7 książek dla dzieci, które tak naprawdę kupiłam dla siebie. :)

z Brak komentarzy

Robiąc niedawno porządki na półkach z książkami w pokoju mojej córki przypomniało mi się, że po niektóre z nich sama z wielką radością sięgam. I pomyślałam, że czas już wyjść z ukrycia. Być może jest nas więcej? ;) Dlatego dziś podzielę się z Tobą listą 7 pięknych książek dla dzieci, które chwytają za serce także dorosłych. Na mojej liście są głównie książki o emocjach i uczuciach. Ale jest też jedna podróżnicza. Pisząc te słowa zaczęłam się zastanawiać się czy faktycznie jest to książka dla dzieci… Czy może jest to rysunkowa książka dla dorosłych? Sama ocenisz, być może znasz tego autora i całą serię książek o miastach Europy. 

Myślę, że to są książki których zabrakło mi w dzieciństwie. Choć muszę uczciwie przyznać, że byłam otoczona książkami, ale jak wiadomo ponad trzydzieści lat temu trochę inaczej pisało się dla dzieci i w Polsce można było kupić inne książki. I choć chciałoby się rzecz, że „mamusia miała już swoją młodość i drugiej mieć nie będzie” to ja uważam, że znalazłam sposób, aby było inaczej. ;) 

KOCHAM KSIĄŻKI DLA DOROSŁYCH I DLA DZIECI. 

Jeśli czytujesz moje teksty to doskonale wiesz, że mam małą obsesję na punkcie książek. :) Gdy tylko urodziła się moja córka zaczęłam kupować książki dla dzieci. Od tamtego czasu minęło już pięć lat, a my mamy całkiem pokaźną bibliotekę, którą z radością uzupełniamy szczególnie podczas wizyt w Polsce. :) 

JAK CZYTAĆ MAŁEMU DZIECKU? 

Bardzo lubimy wspólny czas spędzony przy książkach. Lecz przyznam szczerze, że zanim to wspólne czytanie nabrało „blasku”, minęły aż trzy lata… Z wielkim zapałem zabrałam się do czytania niemowlakowi myśląc, że skoro „cała Polska czyta dzieciom” to ja za granicą też dam radę. Nie dałam, jeśli mam być szczera. Dziecko nie chciało spokojnie słuchać (teraz to dla mnie oczywiste, ale jak urodziłam moją córkę to nie miałam zupełnie doświadczenia z dziećmi i wydawało mi się, że powinna być zainteresowana…). I choć, książki od zawsze były w zasięgu jej rąk (co niektórym egzemplarzom nie wyszło na dobre) i były obecne w naszym życiu, to niestety dopiero gdy Buła podrosła dowiedziałam się jak powinno się „czytać” niemowlakowi. Szybko i bez oczekiwań, głównie pokazując obrazki i wydając z siebie interesujące, głośne dźwięki. I choć nasze wspólne czytanie nigdy tak nie wyglądało, to zawsze starałam się przynajmniej otaczać ją książkami. Gdy mieszkałyśmy w Irlandii zabierałam ją regularnie na spotkania „Baby Book Club” do pobliskiej biblioteki. Zresztą poza comiesięcznymi spotkaniami „klubu” spędzałyśmy też wiele wspólnych chwil w tej pięknej bibliotece. Och, mogłabym tak snuć wspomnienia… Ale do rzeczy! Dziś chciałam opowiedzieć Ci trochę o tych książkach, które kupiłam dla niej, ale także z myślą o sobie. ;) 

7 PIĘKNYCH I WARTOŚCIOWYCH KSIĄŻEK (NIE TYLKO) DLA DZIECI.

„A królik słuchał” Cori Doerrfeld

Jeśli miałabym wybrać najwspanialszą i najbliższą memu sercu książkę z tej listy, to byłaby to ta o króliku, a właściwie o małym chłopcu, który z zapałem budował coś wielkiego i doznał nagłej porażki. Kupiłam tę książkę w ciemno, przeglądając w księgarni internetowej sekcję książek dla dzieci. Moją uwagę przykuła subtelna okładka. Niewiele myśląc wrzuciłam ją do koszyka. Gdy tylko przyszła paczka z książkami zaraz po tym, jak obejrzałam książki zamówione dla siebie (bo zazwyczaj zamawiam cały stos książek) przeszłam do „Królika”. Wzruszyłam się podczas czytania. Przeniosłam się na chwilę do innego świata. I nagle zrozumiałam coś, czego nie mogłam sobie uzmysłowić przez wiele lat. Zrozumiałam w końcu na czym polega prawdziwa pomoc przyjacielowi! Zawsze gdzieś instynktownie próbowałam to wyczuć, ale gdyby ktoś zapytał mnie co jest sednem przyjaźni i jak można ją najlepiej okazać w trudnej sytuacji nie wiedziałabym jak to wyjaśnić. Doradzić? Wesprzeć? Pomóc? 

Dzięki tej prostej, pięknej i bardzo subtelnie ilustrowanej książce w końcu się dowiedziałam. Wystarczy po prostu być blisko. 

Po pierwszym przeczytaniu z radością przekazałam ją Bule. Byliśmy wtedy w Polsce. Zamierzałam jej potem poczytać, poszłam coś zrobić, nie pamiętam już szczegółów. Wiem tylko, że ona od razu zaniosła tę książkę do swojej Babci, która z chęcią jej ją przeczytała. Gdy weszłam do pokoju usłyszałam komentarz: „Jakaś dziwna ta książka… I te obrazki. O takich rzeczach pisać dla dzieci?”Jak widzisz, nie jest to książka, która trafia w serca wszystkich czytelników. Lecz ja jestem w niej tak zakochana, że niewiele to dla mnie znaczy. ;) 

„Miłość” Pauline Martin

Tę książkę poznałam dzięki Marii Popovej, która napisała o niej w jednym ze swoich artykułów na fenomenalnym serwisie Brain Pickings (jeśli go jeszcze nie znasz, polecam Ci ogromnie). Gdy tylko wpadła mi w oko w księgarni internetowej kupiłam ją ad hoc. Nie zawiodłam się! Choć, co ciekawe nie jest to książka, którą z lekkością czyta mi się Bule. Książka jest piękna, ma bardzo charakterystyczne rysunki i kocham ją otwierać i przeglądać. Nie jest długa i ma niewiele tekstu. Jednak czytanie jej na głos sprawia mi problemy, zwłaszcza, jeśli w pokoju jest jeszcze ktoś poza mną i Bułą. Tłumaczę sobie, że nagłe wypowiadanie pod rząd słów „kocham cię” przez kogoś, kto przez większość swojego życia wstydził się wyrażać swoje emocje i do tego myślał, że na miłość trzeba zasłużyć ma prawo ściskać gardło. Tak jest w moim przypadku. Dlatego czytam ją na spokojnie nie tylko w obecności Buły, aby utwierdzać się w przekonaniu, że miłość jest po prostu. Babcia Buły oczywiście nie widziała tej książki i raczej nie będziemy jej pokazywać, bo mogła by uznać za „dziwną”. ;)

„This is Rome” M. Sasek

To pamiątka z wycieczki. Jak możesz się domyślić z Rzymu. :) Kupiłam ją w sklepie muzealnym w Koloseum tego lata. Spędziliśmy w tym mieście kilka dni bez Buły, więc pamiątka była bardzo potrzebna. W innym przypadku nie wiem, czy kupiłabym tę książkę. Pewnie gdyby Buła była z nami zamiast pięknej i ambitnej książki przywieźlibyśmy pluszowego pieska lub coś równie różowego i mgliście zapadającego w pamięć. ;) Bardzo lubię sklepiki muzealne za to, że zawsze jest tam sporo ciekawych rzeczy. Choć przyznam szczerze, że tym razem nie miałam zamiaru kupować pięcioletniej dziewczynce nic bezpośrednio związanego z historią Koloseum. To chyba nie ten moment, w którym mam ochotę tłumaczyć jej zawiłości trudnej i brutalnej historii… Na szczęście pośród książek znalazłam tę, autorstwa znanego, jak się później okazało Miroslava Saska. To jedna z serii książek o dużych miastach. Buła z chęcią przejrzała, choć nie jest to jej ulubiona książka. Ja przeczytałam ją już po powrocie do domu i uświadomiłam sobie, że no cóż, chyba będę musiała jeszcze wrócić do Rzymu bo nie widziałam wszystkiego. ;) Szperając ostatnio w księgarni internetowej znalazłam inne książki tego autora, w tym książkę o Monachium, w którym mieszkamy i jak się okazało mieszkał też autor… Przypadek? Nie wiem. ;) Ale na pewno sprezentuję sobie i tę pozycję. A w kolejnych stolicach będę wypatrywać tych książek w sklepikach muzealnych. Myślę, że może to zostać moją nową, świecką tradycją. ;) 

„Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” Elena Favilli i Francesca Cavallo

Tę książkę kupiłam tuż po tym jak o niej usłyszałam. W końcu, jak pewnie większość mam, chcę na każdym froncie wspierać swoją córkę w sięganiu po marzenia bez mentalnych ograniczeń. Jednak półtorej roku temu Buła była jeszcze trochę za mała na takie historie. Książkę obejrzała i odłożyła na półkę. Ja za to z ogromną ciekawością ją przeczytałam. W końcu też drzemie we mnie młoda buntowniczka. ;) I choć lubię do niej wracać, to mam mieszane uczucia. Daję jej ogromny plus za piękne ilustracje i ideę. Podoba mi się bardzo to, że w książce jest taka różnorodność bohaterek. Sama odkryłam kilka cudownych postaci. Niestety muszę postawić też lekki minus i to za coś, co wydaje mi się kluczowe w tej książkę – za historię. Nie znam wszystkich postaci, więc nie jestem w stanie zweryfikować wszystkich historii i generalnie większość dodaje powera. Jednak jedna z tych, którą akurat znam trochę mi podpadła… Posłuchaj jak zaczyna się strona opowiadająca historię wybitnej pisarki Virginii Woolf: 

„Dawno temu mała Virginia z Londynu stworzyła gazetę o swojej rodzinie. Dziewczynka była starannie wykształcona, dowcipna i niezwykle wrażliwa. Przykre wydarzenia na całe tygodnie pogrążały ją w głębokim smutku. A gdy się cieszyła, była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. (…) Virginia cierpiała na chorobę zwaną depresją. Wahania nastroju towarzyszyły jej niemal każdego dnia, ale bez względu na samopoczucie nigdy nie przestawała pisać.” 

Ponieważ każda historia zajmuje 1 stronę w książce to co przytoczyłam powyżej to 1/3 historii o Virginii Woolf. Później jest jeszcze wzmianka o kochającym mężu, ciągłych wahaniach nastrojów i depresji, na którą wtedy nie było skutecznego lekarstwa (jakbyśmy dziś je mieli?!). I powiem szczerze, że czytając to cały czas miałam z tyłu głowy pytanie, czy naprawdę to, że Virginia Woolf miała depresję, a mimo tego pisała jest informacją nr 1, którą chciałabym przekazać mojej córce? Nie. Zwłaszcza, że jako osoba dość emocjonalna i bardzo wrażliwa mam alergię kulturowe połączenia wrażliwości, emocjonalności i depresji. Z ciekawości sprawdziłam notkę na temat Virginii Woolf w Wikipedii i muszę przyznać, że jest w niej dużo innych bardzo inspirujących faktów. Uważam, że w tej historii warto byłoby skupić się na właśnie tym, że Virginia Woolf była fantastyczną pisarką, która miała odwagę pisać w swoim własnym stylu! A przy okazji można było wspomnieć, że miała też depresję. Dlatego na pewno czytając Bule tekst o Virginii Woolf zmienię trochę jego treść. Swoją drogą książek tego typu wyszło ostatnio kilka na rynku. Taką samą tylko dla chłopców kupiłam też mojemu siostrzeńcowi (miał wtedy 5 lat), który z wielką chęcią słucha tych krótkich opowieści. Generalnie myślę, że idea jest wspaniała i od czasu do czasu poczytuję sobie te historie, jednak staram się przy okazji je weryfikować. 

Książka dla młodych buntowniczek o Virginii Woolf

„The day the crayons quit” Oliver Jeffers

Tej książki akurat nie kupiłam osobiście. Buła dostała ją w prezencie urodzinowym od mojej Przyjaciółki i jej córki. Przyjaciółka zna się na temacie dziecięcych książek (także dla dorosłych) jak mało kto! Dlatego postanowiłam zamieścić tę książkę na liście, bo niezwykle przypadła mi do gustu. :) Buła też ją bardzo lubi. I choć jest to książka po angielsku, to zazwyczaj czytam/ opowiadam ją po polsku. 

Pokochałam ją głównie za pomysł wokół którego jest napisana…

Wyobraź sobie, że pewnego dnia Twoje dziecko sięga po pudełko kredek, a zamiast nich znajduje stosik listów napisanych przez zbuntowane kredki. Okazuje się, że każda z nich ma na siebie wiele kreatywnych pomysłów. Jesteś ciekawa jakich? Nie zdradzę Ci szczegółów. ;) Kocham tę książkę nie tylko za zaskakującą ideę strajku (zawsze w takich momentach przypomina mi się scena z Misia: „Oni tu mają strajk!” ;) ). Urzekł mnie także zabawny i twórczy pomysł, w jaki zachęca do bezgranicznej kreatywności. I choć osobiście z kreatywnością nie mam problemów (poza jej okiełznaniem, ale to już zupełnie inny temat) to lubię, czytając tę książkę przypominać sobie, że nie ma powodów aby się ograniczać. Niech świat będzie kolorowy! :) 

„The dark” by Lemony Snicket illustrated by Jon Klassen

Kolejna książka po angielsku. Kupiłam ją podczas ostatniej wizyty w Londynie. W sumie to podobna historia jak z książką z Rzymu, choć treść i idea jest zupełnie inna! Choć była to pamiątka dla Buły to w momencie, gdy ją zobaczyłam spacerując po sklepie w muzeum Tate Modern moje serce mocniej zabiło i wiedziałam, że muszę ją mieć! To książka o CIEMNOŚCI. Och, gdybym tylko miała taką książkę 30 lat temu! Niestety nie miałam. I choć nie do końca rozumiem o co w niej chodzi, to jednak czytam ją sobie od czasu do czasu, aby oswoić się z tym, że gdzieś w mroku zawsze można odnaleźć paczkę żarówek. Jeśli tylko odważy się ich poszukać. Pociesza mnie ta myśl zwłaszcza, gdy sama muszę zajrzeć w mroczne zakamarki, nie tylko własnego domu. 

„Uczucia” Libby Walden i Richard Jones

Lubię tę książkę za to, że w prosty i zrozumiały, a jednak trochę bajkowy sposób tłumaczy zawiły i lekko przerażający świat uczuć. Taka myśl towarzyszyła mi, gdy kupiłam ją rok, a może półtorej roku temu. To była chyba moja pierwsza książka o emocjach. Kupiłam ją gdy bardzo chciałam je poznać i lepiej zrozumieć. Wiedziałam już, że nie muszę udawać, że ich nie ma. Nie muszę przed nimi uciekać, ani się ukrywać. Ale jeszcze nie brałam pod uwagę tego, że mogą mnie nie przerażać i że w gruncie rzeczy nie muszę za każdym razem ich w 100% rozumieć i analizować. Mogę je obserwować, bo wiem, że niezależnie jakie są to i tak miną. I wcale nie muszę im się zawsze poddawać. 

Przeczytałam tę książkę kilka razy samej sobie. Napisana jest wierszem, towarzyszą jej piękne ilustracje. Ma coś w sobie. Nie czytam jej za często, ale wiem, że to książka, którą bardzo chciałabym mieć jako dziecko. Wtedy nie miałam, ale cieszę się, że teraz mam i że mogę ją czytać mojej córce. Fajnie, że pojawiają się takie książki dla dzieci. Od tamtego czasu kupiłam jeszcze kilka innych pozycji na temat emocji (także dla dorosłych) ale przyznam szczerze, że ta jest najbliższa memu sercu. Jest napisana w łagodny sposób. Pomaga myśleć, ale też odczuwać i obcować z emocjami. Nie stara się wszystkiego rozłożyć na części pierwsze. Nie stara się nic zmieniać. Po prostu pomaga akceptować to co jest i lepiej to zauważać. Przynajmniej ja tak to odczuwam. 

Ciekawa jestem czy znasz książki o których napisałam? 

Jeśli tak, napisz w komentarzu lub w mailu jakie masz z nimi doświadczenia i wspomnienia? 

Jeśli masz swoje ulubione książki dla dzieci, które chętnie dodałabyś do mojej listy podziel się tytułami w komentarzu! :* 

Spodobało Ci się? Podziel się choć z jedną osobą... Zajmie Ci to tylko kilka sekund. :*

Lubisz czytać listy?