Jak znaleźliśmy nowe mieszkanie w Dublinie.

z 1 komentarz

Zaatakował nas wirus zmian. Niespodziewanie. Znów. Myślałam, że w zeszłym roku otrzymaliśmy dawkę uodparniającą. Niestety chyba się myliłam. Co tym razem się stało?

Nasz landlord zbankrutował. Musieliśmy zmienić mieszkanie. Początkowo postanowiłam podejść do tematu jak do szansy na zmianę. W końcu jestem po tych wszystkich kołczingach… Pomyślałam – hej przygodo! Jak tylko minęło mi pierwsze wkur**** oczywiście. Zaczęłam od przyjrzenia się dokładnie mapie i wirtualnej eksploracji wszystkich dzielnic miasta. Przez rok niewiele zwiedziłam. Kapryśność Buły i pogody nie motywowała mnie do wycieczek. Dodatkowo nie miałam takiej potrzeby, ponieważ w naszej okolicy było wszystko czego matka z dzieckiem na co dzień potrzebowałaby do szczęścia.

Obejrzałam na street view całe miasto.  Nieduży ten Dublin, ale urokliwy. Z jednej strony góry, z drugiej wybrzeże. Gdyby był tu cieplejszy klimat miasto byłoby rajem na ziemi. Niestety pogoda jest północna, chłodna, zmienna, wręcz kapryśna, deszczowa i wietrzna przede wszystkim. Zamiast raju jest więc zielona wyspa. Dobre i to na początek emigracyjnej tułaczki.

Mieszkanie w Dublinie

Lubiłam nasze mieszkanie w Dublinie.

 

Ostatecznie doszłam do wniosku, że nie ma jednak lepszego miejsca w całym mieście niż to, które wybraliśmy rok temu. Nerwowo zaczęłam przeglądać ogłoszenia z okolicy. Najlepszym rozwiązaniem byłoby wynajęcie mieszkania w tym samym budynku. Niestety mieliśmy ograniczony czas na poszukiwania, ze względu na bankructwo właściciela oraz planowany świąteczny wyjazd do Polski. W naszej okolicy miałam upatrzony jeszcze jeden budynek po drugiej stronie ulicy. Duży, stosunkowo nowy apartamentowiec w stylu europejskim. Zaraz przy przedszkolu, do którego prędzej czy później będziemy musieli posłać Bułę. Ogłoszenia przeglądałam kilka razy dziennie. Już trzeciego dnia trafiłam na mieszkanie w upatrzonym budynku. Dwie sypialnie,  przestronny salon z balkonem, widok na morze, w dobrej cenie. To się nazywa fart, pomyślałam z satysfakcją. Szybko przekazałam radosną nowinę Bule, która pewnie i tak nic nie zrozumiała i posłałam link mężowi. Zaplanowałam wstępnie, kiedy będziemy mogli się przeprowadzać. Wyszłam z Bułą pospiesznie na spacer obejrzeć dokładnie okolicę nowego lokum. Tego dnia położyłam się spać w dobrym nastroju.

Mieszkanie w Dublinie

Wynajmujemy mieszkanie w Dublinie – próba 1. 

 

Mąż natychmiast zadzwonił do niejakiej Veronki, która zamieściła ogłoszenie. Odebrał starszy pan. Umówili się dwa dni później na oglądanie mieszkania. Wszystko szło gładko. W dzień oględzin ubrałam nowy płaszcz, wymyłam włosy, wypastowałam buty. Wszystko po to, aby wyglądać wiarygodnie i dostatnio. Poszliśmy całą rodziną, bo nie mieliśmy z kim zostawić Buły. Starszy pan szybko się zjawił. Był uprzejmy, pospiesznie pokazał mieszkanie. W zasadzie spełniało nasze oczekiwania, choć było mniejsze niż dotychczasowe. W salonie panował półmrok mimo tego, że na zewnątrz świeciło piękne południowe słońce. No cóż, pomyślałam, trochę nora, ale przynajmniej lokalizacja jest doskonała i wydaje się być ciepłe. Mąż szybko przeszedł do omawiania konkretów. Niejaki Ken wyjaśnił nam dalszą procedurę. Zgodnie z panującymi standardami potrzebne były referencje od poprzedniego najemcy, sprawdzane telefonicznie oraz list z pracy potwierdzający wysokość zarobków. Miałam mieszane uczucia odnośnie tego mieszkania, ale czas nas naglił, więc nie było co wybrzydzać. Zaraz po wyjściu powiedziałam mężowi, że bierzemy. Ken powiedział na odchodne, że są jeszcze 3 inne zainteresowane osoby, w związku z tym potrzebuje czasu do poniedziałku, aby się zastanowić. Co będzie to będzie, pomyślałam na pocieszenie.

Weekend minął w atmosferze lekkiego podenerwowania. Mniej więcej co godzinę odbywaliśmy z mężem rozmowę:

– Jak myślisz, wynajmie nam gość to mieszkanie? – Pytałam.

– Czemu ma nam nie wynająć? Mam świetne papiery, dobrą pracę, odpowiednie referencje. Gdzie on znajdzie takich najemców. – Odpowiadał z przekonaniem mąż.

– Wiesz moglibyśmy tam przy kuchni regał wstawić… – Zaczynałam snuć plany.

– Poczekajmy Arabelko, czy nam gość wynajmie. – Mówił spokojnie mąż.

– A myślisz, że nam wynajmie? – Pytałam nerwowo. I tak w kółko.

W poniedziałek mąż wrócił z pracy z informacją, że nie ma wieści od Kena. Ustaliliśmy wspólnie, że to jest na pewno „very busy guy” (bardzo zajęty gość) uspokajając się nawzajem i konkludując, że przecież nie ma możliwości, aby miał lepszych chętnych na wynajem. Położyliśmy się spać z niepewnością. Nie lubię tej niepewności. Przypomina mi te wszystkie momenty oczekiwania na cudzą decyzję, na którą mam ograniczony wpływ. Jak podczas szukania pracy. Czas się dłuży, telefon nie dzwoni, w głowie milion myśli z cyklu „na pewno nie dzwonią, bo zepsuł im się telefon…”. Potem nerwowe sprawdzanie, czy aby telefon działa, czy maile dochodzą. I zawsze działa reguła niedostępności. Tak dobrze ją znam, a mimo tego ciężko jest mi się uwolnić od schematu, w którym im coś jest mniej osiągalne, tym bardziej tego pragnę. Tak też się stało tym razem. We wtorek rano byłam już pewna, że bardzo chcę tam zamieszkać. Moja pewność osiągnęła zenitu, gdy dowiedzieliśmy się, że gość nam jednak mieszkania nie wynajmie. Mąż zadzwonił do Kena i otrzymał lakoniczną odpowiedź, że nie wynajmie i sorry. Ogarnęła mnie wściekłość pomieszana z rozczarowaniem. Szukałam jakiejś racjonalnej odpowiedzi, dlaczego nas nie wybrał. Może dlatego, że mamy dziecko, a może dlatego, że jesteśmy Polakami? Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Pozostało mi zaakceptować tą decyzję. W miarę szybko otrząsnęłam się i przyjęłam strategię, że tak miało być i na pewno czeka na nas coś lepszego.

Mieszkanie w Dublinie

Wynajmujemy mieszkanie w Dublinie – próba 2. 

 

Dziarsko rozpoczęłam kolejną rundę poszukiwań. Któregoś dnia natknęłam się na mieszkanie w okolicy. Co prawda w małym domku, ale po remoncie, atrakcyjnie wyposażone i w dodatku w niesamowicie dobrej cenie. Mąż zadzwonił do Juana, który zamieścił ogłoszenie. Następnego dnia byliśmy umówieni na spotkanie. Tym razem poszliśmy bez Buły, która została z Babcią. Teściowa pospiesznie przyleciała pomóc nam w domniemanej przeprowadzce. Doszliśmy na miejsce koło południa. Przywitał nas Juan, na oko koło pięćdziesiątki, trzymający w ręku piłę. Kończył właśnie remont parteru, który zamierzał wynająć. Był całkiem sympatyczny, choć nie budził mojego zaufania. Pokazał nam mieszkanko. Gdy doszliśmy do wyjścia na ogródek z radością oświadczył, że nie korzysta z niego nikt, poza jego matką, z którą mieszka na górze… Juan niestrudzenie próbował nas zachęcić do wynajmu. Pokazał dwie sypialnie i opowiedział historię, jak to 30 lat temu mieszkały w tych pokojach dwie kobiety. Jedna z jedenaściorgiem dzieci, a druga z dziewięciorgiem. Juan dobrze pamiętał tą sytuację, bo sam jako nastolatek mieszkał wtedy z mamusią na górze.

– Do dziś – dodał z dumą – przyjeżdżają czasem ludzie z Ameryki, trzymając w dłoni tylko jedno zdjęcie, zrobione w tym ogródku… Pytają, czy mogą sobie zrobić selfie na pamiątkę.

Z wymuszonymi uśmiechami na twarzach podziękowaliśmy uprzejmie za poświęcony nam czas, nie pytając nawet o szczegóły. Poczuliśmy się nieswojo. Czy naprawdę byliśmy w takiej desperacji, aby oglądać mieszkanie u starszej pani, pomyślałam zrezygnowana. Poczułam jak grunt pod nogami mi ucieka, a wraz z nim wali się całe poczucie bezpieczeństwa, które pospiesznie zbudowałam przez ostatni rok. Mieszkanie u Juana nie wchodziło w grę. Musieliśmy szukać dalej.

 

Mieszkanie w Dublinie

Wynajmujemy mieszkanie w Dublinie – próba 3. 

 

Dni mijały, a my musieliśmy zrewidować nasze oczekiwania i przejść do planu B. Czyli rozszerzyć poszukiwania na dalsze okolice. Nie chciałam się rozstawać z moim małym miasteczkiem, które tak dobrze znałam i w którym było wszystko w zasięgu pięciominutowego spaceru. Ale nie chciałam też decydować się na mały anglosaski domek, zbudowany z kartongipsu, ze starszą panią w pakiecie.  Niestety tego typu oferty zdominowały rubrykę z ogłoszeniami nieruchomości.

Raz po raz trafiałam na atrakcyjne oferty apartamentów przy morzu w dobrej cenie. Za każdym razem jednak okazywało się, że są już nieaktualne. Czułam się jak w pogoni za uciekającym królikiem. Goniona przez czas, który z dnia na dzień wprowadzał mnie w coraz większą rezygnację. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Znałam dobrze teorię i wiedziałam, że w takiej sytuacji należało zachować zimną krew. Był to dobry moment do ćwiczeń.

Któregoś dnia ponownie natknęłam się na atrakcyjne ogłoszenie. Spory metraż, cena odpowiednia, zdjęcia przyzwoite. Ogłoszenie opublikowane raptem od kilku godzin. Nadzieja wstąpiła we mnie na nowo. Co prawda inna dzielnica. Za to bliżej centrum, a ciągle nad morzem. Pomyślałam, że to nawet dobrze, zmienimy coś, a do tego mąż będzie wcześniej wracał z pracy. Umówiliśmy się na oglądanie. Tak, teraz się uda, pomyślałam z nadzieją.

W sobotnie południe przemierzaliśmy miasto kolejką, aby dotrzeć pod wskazany adres na czas. Pogoda standardowo nie dopisywała. Buła została z Babcią w domu. Postanowiłam tym razem nic nie mówić, żeby na wszelki wypadek nie wydało się, że jesteśmy Polakami. Te dwie rzeczy miały zwiększyć naszą szansę na szybki wynajem. Nowa okolica była dość ponura. Wąskie uliczki, duża ruchliwa ulica, wybrzeże za betonowym płotem. Starałam się na tym nie koncentrować uwagi. Pomyślałam o plusach, czyli szybszym dojeździe do centrum, pobliskim dużym sklepie i parku. Dotarliśmy do mieszkania pięć minut przed czasem. Przed wejściem spotkaliśmy właścicielkę. Kobieta, na oko koło sześćdziesiątki trzymała w dłoni listę potencjalnych lokatorów, którzy mieli się zjawić. Okazało się, że przeprowadzała casting. Na miejscu spotkaliśmy innych zainteresowanych. Właściciele pokazywali mieszkanie w towarzystwie obecnej lokatorki. Wyglądała na bardzo zmęczoną poprzednim wieczorem. Mimo wszystko starała się jak najbardziej zachwalać lokal. Z dumą dodała, że naprzeciwko jest niezwykle ciche sąsiedztwo hospicjum… To jedno zdanie ugasiło mój entuzjazm. Automatycznie pomyślałam o mamie. Przypomniało mi się, jak leżała w szpitalu i z trudem poszukiwaliśmy dla niej hospicjum, do którego i tak nie zdążyła trafić. Po wyjściu z mieszkania, zapytałam męża:

– No i jak Ci się podobało?

– Arabelko, przecież nie możesz mieszkać naprzeciwko hospicjum. Zwariujesz. – Odpowiedział.

– Może nie będzie tak źle. – Powiedziałam zrezygnowana.

– Znam cię. Dziś mówisz, że nie będzie tak źle, a po tygodniu mieszkania będziesz miała dość.

Miał rację. Gdyby nie to wspomnienie, mieszkanie byłoby atrakcyjne. Niestety.

 

Mieszkanie w Dublinie

Wynajmujemy mieszkanie w Dublinie z sukcesem. 

 

Musieliśmy szukać dalej. Mieliśmy umówione kilka spotkań w najbliższym czasie. Co prawda żadne mieszkanie nie było idealne, jednak to przy hospicjum nie wchodziło w grę. Przyznam, że to był moment krytyczny. Trzy porażki w krótkim czasie. Z drugiej strony pojawiały się nowe ogłoszenia. Z każdą nową szansą zapominałam na dobre o poprzedniej porażce. Wiedziałam, że czas nas goni, jednak skupiłam się na tym, czego tak naprawdę chcę. Chciałam dalej mieszkać w tym samym miejscu, w takim samym mieszkaniu. To był mój priorytet. Pewnego dnia mąż przyszedł z pracy z uśmiechem na twarzy. Miał dobrą wiadomość od „kubkowego”. Tak nazwaliśmy agenta nieruchomości, który reprezentował naszego landlorda, ponieważ w wynajmowanym mieszkaniu pozostawił kubek ze swoim zdjęciem. Wiadomość wydawała się zbyt piękna, by mogła być prawdziwa. Kubkowy znalazł nam mieszkanie w tym samym budynku, w którym do tej pory mieszkaliśmy. Do wynajęcia od razu bez castingu. Byliśmy uratowani.

 

Znów szczęście nam dopisało.

A może szczęście zawsze dopisuje wytrwałym? Może po prostu trzeba na nie cierpliwie zaczekać? Im więcej takich historii mi się w życiu przydarza, tym bardziej utwierdzam się w tym przekonaniu. Wiem, że to jest dobre przekonanie, które będzie mi służyć przez lata. Jeszcze przed wyjazdem do Polski przeprowadziliśmy się do nowego lokum. Wszystko wróciło do normy, a nawet jest trochę lepiej.