Jak to ze mną i Panią Swojego Czasu było?

Z Panią Swojego Czasu miałam na początku problem. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Bo Ola nosi korale i jest z Krakowa, więc odruchowo pomyślałam, że nie mój styl i to nie dla mnie. Kajam się dziś sama przed sobą za te myśli. Co ciekawe zawsze byłam przekonana, że żyję w myśl zasady „nie osądzaj książki po okładce”. A jednak, tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono… Szybkie wnioski są z tego dwa. Po pierwsze – nie jestem wyjątkiem. Tak to działa, że w pierwszym odruchu „kupujemy” oczami i oceniamy po wyglądzie kto do nas „pasuje”, a kto nie. Ten ekspresowy sygnał daje kopa pierwszej wiadomości, która przemierza neurony dając wstępne info o lubieniu bądź nie. I tak rodzą się fałszywe przekonania, na podstawie których możemy podejmować błędne decyzje. Drugi wniosek jest taki, że faktycznie warto się przysłuchać i poczytać, zanim kogoś się znielubi na dobre.

Olę poleciła mi znajoma, która przypadkiem opowiedziała mi o blogach, które czyta. Zapamiętałam z jej wypowiedzi tylko jedno zdanie: „no i oczywiście czytam Panią Swojego Czasu”. Oczywiście w jej ustach zabrzmiało tak pewnie, że poczułam się głupio, ponieważ kompletnie nie miałam pojęcia o kim mowa. Po rozmowie szybko nadrobiłam zaległości zaglądając na blog Oli. Zamknęłam go równie szybko ze wspomnianych wyżej powodów i zapomniałam na dłuższą chwilę. Ale jakiś czas później Pani Swojego Czasu dopadła mnie na facebooku. To było przed Bożym Narodzeniem. Anonsowała webinar. A że ja bardzo lubię webinary to się zapisałam. I tak oto zmieniłam zdanie o 180 stopni. Bo Pani Swojego Czasu to jest moja bajka…

Siedziałam na webinarze z otwartymi szeroko ustami i kiwającą bezwiednie głową w takt myśli, które brzmiały mniej więcej: „O tak! O kur**** tak!! Tak! Tak ona ma rację…” Potem wpadłam na blog i czytałam do czasu, aż Buła wyrwała mi telefon z ręki. A potem na spokojnie czytałam artykuł za artykułem, aż trafiłam na tekst, w którym Ola opisywała bardzo szczerze swoją ścieżkę zawodową. I wtedy nabrałam do niej absolutnego szacunku. Bo zrozumiałam, że kobieta wie o czym pisze. I że robi bardzo dobrą robotę. Dla wszystkich polskich kobiet. I tak myślę do dzisiaj.

Dlaczego zapisałam się na kurs online Pani Swojego Czasu?  

Wtedy na dobre wpadłam w sprzedażowe sidła zasadzone przez Panią Swojego Czasu. Na moje szczęście to była akcja z okazji styczniowej edycji kursu online Zorganizuj się w 21 dni. Ola kusiła na wszystkie możliwe sposoby. A ja się opierałam. Dlaczego? Bo już wtedy byłam po coachingach z Klaudią i myślałam, że o organizacji czasu to ja bardzo dużo wiem. W moim ukochanym kindlu miałam w dodatku kilka książek o zarządzaniu czasem (nie przeczytanych oczywiście), w tym biblię gatunku czyli „Getting Things Done” Davida Allena. Dlatego trochę wątpiłam, że ktoś może mi coś więcej powiedzieć. No i przede wszystkim wahałam się czy chcę wydawać pieniądze na kurs, skoro mam stos książek, których do tej pory nie przeczytałam… Ale z drugiej strony kusiły mnie pozytywne recenzje osób z poprzedniej edycji kursu. W jakiś dziwny sposób czułam, że to może być coś dla mnie (no dobra, może po prostu moja zakupoholiczna część czuła potrzebę wydania pieniędzy ;). Taka huśtawka nastrojów i myśli (od „dobra kupuję” po „daj spokój po co ci to, kup sobie lepiej kolejne buty”) trwała przez kilkanaście dni. Ostatecznie postanowiłam rzucić się na głęboką wodę, wpakowałam do koszyka kurs w wersji VIP (no bo lubię czuć się wyjątkowo) i tak zaczęły się kolejne wątpliwości. Bo wydałam sporo pieniędzy – cena kursu jest znośna, ale za wersję VIP to już można by parę niezłych butów kupić… Ale dziś nie żałuję, bo kurs kopnął mnie skutecznie w zad (czego nie można powiedzieć o nieużywanych butach, które do dziś stoją do na górnej półce w schowku).

 

Kurs online Pani Swojego Czasu opinia

Moja szczera opinia o kursie Zorganizuj się w 21 dni.

Kurs mnie zaskoczył. Bardzo pozytywnie. Przede wszystkim dlatego, że był bardzo konkretny. I myślę, że w tym tkwi jego ogromna skuteczność. Przyznam szczerze, że jako osoba z tendencjami do gromadzenia (no dobra jestem byłam rasowym zbieraczem jak zapisywałam się na kurs) byłam w lekkim szoku przez pierwsze kilka dni. No bo zapłaciłam całkiem sporą sumę pieniędzy, a tu materiałów jak na lekarstwo (jak mi się wtedy wydawało). 21 dni, z tego co kilka dni odpoczynek i powtórki (co dało ogółem tylko kilkanaście dni merytorycznych tematów).

Kurs składał się z krótkich lekcji. Codziennie otrzymywałam dostęp do kilkunastominutowego nagrania (w formie video lub podcastu), który mogłam też przeczytać. Do tego zazwyczaj dołączone było jedno ćwiczenie, czasem jakieś rozszerzenie o artykuł lub materiał związany z wyjaśnieniem działania konkretnych narzędzi do zarządzania czasem. Co najważniejsze – codziennie wystarczyło poświęcić na kurs zaledwie pół godziny. Czasem ćwiczenia wymagały dłuższego przemyślenia pewnych spraw lub wprowadzenia konkretnych zmian (no bo, żeby zrobić trzeba praktykować). Ale nie pojawił się żaden kolos, który sprawiłby, żebym pomyślała – zajmę się tym kiedy indziej, jak będę miała więcej czasu. I to świadczy o tym, że Ola wiedziała co robi, selekcjonując materiał do granic możliwości. Ma wieloletnią praktykę w szkoleniu ludzi i bzika na punkcie robienia (które jest przeciwnością prokrastynacji czyli myślenia o robieniu). Ona po prostu wie co trzeba zrobić, żeby się dobrze zorganizować.

Pierwsze tematy spłynęły po mnie jako po kaczce. Temat dotyczący przekonań był dla mnie bułką z masłem. Poranne i wieczorne rytuały wydawały mi się nic nie znaczącym detalem w codziennym życiu. No właśnie – wydawały mi się. Ponieważ jak zaczęłam wprowadzać te małe zmiany w życie ze zdziwieniem odczułam, że robią różnicę. A ja stawałam się z dnia na dzień coraz bardziej zorganizowana. I to bez nadmiernego bólu… Tak na marginesie to marzę, żeby kiedyś znaleźć taką Olę, która bez bólu w 21 dni przeprowadziłaby mnie przez proces odchudzania na przykład… (Olu, a może podejmiesz wyzwanie ;). Zupełnie opadała mi szczęka piątego dnia, gdy tematem były priorytety. W niespełna pół godziny ta kobieta otworzyła mi odpowiednią klapkę w głowie. Serio. To był mój osobisty „aha moment”. Wtedy zrozumiałam, że codzienną krzątaniną wokół sprzątania, gotowania, usuwania okruszków po Bule nie osiągnę tego, co mi tak naprawdę na dnie duszy leżało. Dzięki załączonym ćwiczeniom udało mi się wygrzebać z tych meandrów duszy właśnie to co jest dla mnie najważniejsze (czyli priorytety) i przypiąć na samej górze moich codziennych decyzji.

Mogłabym tak opisywać po kolei każdą lekcję. Ale przecież to zbyteczne. Kto ciekaw, niech sam po prostu przejdzie przez te magiczne 21 dni. Dzięki temu kursowi zyskałam jeszcze coś… Nawyk codziennej pracy w skupieniu o określonej porze. A dzięki temu już po zakończeniu kursu miałam czas na systematyczne działanie nad najważniejszymi dla mnie sprawami (i właśnie w tym czasie zrobiłam ten blog).

Komu polecam kurs Zorganizuj się w 21 dni?

Właściwie kurs Pani Swojego Czasu mogę szczerze polecić każdej kobiecie (i mężczyźnie też), która potrzebuje pomocy w temacie zarządzania czasem. Wiem, że brzmi to trochę jak tandetna reklama… Ale inaczej nie umiem o tym napisać. Bo jak sobie przypominam wszystkie moje momenty wow, które miałam podczas tego kursu to jestem tak podekscytowana, że mam ochotę pisać bez końca: warto, warto, warto… Dlaczego warto? Ponieważ działa. Udało mi się zmienić kilka bardzo złych nawyków. Wymienię tylko kilka, takich jak ciągłe rozpraszanie się przez facebooka, multitasking, zaczynanie dnia od internetu, zaczynanie pracy od rzeczy najmniej ważnych w moim życiu. Udało mi się też wdrożyć kilka bardzo skutecznych nawyków w codziennym dniu. No i wyznaczyć jasne i osiągalne priorytety. Bo kluczem do sukcesu dobrego zorganizowania jest przede wszystkim wiedza czego się chce. I konsekwentne realizowanie tego, dzień po dniu. Czasem nawet w mikro działaniach.  Oczywiście, że w 21 dni ciężko jest stać się maszyną turbo-efektywności. Ale codzienne ćwiczenia, aplikowane nawet w mikro krokach w dłuższej perspektywie dają ogromną różnicę.

Po zrobieniu tego kursu żałowałam w zasadzie tylko jednego. Że nie zrobiłam go jakieś trzy lata temu (na pocieszenie myślę, że wtedy jeszcze nie istniał). Ponieważ znajomość i praca według tych zasad niezmiernie pomogłaby mi w mojej ówczesnej pracy w korporacji. I zaoszczędziłaby mi miliarda nerwów.

Czy warto było wybrać wersję VIP? Osobiście jestem bardzo zadowolona. Z kilku powodów. Po pierwsze myśl, że wydałam taką kupę kasy na ten kurs zmobilizowała mnie do tego, aby go zacząć dokładnie wtedy kiedy się rozpoczął. Po drugie w pakiecie mogłam wymieniać emaile z Olą. I to mi też bardzo dużo dało. Dowiedziałam się dzięki temu kilka dodatkowych rzeczy. Także byłam usatysfakcjonowana w 1000%

Pamiętaj, że każdy ma swoją historię, która wpływa na potrzeby i percepcję. Dlatego każdy ma swoją subiektywną opinię. I to jest ok.

Jeśli masz jakieś pytania, zawsze możesz do mnie napisać na adres kontakt@arabellaobaker.com

Email do Arabelli O'Baker