Czy pozytywne myślenie działa?

z Brak komentarzy

Takie pytanie mnie dziś naszło w związku z zaistniałymi okolicznościami. Ale o nich za chwilę. Najpierw kilka słów o pozytywnym myśleniu.

Otóż tematem związanym z prawem przyciągania „interesuję się” już od kilkunastu lat. Napisałam o tym poniekąd artykuł dla SpecBabki. Także nie będę ponownie opisywać historii o tym, jak jeszcze w liceum wzięłam udział w wykładzie na temat pozytywnego myślenia u pana, który w ten sposób przyciągał sobie zawsze miejsce parkingowe. Albo historii jednej z moich ciotek, która wręczyła mi z 10 lat temu książkę „Sekret” z wypiekami na twarzy i krótką informacją – to zmieni twoje życie. Bo jakoś obserwując życie mojej ciotki, trudno jest dostrzec zmiany na lepsze. Więc to miał być poniekąd dowód na to, że pozytywne myślenie to bajki dla dorosłych. I dla frajerów. A wiadomo, że nikt nie chce być frajerem. A już tym bardziej do frajerstwa się oficjalnie przyznawać.

Także przez lata poglądy na powyższy temat bujały się w mojej głowie na małej huśtawce. I raz były na górze – krzycząc w euforii, że to prawda – wystarczy przecież mocno skupić myśli na upragnionym celu, a on się spełni. A raz na dole – posępnie gderając, żebym głupia nie była i nie bujała w obłokach. Bo życie to ciężka orka, ludzie są z gruntu źli i nie ma się z czego cieszyć.

I przyszły wydarzenia przełomowe dla mojego życia. O których już też pisałam. Ciąg takich nagłych wypadków, jak zajście w ciążę (no to akurat pozytywne, patrząc na Bułę 😉 ), zwolnienie Dicka z pracy, przeprowadzka do Dublina, choroba nowotworowa mojej mamy i jej śmierć.

To tak w skrócie.

Te wydarzenia były dla mnie niewątpliwie punktem zwrotnym. Bo z jednej strony mogły potwierdzać tylko tezę, o okrucieństwie życia. A z drugiej strony gdy pojawiło się pod rząd kilka trudnych życiowych zmian nie miałam już wiele do stracenia. Huśtawka myśli się zatrzymała. A ja zaczęłam robić remont na moim mentalnym placu zabaw. Zaczęło się niewinnie. Od coachingów. Tematów przekonań. I tak poszło dalej.

Poytywne myślenie

I w końcu powróciło do mnie pytanie o prawo przyciągania.

Raz na zawsze postanowiłam się do niego ustosunkować.

Bo z tym pozytywnym myśleniem jest u mnie w gruncie rzeczy tak, że serce chciałoby wierzyć, ale racjonalna głowa zaprzecza. A wiadomo, że jednak człowiek myśli na co dzień głową nie sercem. Więc pozostało mi ten konflikt rozwiązać przeprowadzając eksperyment myślowy. Czyli próbując przekonać głowę do racji serca. I zobaczyć co z tego wyjdzie.

Głowa zawsze pragnie faktów. Także zadanie nie jest proste.

Z jednej strony, faktów, że pozytywne myślenie działa, można znaleźć bez liku. Zzwłaszcza w internecie. No ale prawda jest taka, że zeznania świadków nieznajomych są mało wiarygodne. Przynajmniej dla mojej głowy, która przez lata wyspecjalizowała się w podważaniu zbyt magicznych historii. No a do tego życie wspomnianej przed chwilą ciotki przemawia przeciwko prawu przyciągania.

Jednak niestrudzenie postanowiłam dalej podążyć temat. O co chodzi z tym pozytywnym myśleniem? Na czym to tak naprawdę polega? Czy to tylko takie ciągłe powtarzanie sobie przed lustrem, ze wszystko jest zajebiste i piękne? Czasem rozszerzone o zapisywanie na kartce listy rzeczy, które w magiczny sposób miałyby się pojawić w moim życiu. Niczym nauka przed sprawdzianem polegająca na spaniu na podręczniku…

Zaczęłam od Napoleona Hilla.

Uważanego za ojca rozwoju osobistego i uniwersalnych praw osobistych. I właśnie skupienia myśli na celu, które ma być kluczowe w jego osiągnięciu.

Przeczytałam jakiś czas temu książkę „Przechytrzyć Diabła” Napoleona Hilla. Przyznam Ci się, że sama przed sobą wstydziłam się trochę sięgnąć po tę książkę. Ale do przeczytania tej książki zachęciła mnie recenzja Agnieszki Maciąg. Taka łagodna i zdroworozsądkowa, ale jednak z tą szczyptą magii, która mnie od zawsze pociągała…

Po przeczytaniu tej książki muszę przyznać, że poza dość niekonwencjonalnym tytułem i logiem jakiegoś towarzystwa astrologicznego na okładce, to bardzo rozsądna opowieść. Napoleon Hill daje  wyraźnie jedną radę. Żeby w życiu coś osiągnąć trzeba mieć jasno sprecyzowany cel. I wytrwale dążyć do realizacji tego celu.

I przyznam szczerze, że w moim życiu widzę wyraźnie momenty, w których byłam postawiona do pionu i skupiona na celu oraz takie, w których zwyczajnie dryfowałam od jednej rozrywkowej zapchajdziury do drugiej. I jasno mogę powiedzieć, że właśnie w tych pierwszych momentach udało mi się coś sensownego osiągnąć. Także Napoleon Hill może mieć rację.

Ale co z tym pozytywnym myśleniem?

Tak mnie dziś natchnęło, żeby podążyć temat Napoleona Hilla i jego twórczości. Bo przecież jego pozycją flagową – bestsellerem od kilkudziesięciu lat jest „Myśl i bogać się”.

I tak, klik po kliku natrafiłam na osobę Joe Vitale. Którego nazwisko już nieraz obiło mi się podczas zakupu ebooków. Ale jakoś nigdy nie miałam na tyle „odwagi”, by sięgnąć po jakąś książkę tego speca od prawa przyciągania i spirytualnego marketingu.

Ale dziś postanowiłam dać mu szansę. Posłuchałam co ma do powiedzenia. Jego osobista historia jest niewiarygodna i bardzo amerykańska – od bezdomnego do milionera, który przyciąga nowe BMW w myślach i sprzedaje tyle kursów online, że już za chwilę pędzi do salonu i ma to czego chce.

Ten fragment może brzmieć sarkastycznie. Ale nie musi. Wszystko zależy od tego z jakim nastawieniem go czytasz. W gruncie rzeczy nie ma nawet znaczenia z jakim nastawieniem ja go piszę. Bo to Ty nadasz tym słowom ostateczne znaczenie w swojej głowie.

No właśnie. I tu dochodzę do pierwszej konkluzji. Po tym roku konsumowania przeróżnych coachingów, ale także po roku detoksu od śmieciowych mediów wierzę w to co przed chwilą napisałam w 100%. W to, że na koniec dnia rzeczy i wydarzenia są takie, jakimi je widzimy. Tak po prostu jest.

Widzę to po sobie. Po swoim życiu.

I teraz kolejna konkluzja, która przyszła mi dziś do głowy.

Otóż zawsze gardziłam pozytywnym myśleniem, bo wydawało mi się drogą na skróty. Nie chciałam być nigdy jedną z osób, która z uśmiechem na twarzy mówi, że będzie miała to, czego sobie zapragnie. Bo jeszcze by mi się nie udało i wtedy naraziłabym się na śmieszność. W końcu wszystkie poważne źródła podają, że aby coś mieć, trzeba się ciężko napracować. Także w tym kontekście pozytywne myślenie wydawało mi się być drogą na skróty dla naiwnych.

I tu właśnie przychodzi odpowiedź od Joe Vitale. Który w rozmowie z Andrzejem Batko mówi wyraźnie – pozytywne nastawienie to jedno, a działanie to drugie. Bez tych dwóch składników nie sposób jest osiągnąć sukces.

I w tym momencie mi coś kliknęło w głowie.

Otóż. Pozytywne myślenie, za którym idzie działanie wcale nie jest pójściem na skróty. Bo prawda jest taka, że gdy całe życie działało się wedle mantry – „nie ma co zapeszać” i „nie ma z czego się cieszyć”, to wtedy dostrzeganie pozytywnych elementów w codziennych sprawach jest cholernie trudne.

Bo tak dziś rozumiem pozytywne nastawienie. Że patrzę na tę przysłowiową szklankę, w której wody jest nalane do połowy i myślę szczerze i automatycznie – o jak fajnie, że mam aż pół szklanki.

I tak ze wszystkim. Z emigracją. Z tym, że mieszka się w hotelu. I tak dalej… We wszystkim można zobaczyć dostatek albo jakiś brak.

 

I tu wracam do tytułowego pytania – czy pozytywne myślenie działa?

Otóż, zamierzam to wypróbować. Tylko tak się przekonam. I wiem jedno, że jeśli naprawdę zacznę dostrzegać w tych życiowych drobiazgach pozytywy, to może żyć mi się milej. A to już duża zmiana.

Co Ty na to?

Jakie są Twoje doświadczenia z pozytywnym myśleniem?

Napisz w komentarzu, albo w mailu 🙂 

A na koniec jeszcze link do filmu na YT rozmowy Joe Vitale z Andrzejem Batko, o której wpomniałam w tekście.

 

 

 

 

 

Lubisz czytać listy?