Kłótnia z mężem. Jak sobie radzić z emocjami?

z Brak komentarzy

Siedzę właśnie w pokoju z kubkiem gorącej kawy. Wyszłam na balkon, żeby pooddychać świeżym powietrzem. Zabarykadowałam drzwi stolikiem nocnym, aby Buła nie wtargnęła. Bo od kiedy trochę podrosła i dosięga klamki to jedyny sposób, aby mieć chwilę absolutnego spokoju. Separacji i wyciszenia. Ukojenia nerwów, zebrania myśli.

Kłótnia czyli złe emocje w małżeństwie.

A właśnie tego mi trzeba tuż po wielkim wybuchu i wrzuceniu wszystkich nieposprzątanych po śniadaniu naczyń do kosza. Jednym słowem właśnie pokłóciłam się z moim mężem Dickiem. I nawet nie wiem, czy opublikuję ten tekst. Bo może będzie zbyt osobisty? Może będzie za bardzo nasączony złymi emocjami, abym mogła wysnuć w nim jakieś bardziej racjonalne wnioski? Ale pewne myśli kłębią mi się w głowie i uznaję, że napisanie tekstu będzie najlepszą z możliwych opcji rozładowania tego niechcianego nadbagażu.

I myślę sobie, że może w jakiś przedziwny sposób ten tekst i Tobie na coś się zda. Bo pewnie jeśli go czytasz to też miewasz ten problem.

Jesteś wybuchowa?

Kłócisz się o „pierdoły”?

Wkurwiają Cię niepozmywane naczynia i jego spokojny tekst „Przecież zaraz miałem się tym zająć. Dlaczego się ciągle denerwujesz?”.

NO WŁAŚNIE – DLACZEGO? I KTO MA RACJĘ? I PO CHOLERĘ TE CIĄGŁE SPORY?

Może lepiej spisać w końcu na straty te kilka lat walk i po prostu założyć osobne gospodarstwo domowe? Może lepiej zwyczajnie nie szarpać się w nieskończoność i rozwieść się? Pójść ścieżką statystycznej jednej trzeciej byłych już żon swoich byłych mężów?

I tak od kłótni dochodzę do odwiecznego dylematu – być czy mieć? Mieć spokój czy rację? I w jakim stopniu da się zarządzać emocjami? I na ile jesteśmy w stanie utrzymać spokój w związku małżeńskim?

Czas podywagować nad tymi pytaniami. Może do czegoś sensownego dojdę? A może chociaż zajmę czymś myśli i zutylizuję jakoś kłębiące się nerwy?

 

Mieć spokój czy rację? Czyli najczęstsze przyczyny kłótni małżeńskich.  

Ten temat to trochę taka czerwona płachta na byka. Bo mam wrażenie, że zaraz podniesie mi się jeszcze bardziej ciśnienie, gdy zacznę przypominać sobie te wszystkie powody, dla których wybucham. Ale może znajdę w tym gąszczu drobnych spraw jakiś klucz? Bo gdybym miała wymienić listę powodów moich częstych kłótni małżeńskich, to były by to:

#1 Porozrzucane skarpetki.

Do dziś nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Pamiętam gdy jako młoda dziewczyna czytywałam te wszystkie nagłówki w kolorowych magazynach skierowanych do kobiet w związkach – „Jak poradzić sobie gdy on ciągle rozrzuca swoje skarpetki po pokoju i nie chce sprzątać” i myślałam wtedy, że to jakiś żart czy patologia. W głowie nie mogło mi się pomieścić jak normalny człowiek może zdjąć z siebie ubranie i pozostawić je na dłuższy czas na podłodze. A to się dzieje naprawdę (i od czterech lat nie znalazłam argumentów, które mogłyby na zawsze unicestwić ten bezczelny proceder).

#2 Niepozmywane naczynia w kuchni.

Mimo, że mamy zmywarkę. Ciągle walczę o to, żeby jaśnie pan miał nawyk wyciągania tych naczyń ze zmywarki (bo niestety same do szaf nie wejdą) i wsadzenia tych brudnych, które stoją w różnych częściach kuchni, pokoi i łazienek (mamy dwie łazienki i to ma swoje duże minusy, jak się okazuje). I właśnie dziś o to poszło. Wchodzę do kuchni, a tam widok jakby ktoś postawił sobie za punkt honoru wypełnienie każdego, nawet najmniejszego skrawka blatu kuchennego brudnymi naczyniami. Sama zawsze staram się tym brudnym rzeczom znaleźć jakiś cichy kącik i złożyć w cieniu, tak aby nie sprawiały wrażenia wszędobylskiego bałaganu. Ale Dick nie akceptuje takiego rozwiązania. I to jest stały punkt zapalny do kłótni.

#3 Brudny kibel…

albo podniesiona klapa, niedokręcona pasta do zębów (zawsze odłożona w najmniej oczekiwanym miejscu) – kto przeżył, ten nie potrzebuje dodatkowego komentarza.

#4 Dziecko (w naszym przypadku Buła) pozostawione samo sobie.

Bucząca pod drzwiami pokoju, gdy ja chcę mieć chwilę skupienia. Gdy rozmawiam z kimś na skype, albo piszę tekst, albo uczę się angielskiego. Albo robię cokolwiek dla siebie na co potrzebuję ciszy i przestrzeni. Buła „pod opieką” Dicka (czyli swojego ojca) jest zazwyczaj puszczona samopas. Bawi się z radością pozostawionymi kubkami i łyżeczkami (potencjalne niebezpieczeństwo, na które ja nie pozwalam). Na spacer wychodzi bez czapki (zagrożenie przeziębieniem), czasem ptak ją obsra (no ok, co on za to może, ale jednak, jak ze mną wychodzi to ptaki jej nie obsrywają). No i oczywiście znudzona zabawą czymkolwiek w końcu trafia pod moje drzwi i usilnie chce mi przerwać. Bo wie, że mama się zajmie, pobawi, przytuli, zwróci uwagę, przebierze pieluchę obsraną od razu, da pić, jeść na czas, a nie jak jej się przypomni. Czasem też siedzi i ogląda bajki, które hipnotyzują ją i rozstrajają po pewnym czasie…

Dobra, to takie podstawy najczęstsze. Nie wrzucam tu kłótni o sprawy duże takie jak nasze bezpieczeństwo czy osiedlenie się w końcu na dłużej w jednym miejscu. Z tym poradziłam sobie już jakiś czas temu. Logicznie rzecz biorąc wiem, że rynek pracy jest trudny, czasy niepewne, droga do kariery kręta i wąska, a życie składa się z lepszych i gorszych momentów. Wiem, że nie na wszystko mamy wpływ. Tak jak ja miewałam gorsze momenty, tak akceptuję, że Dicka mogą też dopaść. Jedziemy na wspólnym wózku, a czasem go wspólnie pchamy, gdy akurat skończy się paliwo i trzeba jakość dobrnąć do kolejnej stacji o własnych siłach. I choć czasem budzę się spocona w nocy i pełna strachów, bo po głowie kołaczą mi jak szalone myśli: „Co z nami będzie dalej? Jak będzie wyglądała nasza przyszłość i przyszłość Buły?” To staram się wtedy uspokoić (to nie jest łatwe, żeby nie było wątpliwości). Staram się wtedy zmienić myślenie. Szukać pozytywów (dobra, wiem taki banał, no ale jakoś działa). I przede wszystkim staram się nie znajdować winnego w osobie Dicka. Bo prawda jest taka, że chciałoby się znaleźć pierwszego lepszego winnego, któremu można byłby wygarnąć ten zły los i niepewność. I w ten sposób rozładować złe samopoczucie, które mnie dręczy. Były czasy, gdy folgowałam sobie i wyrzucałam emocje gdzie popadło, jak tylko ogarniały mnie czarne myśli (gdy Dick nie miał pracy na przykład). Ale dziś staram się ugryźć w język i wpakować całą drzemiącą we mnie siłę w zmianę myśli. Bo wiem, że co by się nie działo, to on się stara. I chce dla nas dobrze.

Ok, to jest jakaś pierwsza konkluzja. Że na poziomie dnia codziennego mógłby się też postarać. Może się stara? A ja tego nie zauważam?

Małżeństwo jako długoterminowe zobowiązanie.

No właśnie i tu dochodzę do kolejnego punktu. Na co stać małżonków w długiej perspektywie? A na co stać ich na co dzień? I czym jest małżeństwo?

Bo z jednej strony w przypadku mówienia o związku długoterminowym, jakim jest małżeństwo (w moim przypadku, ale przecież nie chodzi o terminologię tylko o ogólną zasadę związku dwóch osób) mówi się przede wszystkim o miłości. Miłość to takie słowo, które używa się na prawo i lewo, ale którego mało kto doświadczył naprawdę. Bo czym jest miłość? Miłość jako uczucie, jako afekt, rozumiana jako coś wzniosłego, pięknego przyjemnego. Jak ona się ma do tego maratonu jakim jest „udane małżeństwo”? Jak się ma do tych naczyń nieumytych, do tych dni złego samopoczucia? Do tych wszystkich naszych codziennych egoistycznych pobudek? Którymi jak bardzo szlachetnymi istotami byśmy nie byli kierujemy się często na co dzień. Zawsze w takich momentach przychodzi mi do głowy ten fragment z „Pieśni o miłości”: „Miłość cierpliwa jest…”. Może dlatego, że cierpliwość nie jest moją mocną stroną. I wtedy zawsze myślę sobie, że wielkie idee, wzniosłe słowa i czucia to jedno, a życie to drugie w tych swoich małych codziennych wkurwieniach.

Więc jak to jest z małżeństwem? Może za dużo od niego oczekujemy? Może za wiele zrzucamy na barki miłości, a za mało w tym wszystkim realizmu i strategii? Bo może to jest tak, jak z firmą? Że genialny pomysł i wielka wizja nic nie da, gdy nie będzie codziennej ciężkiej pracy? Stawiam znaki zapytania, ale właściwie powinnam teraz skopiować powyższe zdania i zakończyć kropkami. Bo im dłużej żyję, tym bardziej leczę się z ideałów. I z bólem serca, ale jednak oddaję rację tym, którzy stoją twardo na ziemi. I mówią, że wszystko jest możliwe. Tylko wszystko wymaga ciężkiej pracy. Nawet miłość? Nawet miłość.

Jaką w małżeństwie rolę grają emocje?

Czyli jak to – rozwodzić się, czy się nie rozwodzić, jak on ciągle tych naczyń nie chce zmywać? Był taki czas, że po każdej kłótni czułam, jak wewnątrz kumuluje się we mnie taka siła, przez którą miałam fizyczną ochotę rzucić to wszystko w cholerę. Wręcz namacalnie podejść i rozerwać te wszystkie więzy i zobowiązania, które nas łączyły do tej pory.

Emocje mają ogromną siłę. Siłę huraganów i burz. Siłę tsunami i tornad.

Gdybym tylko potrafiła tę siłę jakoś transformować i kierować w pchnięcie do przodu spraw pozytywnych byłabym dziś gdzieś w odległej galaktyce.

Ale jak to jest, że one chcą zazwyczaj zniszczenia?

Jednak za każdym razem, gdy już chcę powiedzieć o to jedno słowo za dużo, które przekreśliłoby wszystko raz na zawsze, to wtedy w ostatniej chwili włącza mi się rozum. I cicho mówi – nie rób tego. Rozum jest sprytny i zawsze popiera to sensownymi argumentami. Podsuwa mi w mig historie kilku moich ciotek, które w życiu kierowały się emocjami. Niszczyły co się dało, gdy pojawiało się coś nie po ich myśli.

Ciotki są trzy.

Ciotka A – rozwiedziona od wielu lat. Z opowieści mojej mamy wiem, że wiodło jej się z mężem całkiem nieźle (prowadzili wspólny kiosk co na czasy PRLu oznaczało, że całkiem nieźle prosperowali). Lecz wiem także, że kłócili się tak siarczyście, że czasem dochodziło do rękoczynów. Mieli dwójkę dzieci. Rozwiedli się, gdy były małe. Ciotka więcej męża nie miała. Przestała dobrze prosperować, bo wolała poddawać się swoim emocjom i nastrojom. Wiedzie życie wolnej osoby, co zresztą ceni sobie bardziej niż dostatek.

Ciotka B – samotna matka od zawsze. Z opowieści mojej mamy wiem, że na ojca  swojego dziecka obraziła się jeszcze przed porodem i postanowiła nic od niego nie chcieć. Dziś mieszka z dorosłym już synem. Lekko zdziwaczała, raczej stroni od ludzi. Szuka winnych swoich niepowodzeń w złej szefowej, złym systemie i braku znajomości.

Ciotka C – stara panna (lub jak kto woli singielka po pięćdziesiątce). Ten przykład przychodzi mi do głowy zawsze, gdy mam ochotę rzucić wszystko w cholerę. Bo ciotka C całe życie wszystko w cholerę rzucała. Prace, w których czuła się niedoceniana lub mobbingowana (jakoś tak zawsze ktoś ją mobbingował). Męża i dzieci nie miała, bo to wymagałoby od niej poświęceń, wczesnego wstawania, rezygnacji ze swoich przyzwyczajeń i własnej wolności. Dziś ciotka C jest w UK. Pracuje na taśmie, żeby spłacić długi, które narosły od czasu, gdy zwolniła się z pracy w afekcie.

Mam też z tyłu głowy (a może w podświadomości) małżeństwo moich rodziców, którzy już nie żyją. Kłócili się bez przerwy. Czasem o rzeczy duże (bo pieniędzy nie zawsze starczało), a czasem o źle postawiony kubek w zlewie. Ale pamiętam też opowieści mojej mamy, która będąc w szpitalu przed śmiercią, ciężko chora na raka płuc wyznała mi jedno. Że mimo tych wszystkich kłótni, to na koniec liczyło się dla niej to, że naprawdę bardzo kochali się z tatą. I choć rodzice przy każdej kłótni grozili sobie rozwodem, to po tamtych słowach mamy zrozumiałam, że by się nie rozwiedli. Że nie chcieli się tak naprawdę rozwodzić. Oni po prostu nie potrafili zarządzać swoimi emocjami.

Niezawodna  metoda na rozbrajanie nadmiernych emocji?

Przeczytałam jakiś czas temu dość rzewną, lecz prostą historię na facebooku. Staruszka na łożu śmierci powiedziała swojemu sędziwemu mężowi, że ma ukryte małe pudełko na strychu. Po śmierci żony mąż odnalazł to pudełko. Był w nim list i szmaciana lalka. W liście przeczytał słowa, że za każdym razem, gdy ona była na niego zła, szyła szmacianą lalkę. Mąż się wzruszył i poczuł tę swoją męską dumę widząc tylko jedną lalkę. A potem odnalazł w kolejnym pudle ukryte miliony dolarów. Zarobionych na sprzedaży szmacianych lalek.

Po przeczytaniu tego tekstu mimowolnie się wzruszyłam. Do momentu kolejnej kłótni z Dickiem, gdy na fali złych emocji myślałam tylko – łatwo wciskać ludziom takie rzewne historyjki. Pomyślałam w złości, że życie nie jest takie proste. A dziś paradoksalnie, pisząc ten tekst wyszywam swoją szmacianą lalkę. Może pierwszą z tysiąca? I nawet jeśli nie zarobię na nich milionów, to muszę przyznać, że to działa. Trochę schodzą ze mnie emocje. Więc może to ma jakiś sens?

Jaka jest z tego wszystkiego konkluzja?

Uff. Wiesz, co jest niesamowite. Zeszły ze mnie złe emocje. Jak to się udało?

Zajęłam głowę czymś innym. Przeszłam od stanu skupienia na swoich roztrzęsionych racjach do stanu ogólnej analizy. Spojrzałam trochę z dystansu.

Pomogło. Czy na długo? To się okaże dopiero za chwilę. Gdy odstawię stolik nocny od drzwi, przejdę próg kuchni, w której pewnie ciągle panują zniszczenia po huraganie, który wprawiłam w ruch swoim wkurwieniem. I wtedy okaże się, czy będę w stanie wznieść się ponad chwilowe emocje i własne racje. I wtedy okaże się czy mam jakiś sposób, który warty jest powtarzania. Mam nadzieję, że tak. Bo dlaczegóż miałabym zakładać, że nie?

„Always look on the bright side of life” 😉

A Ty masz jakiś sposób na kłótnie z mężem? Napisz w komentarzu.

Lubisz czytać listy?