, wrażeń, emocji, ale także zaskoczeń. Bo jeśli miałabym szczerze powiedzieć, która część bardziej mi się podobała, to musiałabym wskazać na pierwszego poetę, którego imienia już dziś nie pamiętam (niestety).

Dr John Cooper Clarke to legenda. Jednak odczułam, że jest to postać z trochę innej epoki. Na sali było sporo młodych osób gwiżdżących od czas do czasu z zachwytu (jak wytłumaczyła mi irlandzka przyjaciółka – to jest w dobrym tonie tutaj ;). Ale było też sporo panów po pięćdziesiątce (równie krzepko gwiżdżączych). Osobiście jako kobieta, mimo ogromnego poczucia humoru i dystansu, czułam się chwilami nieswojo. Bo było dużo historii, z którymi nie mogę się zgodzić. Co nie zmienia faktu, że jestem zachwycona, że mogłam zobaczyć legendę na scenie.

Gdyby kiedyś przyszło Ci stanąć przed dylematem czy iść czy nie iść na występ dr Johna Cooper Clarke’a to zachęcam Cię. Bo warto przeżyć coś takiego. Oczywiście pod warunkiem, że masz poczucie humoru, lubisz słowo mówione, teatr, myślenie i poezję. Jednym słowem, jak to mówią Irlandczycy, jeśli jest to Twój „cup of tea” (czyli filiżanka herbaty ;).