Mamy prawo TAŃCZYĆ z radością! :)

z Brak komentarzy

Jeśli tak jak ja w młodości oglądałaś nałogowo serial „Chirurdzy” możesz pamiętać tę scenę… Cristina ma na uszach słuchawki i tańczy w swojej sypialni. Nie wiem, czy tych scen było więcej, czy była tylko jedna, bo pamiętam też taką, gdy tańczą razem z Meredith…

Ten widok budził we mnie ogromne zdziwienie…

Ale jak to? One tak po prostu sobie tańczą? Bo mają na to ochotę? W domu? Pomyślałam o nich „zwariowane wariatki”. Jednak w głębi serca podziwiałam te dwie bohaterki za wolność, którą miały w życiu, a której wtedy tak bardzo mi brakowało.

Choć akurat nigdy nie przepadałam za tańcem.

I miałam ku temu powody.  

W pamięci utkwiło mi kilka momentów, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że TANIEC nigdy nie był dla mnie, a moje ciało  zostało stworzone bardziej do różańca niż do tańca. 😉

Pierwsze wspomnienie dotyczy wczesnej podstawówki.

Początek lat 90-tych przyniósł między innymi modę na szkoły tańca towarzyskiego.

Moich rodziców nie stać było na wiele, ale na dodatkowe zajęcia z tańca i angielskiego były pieniądze. O ile angielski był strzałem w dziesiątkę i do dziś, mieszkając za granicą, błogosławię ich za tamtą decyzję, o tyle taniec był kompletną klapą.

Nie pamiętam wiele z zajęć tańca towarzyskiego… Na pewno był krok podstawowy czaczy i moje zdziwienie jaki sens ma powtarzanie tych samych kroków w kółko? Potem było coraz gorzej… Na zajęcia przyszło więcej dziewczynek niż chłopców. Byłam już wtedy po fikcyjnym ślubie w przedszkolu z kolegą i doskonale wiedziałam, że mam ochotę tańczyć z chłopcem. Ale niestety na jednych z zajęć w wyniku niedoborów musiałam ćwiczyć tę czaczę z inną dziewczynką. Pamiętam uczucie rozczarowania i smutku z tego powodu. Na kolejnych zajęciach pojawiła się nieparzysta liczba dzieci i okazało się, że dziewczynka do pary nie była taka zła, w porównaniu z tym, że można było całkowicie zostać bez pary i całe zajęcia ćwiczyć podstawowy krok czaczy… I tak taniec, który sam w sobie niewiele miał wspólnego z przykrymi uczuciami odrzucenia i braku, został w mojej głowie na dobre z nimi połączony.

Po kilku zajęciach zrezygnowałam zupełnie. Moja mama była tym trochę zawiedziona, mając ambicję aby jej córka, jak przystało na małą dziewczynkę potrafiła ładnie tańczyć. I zapewne bez złych intencji próbowała jakoś sobie to wytłumaczyć. Łącząc luźno powiązane ze sobą fakty, że nie przepadałam za zajęciami z wf-u i nie chciałam chodzić na tańce stwierdziła, że „taniec i ruch nie są dla mnie”. Pozostało mi z ulgą przyznać jej rację i zabrać ze sobą to przekonanie na kolejne lata mojego życia.

Na szczęście moja Siostra spełniła później ambicje mamy uczestnicząc ochoczo w zajęciach z „tańców”, które dla mnie na zawsze pozostały jakimś egzotycznym hobby.

Możliwe, że ta historia brzmi dla Ciebie znajomo, tylko nie dotyczy tańców ale śpiewu, rysowania, czy innych zajęć, które w gruncie rzeczy powinny być zródłem radości, a nie połączone z oczekiwaniami, rozczarowaniem i zniechęceniem.

U mnie padło na taniec.

Przyszedł czas na szkolne dyskoteki.

Na szczęście taniec był na nich kwestią drugorzędną, bo jak wiadomo chodziło przede wszystkim o to, aby zostać poproszoną do tańca przez właściwego partnera.

Do dziś pamiętam dyskotekę na której jeden z „najładniejszych” (tak się to chyba wtedy określało) chłopaków z klasy zapytał czy zatańczę z nim „wolny” taniec. Z magnetofonu dobiegał zapewne głos Piaska, któremu na saksofonie przygrywał Robert Chojnacki… Idealny moment… A ja powiedziałam – NIE. Do dziś nie wiem dlaczego. Próbowałam to nawet rozgryźć wiele lat później, na jednej z terapeutycznych sesji. Mam hipotezę, że podświadomie chciałam go sprawdzić… Ale nie mogę wykluczyć, że przekonanie iż taniec nie jest moją mocną stroną miało w tym swój udział. Niezależnie od tego o co chodziło, chłopak więcej nie podszedł, a ja wróciłam do domu z poczuciem żalu, że zachowałam się wbrew swoim najgłębszym pragnieniom…

W liceum i na studiach z tańcem było mi lżej.

Mimo, że wiedziałam iż nie będę podziwiana za to jak tańczę, to nigdy nie potrafiłam skutecznie zagłuszyć wewnętrznej potrzeby tańca gdy tylko słyszałam na imprezie muzykę (zwłaszcza po alkoholu, którego wpływ tę potrzebę wzmagał i zapewne zagłuszał przekonanie o tańcu). Ale na trzeźwo miałam kompleksy związane z tańcem. Ujawniały się zwłaszcza wtedy, gdy widziałam w tańcu moje koleżanki, które w młodości ukończyły ten nieszczęsny dla mnie kurs tańca towarzyskiego. Ich ciała dobrze wiedziały czego spodziewać się w tańcu z partnerem. Ja tego do końca nigdy nie wiedziałam. Dlatego, o ile lubiłam chodzić na imprezy, o tyle miałam lekkie poczucie niedosytu nie będąc zbyt często proszoną do tańca (jak wtedy na tych pierwszych zajęciach w szkole…). Ale zawsze z radością chętnie tańczyłam „w kółku”.

 

Mamy prawo tańczyć

Temat tańca pozornie zakończył się gdy poznałam mojego męża.

A poznaliśmy się, o ironio, w tańcu… Jednak szybko okazało się, że o ile ja instynktownie sobie w nim jakoś radziłam, o tyle on ani nie ukończył kursu tańca towarzyskiego, ani nie miał wrodzonego wyczucia rytmu. Zatańczyliśmy w życiu dosłownie dwa razy, a potem znaleźliśmy inne formy spędzania czasu, które nam lepiej wychodziły. Skupiliśmy się wtedy na sobie, ja opuściłam miasto i przyjaciół, z którymi chodziłam na taneczne imprezy. W nowym mieście nie szukałam okazji do tańca, bo było wiadomo, że my nie tańczymy.

Ulżyło mi nawet. Jeśli czekasz teraz na przełomową historię na miarę dirty dancing, związaną z naszym pierwszym weslenym tańcem to muszę Cię rozczarować… Nasze wesele było niekonwencjonalne jak przystało na polskie standardy i nie było na nim tańców w ogóle. Zaczęłam nawet odmawiać zaproszeń na wesela moich koleżanek, bo skoro nie tańczyliśmy, to nie miało sensu wysiadywać na nich całej nocy…

Tak oto taniec w końcu zniknął z mojego życia.

Na szczęście muzyka pozostała.

Pozostał też jakiś nieokreślony brak, który dopiero niedawno udało mi się nazwać.

Choć generalnie gustuję w muzyce rockowej, która ma w sobie dużo energii, ale niekoniecznie stworzona jest do tańca, to jakiś czas temu nieoczekiwanie napadła mnie nieposkromiona ochota aby zatańczyć do jednej z piosenek, którą mam na iPodzie. Nie spodziewając się tego zupełnie, niczym Cristina założyłam na uszy słuchawki, poszłam do salonu, włączyłam muzykę i nie zważając na to, że była godzina 10 (rano), a przez okno od czasu do czasu widziałam smutnych przechodniów idących na spacer z psem, ja tańczyłam z RADOŚCIĄ.

Przypomniało mi się uczucie, które miałam wychodząc kilka miesięcy wcześniej z domu mojej koleżanki o trzeciej w nocy. Tańczyłyśmy do upadłego jak na starej szkolnej dyskotece, trochę się tego przed sobą wstydząc, ale bawiąc się DOSKONALE. Myślałam wtedy, że ta RADOŚĆ była w dużej mierze wynikiem spożycia alkoholu…

Ale teraz jestem pewna, że to był TANIEC!

Tańcząc o poranku, niczym zwariowana wariatka z serialu, czując prawdziwą radość i wolność pomyślałam nagle uśmiechając się do siebie, że niezależnie od tego co o sobie myślimy

MAMY PRAWO TAŃCZYĆ. Zawsze i wszędzie!

I nie mamy prawa odbierać sobie tego prawa żadnym osądem, że „to głupie” i „nie wypada” i „taniec nie jest dla mnie”…

Dopisuję to prawo do LISTY PRAW OSOBISTYCH, o której możesz przeczytać TU.

 

Kończąc te rozmyślania zachęcam Cię do TAŃCA, na przykład w rytm tej piosenki… :*

 

 

Jeśli nie masz problemów z TAŃCEM, ale czujesz, że coś jeszcze w Tobie siedzi i chce wydostać się na światło dzienne, ale nie do końca wiesz co i dlaczego… to zachęcam Cię gorąco do wysłuchania odcinka PODCASTU W związku z życiem. Autentyczne rozmowy (dla) Kobiet. pt. KREATYWNOŚĆ – fakty i mity. 😉 POSŁUCHAJ

Może będzie on dla Ciebie inspiracją do tego, aby stworzyć sobie w życiu przestrzeń dla radości TWORZENIA. Bo przecież nie samym tańcem żyje człowiek. 😉


Chcesz otrzymać powiadomienie o nowym tekście?

Oraz link do niepublikowanych tekstów, które są dostępne tylko dla Czytelniczek LISTÓW?

ZAPISZ SIĘ NA LISTĘ (tu). 


Spodobało Ci się?

Bądź odważna i podziel się tekstem. 😉

Skorzystaj z poniższych przycisków lub wyślij link do tekstu komuś, kogo znasz. :*

Lubisz czytać listy?