Trzy lata temu też tak wiało.

z 6 komentarzy

Trzy lata temu też tak wiało. Mieszkaliśmy wtedy w Irlandii, więc ten wiatr był bardziej na miejscu. Jak na ironię, bo jakby się nad tym głębiej zastanowić, to w Dublinie większość budynków jest „z papieru”. Nie to co w Monachium, gdzie budynki są (jak przystało na serce niemieckiego dobrobytu) solidne i potężne.

Pamiętam, jak trzy i pół roku temu Mama chciała wyjechać do Monachium, do pracy. Mieszkaliśmy wtedy z Dickiem w Warszawie, a ona w Poznaniu jak zawsze. Miała już dość marnych zarobków w przychodni. Aby przygotować się do wyjazdu zapisała się na kurs niemieckiego. Często opowiadała z sympatią o ludziach, których tam poznała. To było dla niej typowe. Lubiła ludzi i miała niesamowity dar do nawiązywania znajomości, kiedy tylko ktoś nowy pojawił się w jej otoczeniu. Co prawda narzekała na naukę. Twierdziła, że chyba już nie te lata, a niemiecki jest trudny. Nie rozumiałam tego, bo nigdy nie uczyłam się niemieckiego (ani nie miałam jej lat). Zresztą, co chwilę zmieniała zdanie gdy rozmawiałyśmy przez telefon. Miałam wrażenie, że wszystko jej się mieszało. Przyznam szczerze, że nie miałam nerwów na te rozmowy. Byłam w ciąży, a Dick zmieniał pracę i wszystko wskazywało na to, że wyjedziemy zagranicę. Niepewność dnia powszedniego konsumowała większość moich i tak bardzo skromnych zasobów cierpliwości. Do tego jeszcze nie bardzo mogłam pocieszać się jedzeniem. Przez większość ciąży miałam problemy gastryczne i ta sprawdzona od lat metoda kojenia nerwów była dla mnie chwilowo niedostępna.

Pamiętam dzień, gdy wszystko się w końcu wyjaśniło.

Wielomiesięczna niepewność miała przejść na dobre do historii. Był listopad. Buła miała już 2 miesiące i była małą, zdrową dziewczynką. Dick dostał dobrą pracę w Dublinie. Kupiliśmy bilety w jedną stronę dla naszej trójki na koniec grudnia. Czekałam już tylko na święta, po których miała nastąpić nasza wielka emigracyjna przygoda. Wyobrażałam sobie, że Mama będzie nas często odwiedzać. Tak kochała morze, że Dublin był dla niej miejscem idealnym. Liczyłam na pomoc przy Bule i długie spacery. Wyobrażałam sobie, że w końcu znajdziemy dla niej pracę w Dublinie i będzie mogła zostać na zawsze. Była pielęgniarką z powołania. Kilka lat wcześniej skończyła też roczny kurs angielskiego. To było wtedy, gdy rozważała wyjazd do pracy w Anglii. Ostatecznie nie zdecydowała się na to, bo nie chciała nas zostawiać samych z Siostrą.

Tamtego listopadowego dnia siedziałam w domu teściowej. Miał nas odwiedzić dawno niewidziany kolega Dicka. Widziałam go wcześniej tylko raz. W dniu, gdy przyjechał do nas do Warszawy otrzymałam informację o zamknięciu firmy, w której pracowałam. Ostatecznie wyszłam na tym całkiem dobrze, ale pamiętam jak wielkie zaskoczenie pomieszane z rozczarowaniem i wściekłością towarzyszyło mi tamtego dnia.

Czy mogłam przewidzieć, że tym razem otrzymam jeszcze gorszą wiadomość?

Na to chyba nie da się przygotować.

Ubrałam Bułę w odświętną sukienkę i sama założyłam coś, co nie przypominało dresu, w którym chodziłam przez większość dni po porodzie.

Nagle zadzwonił telefon.

Usłyszałam Mamę. Właśnie wyszła od lekarza. Ostatnio źle się czuła. Długo myślała, że to grypa, bo łamało ją w kościach i bardzo słabo się czuła. Jednak antybiotyki nie pomagały i nie pozostało jej nic innego, jak liczyć na pomoc kolejnego specjalisty.

„To raczydło” – powiedziała.
Łzy automatycznie napłynęły mi do oczu. Na chwilę zabrakło mi tchu. Nie byłam w stanie nic powiedzieć.
„Nie rycz” – powiedziała. „Mam termin do szpitala za trzy tygodnie.”

NIe mogłam w to uwierzyć. Zadzwoniłam do Siostry. Potem znów do Mamy. Była załamana.

Wszystkie byłyśmy załamane.

Dwa dni później Siostra zabrała Mamę do innego lekarza na prywatną wizytę. Zbadał brzuch i głowę. Guzy były wszędzie. Znajoma pielęgniarka załatwiła kolejne badania w szpitalu, w którym Mama kiedyś pracowała. Potwierdziły najgorsze przypuszczenia. Zabrałam Bułę i przyjechałam do Poznania. Dick był z nami przez chwilę, a potem pojechał do Dublina, aby wynająć mieszkanie. Przyjaciółka Mamy, która potrafiła się w życiu dobrze ustawić, załatwiła szybsze przyjęcie na oddział płucny. Lekarz nie był w 100% pewny, w którym miejscu pojawił się pierwszy guz. Jako, że Mama została przyjęta właśnie na ten oddział postawiono ostatecznie diagnozę – rak płuc i poinformowano nas, że zostało jej koło miesiąca życia.

W szpitalu widziałam też innych palaczy. Miałam mieszane uczucia, za każdym razem gdy wchodząc bocznym wejściem, przedzierałam się przez chmurę dymu. Za każdym razem zza tej chmury wyłaniało się grono wychudzonych, w większości łysych postaci w szlafrokach. Mama szybko straciła siły, aby do nich dołączać.

Gdy odwiedzałam ją w szpitalu nie rozmawiałyśmy za dużo. Przez większość czasu spała. Czasem była rozżalona, że ją to spotkało, a czasem miewała nadzieję. Liczyła, że dzięki chemii jeszcze trochę pożyje. „Chociaż kilka miesięcy do przodu.” – mówiła. „Może będę mogła was odwiedzić jeszcze w Irlandii.” Pamiętam, jak któregoś dnia, powiedziała nam niespodziewanie: „Tylko nie rozpaczajcie za bardzo po mojej śmierci.”

Gdy wyjeżdżałam z Polski obiecałam jej, że się jeszcze spotkamy.

Dwa tygodnie później przyleciałam do Poznania na kilka godzin. Mama była nie do poznania. Odzyskała przytomność tylko na chwilę. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała: „Rozumiem.”, gdy ze łzami w oczach tłumaczyłam jej, że zaraz muszę wracać, bo Buła nie chciała pić inaczej, niż tylko z mojej piersi.
Nie pożegnałam się z nią wtedy. Nie miałam odwagi. Nie chciałam zabierać nam obu nadziei, której tak naprawdę i tak żadna z nas nie miała.

Kilka dni później zadzwoniła do mnie Siostra. Siedziałam w fotelu z trzymiesięczną Bułą na kolanach. Nagle Siostra powiedziała, że Mama właśnie zmarła. Płakałyśmy przez chwilę razem. Później każda z nas płakała jeszcze długo przy swoim mężu i dziecku.

To było dokładnie trzy lata temu.

Pozostałyśmy z wielkim smutkiem, z którym nie było wiadomo co zrobić.

Na co dzień zostawałam z tym smutkiem sama. Buła była za mała, żeby cokolwiek zrozumieć. Choć może tak naprawdę czuła to doskonale?

Dopiero dziś widzę, że miałam wtedy co najmniej dwa wyjścia. Mogłam z tym smutkiem obcować i czekać aż rozwieje go wiatr. Mogłam go też schować głęboko w swoim sercu i drżeć z przerażenia za każdym razem, gdy pojawiał się wiatr.

Trafiłam ostatnio na nekrolog, który sama zamówiłam trzy lata temu. Jest w nim taki cytat:

„Kochany człowiek nigdy nie umiera. Żyje zawsze w myślach, słowach i wspomnieniach.”
(wybacz, że nie podaję autora, ale w nekrologu go nie ma…)

 

Kochany człowiek nigdy nie umiera

 

I chyba tak jest. Dziś czuję dokładnie, że głęboko w swoim sercu schowałam na zawsze wspomnienia o Mamie. Smutek rozpędził z czasem wiatr. Było go bardzo dużo, więc trwało to sporo czasu.

Dziś, gdy za oknem wieje taki silny wiatr tęsknię bardziej za Irlandią, niż za Mamą. Do Dublina mogę zawsze wrócić. Tęsknota za Mamą byłaby nierozsądna. Musiałabym ją nazwać w pewnym momencie rozpaczą. A przecież Mama prosiła, aby za długo nie rozpaczać.
Zdrowy rozsądek mam po niej. I nie tylko to.

Dziękuję Ci Mamo ♥

 

CHWILO TRWAJ…

Czy też tak masz, że najlepiej myśli Ci się przy muzyce?

Jeśli tak, to proponuję ten utwór. Wybrałam go specjalnie. Mama bardzo lubiła Grechutę i ja też lubię tę piosenkę, w której wyraźnie czuję hulający w melodii wiatr zmian.

 

PODZIEL SIĘ SWOIMI REFLEKSJAMI.

Jeśli masz ochotę. Ja dzielę się swoimi, choć to nie zawsze takie „proste”. Tak jak dziś, gdy zastanawiam się czy publikować… Ale myślę, że warto. Napisz komentarz albo wyślij do mnie email.

 

CZEKASZ NA KOLEJNY TEKST?

Za każdym razem, gdy publikuję nową historię daję znać o tym wszystkim osobom zapisanym na LISTĘ. I to jest tylko jeden z powodów, dla których naprawdę warto się zapisać.

OK, ZAPISZ MNIE >>>