Krótka historia niespełnionego marzenia…

z Brak komentarzy

które okazało się być wizją niedalekiej przyszłości…

Miłam kiedyś przyjaciółkę. To były piękne i beztroskie, jak teraz na to patrzę z perspektywy, czasy. Byłyśmy krótko po studiach. Dni wypełniały nam szalone imprezy wieczorami i głupie żarty przy stole koło południa, gdy gotowałyśmy rosół albo lepiłyśmy pierogi, bawiąc się w panie domu, w którym nie było nikogo poza nami. 

Pamiętam dokładnie, jak pewnego dnia, siedząc przy stole w kuchnio – salono – sypialni rozmawiając o głupotach, dogryzając sobie z życzliwym przekąsem zaczęłyśmy snuć marzenia o pewnym przedsięwzięciu… 

 

Krótka historia niespełnionego marzenia

 

Ach, gdybyśmy tak mogły nagrywać te nasze błyskotliwe żarty, to byłby prawdziwy hit! 

Tylko jak można byłoby to zrobić? 

Obmyśliłyśmy szybki plan, który co prawda nigdy nie doszedł do skutku ze względu na skromne budżety, które jednak wolałyśmy wydawać na kosmetyki i alkohole (piękno i zabawa były naszymi wartościami życiowymi, to więcej niż pewne ;) ). Jednak snując marzenia ustaliłyśmy, że aby móc się nawzajem nagrywać potrzebne byłyby nam dwie małe kamery, które zapewne musiałybyśmy kupić w spy-shopie. Zamontowane na czołach. Aby wygadało to bardziej naturalnie, musiałybyśmy je ukryć w turbanach. I choć nie chodziłyśmy na co dzień w turbanach, to nasza trzecia przyjaciółka od czasu do czasu wykorzystywała ten patent aby ukryć przed światem przetłuszczone włosy w wakacje. Więc była to realna opcja. ;) 

To ciągle żywe w mojej głowie marzenie mogłoby obchodzić dziś jakieś naste (być może 12 naste lub 13 naste) urodziny… 

Wtedy to było marzenie ściętej głowy, bo nijak nie miało racji bytu. 

Dlaczego ktoś miałby oglądać dwie kpiące z siebie przyjaciółki w turbanach? I gdzie miałby to robić? Żadna telewizja nie kupiłaby takiego programu… Nasi znajomi mieli od czasu do czasu takie show na żywo i to im w zupełności wystarczało. Internet wtedy raczkował na tyle, żeby służyć nam głównie do nielegalnego ściągania filmów i sprawdzania poczty oraz pisania do siebie na gadu gadu, choć tak naprawdę zawsze przedkładałyśmy prawdziwy kontakt nad ten cyfrowy… Era Facebooka dopiero pojawiała się mgliście na horyzoncie. To były czasy, gdy na Fb zapraszało się ludzi do znajomych, aby mogli dodać jakieś magiczne punkty, za które można było powiększyć swój ogród lub stan trzody chlewnej na cyfrowej farmie. I choć miałyśmy jednego znajomego, który co ugotował, to robił zdjęcie i dodawał na Facebooka, to uznawałyśmy to za dziwny zwyczaj i tłumaczyłyśmy sobie tym, że chłopak pochodził z Warszawy. Poza tym stać go było na dużo lepszy telefon od naszych i całkiem pojemny pakiet internetowy dodany w abonamencie. 

Dlaczego o tym piszę? Bo wspominam te czasy za każdym razem, gdy wchodzę na YouTube i kątem oka widzę przedziwne filmy dodawane przez rzesze „youtuberów”. To pewnie ludzie, którzy zrealizowali te nasze marzenia. I choć nie zazdroszczę im jakoś szczególnie tego, bo po pierwsze nie chciałabym być jednak youturerką w turbanie… A po drugie marzenia, jak sama widzisz można w mniej wizualnej, a bardziej słownej formie zrealizować udało mi się jednak zrealizować (co prawda sto lat świetlnych po „prime time’ie”. ;)). 

Jednak tamto marzenie trzymam w mentalnej kieszeni, jako swego rodzaju papierek lakmusowy dla nowych marzeń.

Zwłaszcza tych z kategorii „ściętej głowy w turbanie z zamontowaną kamerką ze spy shopa”. Staram się  wtedy wracać do wspomnień z relatywnie niedalekiej przeszłości i myśleć, że dziś jest przeszłością, bo już za kilka lat to co dziś wydaje mi się takie raczkujące i niedostępne być może będzie całkiem powszechne… I czekam, czy poczuję dostatecznie mocny dreszcz ekscytacji na myśl o takim rozwoju wydarzeń. Czy w tej mojej wyimaginowanej przyszłości czuję, że jestem na swoim miejscu? Czy może nadal jest mi niekomfortowo bo muszę mieć na głowie dziwny turban i wiem już teraz, że był to tylko szalony pomysł w przebraniu marzenia z samych czeluści mojego serca…

Ciekawa jestem, czy też masz takie marzenia? Czy jest coś, co wzbudza w Tobie dreszcz emocji na miarę – och, gdyby tylko to był możliwe… I kiedy czujesz się jak Stanisław Lem piszący nową książkę? ;)

Napisz w komentarzu lub w mailu, jeśli masz ochotę. :) Może pomarzymy razem?

PS. A moja przyjaciółka, z którą oddawałam się tamtym marzeniom miała na imię… Marzena. ;)  

Spodobało Ci się? Podziel się choć z jedną osobą... Zajmie Ci to tylko kilka sekund. :*

Lubisz czytać listy?