5 refleksji z Monachium. Po strzelaninie…

z Brak komentarzy

Piątek „weekendu początek”…  Wieczór. Godzina 21. Dwie godziny temu dostałam wiadomość na skajpie od Siostry: „Jesteś?????”.

Przestraszyłam się. Pomyślałam odruchowo, że coś się stało. Pierwsza myśl – czyżby babcia umarła? A może zwolnili moją siostrę z pracy? Serce zaczęło mi bić mocniej i czekałam z niepokojem, aż odpowie na moje pytanie „Co się stało?????”.

Napisała szybko – „Czy jesteście w domu? Była strzelanina w Monachium”. I w tym momencie nastąpiła konsternacja. Bo siedziałam z Bułą i Dickiem w hotelu, w samym centrum Monachium. Dick dosłownie pół godziny wcześniej wrócił z pracy.

Mieliśmy bliżej nie określone plany na weekend. Trochę kwaśne miny. Zwłaszcza z mojej strony. Bo czułam niedostatek wrażeń i emocji tego dnia. Obwiniałam siebie, że nawet na spacer nie wyszłam wieczorem. Dicka też obwiniałam, że nie pokwapił się wyjść z Bułą na spacer po pracy. Żebym mogła zająć się swoimi super ważnymi sprawami…

A w tym jednym momencie okazało się nagle, że na szczęście byliśmy dziś na tyle leniwi, że zostaliśmy w domu. I, że moje super ważne sprawy nie mają takiego wielkiego znaczenia w obliczu potencjalnego zagrożenia.

 

Monachium zamach 2016

Co się stało w Monachium 22 lipca 2016 roku?

Około godziny 18 doszło do strzelaniny w jednym z najpopularniejszych centrów handlowych w Monachium. Chwilę później miasto zostało sparaliżowane. Odpowiednie służby szybko zabrały się za ratowanie postrzelonych osób i poszukiwanie sprawcy. Nikt nie był w stanie powiedzieć co się dokładnie stało. Media zaczęły pokazywać przerażające urywki z miejsca zdarzeń. Pojawiła się panika. Zaczęto mówić o kolejnych atakach i strzałach w innych częściach miasta. Ludzie zaczęli się bać. Stanęła komunikacja miejska. Nikt nie wiedział, czy to był atak szaleńca działającego na własną rękę, czy zorganizowana akcja terrorystyczna. Po tym co wydarzyło się jakiś czas temu w Paryżu niemieckie służby były przygotowane na najgorszy scenariusz.

W powietrzu unosił się burzowy zaduch. Przez uchylone okno słyszałam raz po raz latające nad miastem helikoptery i wyjące syreny wozów policyjnych i karetek.

Z jednej strony miałam świadomość, że byliśmy bezpieczni. Siedzieliśmy w hotelu na czwartym piętrze. Mieliśmy lodówkę pełną jedzenia i piwa. Wiedziałam, że policja robi co może.

Ale serce mi waliło. Wyobraźnia podsuwała milion czarnych scenariuszy. Zwyczajnie zaczęłam się bać. Poczułam w tym momencie, że nie mam kontroli nad swoim życiem. Że tak naprawdę za chwilę ktoś może mi je odebrać. Przez kaprys, złe emocje, nieudane życie, nieudolność służb specjalnych… Cokolwiek.

Bo żyjąc w wielkim mieście i będąc częścią społeczeństwa jestem zdana na jakiś szerszy kontekst. Tak dziś sobie to tłumaczę. Bo prawda jest taka, że choć bardzo chciałam wypłynąć tamtego wieczora na głębszy poziom analizy, to nie byłam w stanie.  I jedyne co potrafiłam w tamtym momencie nazwać dokładnie to był STRACH. Ślepy strach. Wiedziałam, że to zupełnie bez sensu. Ale nie potrafiłam przestać się bać.

„Nu­da i strach uczą – ale do­piero, gdy miną.”

Chciałabym się podpisać pod tymi słowami, bo są cholernie mądre. Ale musisz wiedzieć, że ich autorem jest  Stefan Kisielewski. I te słowa są dla mnie punktem wyjścia do kilku refleksji, które spisuję dwa dni po strzelaninie w Monachium. Gdy emocje opadły. Poradziłam sobie ze strachem. A może sobie nie poradziłam, tylko po prostu pojawiły się nowe okoliczności? Nastąpiła fala uspokojenia. Bezpośrednie zagrożenie minęło. Minął w związku z tym strach.

Pozostaje refleksja. I pewna nauka. Mam kilka nowych informacji na swój temat.

Jak to powiedział ktoś mądry: „Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono”.

I dzielę się z Tobą tymi lekcjami najbardziej szczerze jak potrafię. Nie jestem z nich dumna, żeby było jasne. Wahałam się, czy opublikować ten tekst.

Ale ryzykuję.

Dzielę się z Tobą tym co mam. Bo nie chcę pozostawić Cię w poczuciu beznadziei i w czarnych myślach, że świat jest dziś niebezpieczny i mamy się bać. Mówię Ci tylko, że bałam się tamtego dnia. Ale dziś się nie boję. Dziś na „trzeźwo” wyciągam pewne wnioski.

 

 

Lekcja #1 – Nie jestem taka tolerancyjna, jak mi się wydawało…  

To jest najbardziej „wstydliwa” lekcja. Mam nadzieję, że ją zrozumiesz.

Niemcy to tygiel kulturowy. Panuje tu filozofia „multikulti”. Niby o tym wiedziałam. Ciągle w telewizji mówili „Angela Merkel propaguje mutlikulti”. Ok, co mi do tego – myślałam wtedy. Mieszkałam w Polsce, później w Irlandii, więc w gruncie rzeczy nic mi do tego nie było. Do czasu…

Przelecieliśmy do Monachium w zeszłą niedzielę.

Wysiadłam z samolotu otoczona Niemcami (jak na moje oko – mówili po niemiecku, ustawiali się w kolejce pokornie i wyglądali jak z reklamy Peek&Cloppenburg). Ale. Doszliśmy do przystanku metra. Pojawiali się kolejni ludzie. Różni. Różnie ubrani. Zwłaszcza kobiety. Zadziwiająco często ubrane w „chusty” i czarne przewiewne szaty do ziemi. Poczułam się dziwnie. Serio.

Pomyślałam, że nie powinnam czuć się dziwnie. W końcu jestem wykształconą kobietą. Emigrantką. Kosmopolitką oświeconą. Wiem, że nie „szata zdobi człowieka”. A jednak. Poczułam się dziwnie. I to uczucie niepokoju towarzyszyło mi każdego dnia. Gdy mijałam zachustowane kobiety w hotelu na korytarzu, w lidlu, w metrze. I to uczucie już prawie mnie opuszczało pod koniec tygodnia, gdy poczułam się tu bardziej na miejscu i oswojona z tutejszym krajobrazem. Do momentu. Aż nastąpiła strzelanina. I właśnie w tym momencie zaczęłam się bać. Pomyślałam w pierwszej chwili, że to „chuściarze” i że zaraz wszyscy zginiemy.

Nic takiego nie nastąpiło. Dzień po strzelaninie okazało się, że za zamach odpowiadał jeden szaleniec, który leczył się psychiatrycznie. Jeden człowiek, za którym nie stała żadna religia czy ideologia. Nie będący przedstawicielem żadnej grupy.

I wtedy zrobiło mi się głupio. Bo uświadomiłam sobie, że wcale nie jestem tolerancyjna. Osądzam pochopnie i popadam w prostackie schematy.

Dlaczego o tym piszę? Bo to uczy mnie jednego. Żeby się pilnować. Ciągle zwracać uwagę na pospieszne myśli i schematy. Bo zapędzają w kozi róg. Bo gdyby nie moje „osądzanie”, pewnie bym się tak bardzo nie bała tamtego wieczora. Gdybym nie założyła, że to oni chcą nam coś zrobić.

A przecież sama mieszkam na obcej ziemi. Jako emigrantka, nie będąca u „siebie” nie chcę, aby ktoś nakładał na mnie łatki i schematy, zanim mnie pozna. Nie chcę, aby traktował mnie wrogo, tylko dlatego, że kiedyś może coś złego słyszał o jakimś Polaku.

Chcę odpowiadać przed innymi sama za siebie. Oczekuję kredytu zaufania na starcie. No właśnie. Dlatego jestem zobowiązania do dawania tego kredytu innym. Zmiana zaczyna się ode mnie. Trywialne, ale do bólu prawdziwe.

 

Lekcja #2 – nie ucieknę przed strachem.

Ten tekst wykluł się z jednej emocji. Z emocji, której nie trawię. Która mnie paraliżuje. I przed którą mam w zwyczaju uciekać. Ze strachu.

Lecz tym razem nie było wyjścia awaryjnego. Tym razem stanęłam oko w oko ze strachem. Nastąpiła konfrontacja.

W piątkowy wieczór siedziałam na łóżku. Patrząc na Dicka, który miał w oczach zdziwienie pomieszane z niepewnością, chciałam zacząć go obwiniać za to, że przywiózł nas w takie niebezpieczne miejsce. Ale. Po tych dwóch dniach, kiedy już wiadomo, że to był atak jednego szaleńca, trudno mówić o tym, że Monachium to jest niebezpieczne miejsce. To po pierwsze.

Po drugie. Zaczęłam się pospiesznie zastanawiać, dokąd mogłabym wyjechać? Gdzie mogłabym się osiedlić, aby poczuć się naprawdę bezpiecznie? Powiedziałam więc Dickowi, że może trzeba było zostać w Irlandii. A on na to, że przecież od jakiegoś czasu w Dublinie odradza się IRA i takie strzelaniny zdarzają się raz w tygodniu. Yhm. Pomyślałam zasmucona. Może powinniśmy wyemigrować do Stanów? A Dick na to wyciąga ze swojego ajfona statystyki, że w USA strzelaniny zdarzają się średnio codziennie. Yhm. To może Spitsbergen? Ostatnio czytałam, że tam jest bardzo bezpiecznie… Tylko tam też jest zimno. I niewiele się dzieje.

I koniec końców doszłam do wniosku (tak, wiem, że Ameryki nie odkrywam), że nie da się uciec przed niebezpieczeństwem. Jedyne co mogę zrobić, to trzymać swoje imaginacje na wodzy. Nie tworzyć czarnych scenariuszy w swojej głowie. I żyć mimo strachu. I żyć po prostu, tam gdzie chcę. I żyć tak, żeby nie bać się końca.

 

Lekcja #3 – na złe emocje potrzebny jest patent.

I po tym długim wywodzie na temat strachu dochodzę do kolejnej konkluzji. W piątkowy wieczór miałam zaplanowany ciekawy webinar. Wzięłam w nim udział. Ale przyznam Ci się, że niewiele z niego pamiętam. Moje myśli uciekały co chwila w odmęty strachu. Wypiłam piwko na rozluźnienie. Trochę pomogło, ale przyznaję, że alkohol to słaby sposób na radzenie sobie ze złymi emocjami. Próbowałam spać, ale skończyło się to koszmarami o tym, że ktoś nagle wchodzi do hotelowego pokoju i strzela. Próbowałam nie sprawdzać co 5 minut w telefonie wiadomości, ale nie mogłam się opanować.

Byłam pod wpływem emocji. I spod takiego wpływu ciężko jest się wydostać o własnych siłach.

Potrzebny jest patent.

Przyznam Ci się, że udało mi się złapać dystans dopiero w sobotę koło południa. Dopiero wtedy zasiadłam do wiersza, który chciałam umieścić na blogu. Dopiero wtedy naprawdę udało mi się skupić myśli na czymś innym. I wrócić na tory produktywnego życia. Mojego życia. Nie tego, które dzieje się pod wpływem strachu i innych złych emocji.

Bo w takim wypadku silna wola nie wystarczy. Przynajmniej mi nie starcza. Potrzebuję sprawdzonego sposobu. Triku. Czegoś co działa czyli pomaga skupić myśli na czymś innym.

Lekcja #4 – wdzięczność to podstawa.

Gdy emocje już opadły uzmysłowiłam sobie jedno. Że mogło być dużo gorzej. Że mogliśmy siedzieć tego dnia w tym cholernym McDonaldzie, w którym była strzelanina. A jednak nas tam nie było. I powinnam być za to wdzięczna.

Pamiętam moment, gdy moja mama powiedziała mi, że lekarze zdiagnozowali u niej raka płuc. Była nałogową palaczką. Z jednej strony nie mogłam uwierzyć w to, że to się jej przytrafiło. Z drugiej strony, to było przecież bardzo prawdopodobne.

To był taki moment, w którym uzmysłowiłam sobie, że tak wiele razy słyszałam już od innych słowo – rak. I za każdym razem ignorowałam te słowa. Odbijałam je od siebie. Myślałam, że mnie to nie dotyczy. Że to jakaś abstrakcja. Tak samo, gdy słyszałam o zamach w Paryżu. Albo szaleńcu z Nicei, który ciężarówką rozjechał niewinnych ludzi spacerujących po molo. Znów ignorancja.

I w piątkowy wieczór uświadomiłam sobie, że znów ocieram się o historię, której tak długo nie brałam zupełnie pod uwagę. Tylko tym razem mam szczęście. I powinnam być wdzięczna.

W sobotę weszłam na fejsbooka i przeczytałam na jednej z grup, w standardowym cotygodniowym „piątku wdzięczności”, jak jedna z moich wirtualnych koleżanek napisała – „Jestem wdzięczna, że nie mieszkam w Monachium.”. Serce zabiło mi mocniej. Bo ja mieszkam w Monachium. Ale jestem wdzięczna, że żyję.

I uświadomiłam sobie, że mam tyle codziennych małych rzeczy, za które mogę być wdzięczna. Za które powinnam być wdzięczna. Dziś. Po prostu. Dlatego, że je mam. Podobno to na czym się skupiamy wzrasta. Energia i te sprawy. Nie wiem czy w to wierzysz? Ja od dziś staram się być bardziej wdzięczna. Skupiać się na tym co mam. Dziś czuję, że to cholernie ważne. Bo za chwilę może wydarzyć się cokolwiek, na co nie będę miała wpływu.

 

 

Lekcja #5 – miłość jest najważniejsza.

I tak na koniec. Coś, co przyszło mi do głowy nagle w piątkowy wieczór. Gdy tak bardzo się bałam. Podeszła niewiele świadoma całego zamieszania Buła. Przytuliła się mocno. I zrozumiałam w jednej chwili, że to co jest między nami, jest tu i teraz nasze, prawdziwe. I że tego nikt mi nie odbierze. Cokolwiek miałoby się wydarzyć.

Miłość to takie uczucie, które dzieje się ponad wszystko. Ponad wszelkie okoliczności. Ponad strach. A może nawet jest przeciwieństwem strachu.

I w gruncie rzeczy tamtego wieczoru nie miałam już ochoty na dokańczanie moich super ważnych spraw. Chciałam po prostu być z Bułą i z Dickiem. Bo tamtego wieczoru uświadomiłam sobie, że miłość jest najważniejsza.

 

A tak na marginesie, to tydzień temu przeprowadziłam się do Monachium.

Planowałam trochę  inaczej Ci to obwieścić. Ale wyszło jak wyszło.

Możesz pomyśleć, że odjechałam trochę w rzewny banał. Ale takie okoliczności. Nowe miejsce, nowy język i nagle ten zamach.

Wszystko skumulowało się w czasie.

Skłoniło mnie do przemyśleń. Może nie bez przyczyny? Dlatego dzielę się nimi z Tobą.

A w gruncie rzeczy wszystko jest dobrze. Dziś jest niedziela. Wczoraj była burza. Dziś świeci słońce. Życie toczy się dalej.

I o to przecież chodzi.

Pozdrawiam Cię dziś z Monachium. Daj znać, jeśli tu będziesz. To jest moje nowe miejsce. Mój nowy rozdział emigracyjny. 

Spodobało Ci się? Podziel się choć z jedną osobą... Zajmie Ci to tylko kilka sekund. :*

Lubisz czytać listy?