Matka w szponach marketingu.

z 2 komentarze

Pomysł na ten cykl zrodził się w mojej głowie zanim jeszcze powstał blog.

Główny zamysł był taki, aby jakoś udokumentować wszystkie moje zakupowe porażki oraz nieliczne sukcesy. I przestrzec w ten sposób inne matki.

Ale przecież sama wiem, że gdyby mi dwa lata temu ktoś z dobrego serca i własnego doświadczenia doradził aby nie kupować przedmiotu x czy y to byłabym śmiertelnie obrażona. Bo lubię mieć własne zdanie i sama decydować o własnych wydatkach. Zwłaszcza, że potrzeb mam wiele, pragnień głębokich tysiące, a na koncie bankowym środki ograniczone.

Dlatego odłożyłam ten pomysł gdzieś na zaplecze mojej świadomości.  Ale podczas niedawnej przeprowadzki chcąc nie chcąc natknęłam się na te wszystkie zakupowe niewypały (min. bujaczek, francuskie gryzaki i tym podobne bajery, którymi Buła zwyczajnie pogardziła). Dlatego powzięłam mocne postanowienie spisania historii tych zakupów.

Jednak, nie mam zamiaru żadnej matki do niczego przekonywać czy zniechęcać.

Postanowiłam przyjąć stanowisko obserwatora. Głównym punktem obserwacji jednak nie staną się przedmioty, które kupiłam z myślą o dziecku. Chcę się wgryźć w temat głębiej – docierając do momentu, w którym połknęłam marketingowy haczyk czyli uwierzyłam, że dany przedmiot warto było nabyć.

Jednym słowem chcę Ci opowiedzieć trochę o moich pokręconych stosunkach z marketingiem.

Dwa oblicza marketingu.

Mam wrażenie, że marketing to słowo owiane złą sławą. Za bardzo kojarzy się z innym słowem na m – manipulacją. A przecież to nie tak. Nie piszę tego z naiwności. Piszę tak z przekonania. Sama pracowałam kilka lat w szeroko pojętym marketingu. Dla firm większych i mniejszych. I nigdy nie miałam poczucia, że kogoś oszukuję lub komuś wciskam kit.

Przede wszystkim marketing to zespół narzędzi i metod dotarcia do osób potencjalnie zainteresowanych produktem. W myśl zasady, że produkując coś trzeba jeszcze zatroszczyć się o to, aby opowiedzieć o tym osobom, które mogą tego czegoś potrzebować. Nie ma w tym nic złego. Zgodzisz się chyba ze mną?

Ale jest też drugie oblicze marketingu. Zasada jest taka, aby nie koncentrować się ma poszukiwaniu klientów zainteresowanych danym produktem. Należy skupić się na tym, aby potrzebę użycia danego produktu wytworzyć wśród jak najszerszego grona odbiorców. I tak na przykład siedzisz sobie w domu, oglądasz telewizję i nagle ktoś na ekranie wtłacza Ci do głowy strach przed wszędobylskimi bakteriami… A zaraz potem proponuje swój detergent, który usuwa 99,99% wszystkich bakterii (ciekawe, dlaczego nie 100%). W tym wypadku w grę wchodzą różne triki i sztuczki. Liczy się przede wszystkim zysk.

Matka jako klient i odbiorca treści marketingowych.  

Po tym wstępie wracam do początku tej opowieści. Matka to wrażliwy konsument. I w swojej wrażliwości nie zawsze kieruje się podczas zakupów czystą kalkulacją zysków i strat.

Z kilku powodów.

# 1 Chce dla swojego dziecka jak najlepiej.

# 2 Jeśli jest matką poczatkującą – nie ma doświadczenia i do końca nie wie, czego potrzebuje – musi zdać się na opinie innych.

# 3 Matka – zwłaszcza ta, która jest w ciąży, lub zaraz po ciąży – jest pod wpływem hormonów. Później taka matka też bywa często pod innymi wpływami – uciekającego czasu, zmęczenia, nadszarpniętych nerwów, itp.

Możesz się ze mną nie zgodzić. Ok. Nie mam na myśli wszystkich matek na całym świecie. Wiadomo, że różnimy się od siebie. Wiem to.

Bywają zapewne kobiety – matki – niedoświadczone, pod wpływem hormonów, chcące dla swoich dzieci jak najlepiej, a jednak potrafiące dokonywać w 100% racjonalnych wyborów. Chwała im za to. Jeśli jesteś taką matką gratuluję Ci szczerze i serdecznie. Napisz do mnie, bo wiem, że będziesz dla mnie skarbnicą wiedzy.

Poza tym śmiem twierdzić, że takie matki częściej czytają blog Michała jakoszczedzacpieniadze.pl, niż mój (oczywiście, to znów taka generalizacja ;).

Ale. Piszę z własnego doświadczenia. Doświadczenia osoby, popełniającej masę błędów. I uczącej się na tych błędach czasem szybciej, czasem wolniej.

I powiem Ci, że jako matka dopiero po dwóch latach przebierając ten cały szmelc mogę racjonalnie powiedzieć, co mi potrzebne było, a co mnie po prostu skusiło tą czy ową obietnicą. I o tym będę w tym cyklu opowiadać.

Bo to będzie cykl. Zamierzam po kolei wziąć na tapetę każdy produkt, który mnie sromotnie zawiódł. Oraz każdy produkt, który mnie zachwycił. Średniaki może też się znajdą, ale pomyślę o nich w drugiej kolejności.

 

Co warto kupić dla dziecka

Paradoks matki – nie zarabia, a wydaje.

Na koniec dzisiejszego wpisu jeszcze jedna myśl. Taki mały paradoks. Otóż matka ma przekichane już na starcie (wiadomo, że nie każda – pamiętaj, generalizuję na podstawie własnych doświadczeń).

Potrzeb ma wiele, a przychody drastycznie jej spadają. Dlaczego? Otóż energia to zasób wyczerpywalny. Regeneracja następuje podczas snu i wypoczynku, a jak powszechnie wiadomo te dwa elementy są młodym matkom obce.

Pamiętam, jak Buła miała kilka miesięcy. Odwiedzili na wtedy bezdzietni znajomi. Para – mężczyzna i kobieta. Chyba sami przymierzali się do rodzicielstwa. Tak sugerowało ich pytanie: „Ile kosztuje dziecko?”. Odpowiedzieliśmy wtedy z Dickiem, odruchowo: „Dziecko kosztuje tyle ile Twój czas”. Bo siedząc z dzieckiem nie pracujesz. Przynajmniej ja przestałam pracować. Wiem, są żłobki, przedszkola, nianie, urlopy macierzyńskie i dobre firmy, które z otwartymi rękoma przyjmują matki – pracownice powracające po roku do pracy. Ja mam inne doświadczenie, trochę z własnego wyboru, trochę z okoliczności. Ale generalnie – dziecko generuje koszty. To trzecia osoba w gospodarstwie domowym. A młoda matka ma prostu mniejsze szanse na rynku pracy. Znów taki ogół – wiadomo, że różnie bywa…

Dlatego paradoksalnie, gdy zostałam matką, zaczęłam rozsądniej wydawać pieniądze. Ale nie od razu. Najpierw był wielki szał. Wszystko było potrzebne. Dziś mogę ocenić na chłodno, co mi się przydało przy dziecku.

Co Ty na to?

Na dziś kończę moje rozmyślania na temat bycia matką w szponach marketingu. Wiem, że było bardzo ogólnie. W kolejnym wpisie przejdę do konkretów. Konkretnie do bujaczka dziecięcego.

A jeśli chciałabyś mnie o coś zapytać  w tym temacie to pisz śmiało. I daj znać w komentarzu jak się zapatrujesz na taki cykl.

I jakie masz doświadczenia z macierzyństwem i marketingiem 🙂

 

Lubisz czytać listy?