Rozmowa z Dominiką Rotthaler – cz. 1. o emigracji, poznawaniu nowych miejsc i ludzi oraz blogowaniu.

z Brak komentarzy

Dziś zapraszam cię na rozmowę z Dominiką Rotthaler.

Polką w Monachium, która niedawno przeprowadziła się do Frankfurtu. Nie jest to jej pierwsza przeprowadzka. Dominika mieszkała wcześniej min. w Warszawie, Lugano, Hamburgu i Gdańsku. Lecz to Monachium było miejscem gdzie założyła rodzinę oraz odkryła w sobie pasję do blogowania. Dziś Dominika tworzy dwa blogi: niemieckojęzyczny parentingowy From Munich with Love oraz  Pani Dominika, w którym pisze o swoim życiu w Niemczech i Niemcach w swoim życiu.

To, co mnie osobiście inspiruje, to fakt, że wokół swojego pierwszego – polskojęzycznego bloga (Polka w Monachium) – zbudowała społeczność kobiet, która przerodziła się w grupę networkingową, która do dziś istnieje i przetrwała nawet jej wyjazd z Monachium. Gdy dołączyłam do tej grupy nie miałam pojęcia, że Dominika podejmowała wtedy bardzo trudną decyzję o przeprowadzce do Frankfurtu.

 

Dominika Rotthaler zdjęcie
zdjęcie Karolina Krausser

 

Kiedy się poznałyśmy wiedziałam, że chcę przeprowadzić z nią rozmowę.

Uważam, że Dominika stanowi dobry przykład kobiety – emigrantki, która wzięła sprawy w swoje ręce i wykorzystując swoje talenty zmienia (nie tylko ) własną rzeczywistość.

To niezwykle ciepła i sympatyczna osoba. W poniższej rozmowie, która trwała aż godzinę (a spisanie jej zajęło mi kolejne kilka miesięcy…) szczerze rozmawiamy o tym, jak chwycić zmianę za rogi i wycisnąć z niej to co najlepsze. A także o tym, jak poczuć się zagranicą jak w domu.

Zero teorii. 100% praktyki.

Ponieważ nasza rozmowa była bardzo długa, podzieliłam ją na dwie części. Dziś zapraszam na część 1., w której rozmawiamy o emigracji i wyzwaniach z nią związanych, jak zadomowić się w nowym miejscu oraz o korzyściach płynących z blogowania.

 

ZAPRASZAM NA ROZMOWĘ.

zapraszam na rozmowę z Dominiką Rotthaler

 

Arabella: Dzień dobry pani Dominiko.

Dominika: Dzień dobry, witam serdecznie. Dziękuję za taki fajny wstęp. Bardzo mi miło, bo rzadko się mówi takie rzeczy do drugiej osoby tak po prostu, a ty zrobiłaś taką sympatyczą zapowiedź. Też pamiętam nasze pierwsze spotkanie i twoją pierwszą wizytę w naszej grupie networkingowej. Zrobiłaś ogromne wrażenie na wszystkich. Dzięki za zaproszenie do wywiadu.

 

O EMIGRACJI I ZWIĄZANYCH Z NIĄ WYZWANIACH, MOŻLIWOŚCIACH ORAZ NIEODŁĄCZNEJ TĘSKNOCIE.

 

A: Dziękuję bardzo za twoją obecność. Czy jeszcze tęsknisz za Monachium?

D: Wiesz co, tęsknię, tak jak tęsknię za każdym miejscem, w którym mieszkałam do tej pory. Myślę że tęsknota jest wpisana w życie emigranta. Jest mniejsza lub większa. Myślę, że tęsknota jest bardziej za życiem, które uważasz, że kiedyś było bardziej udane.

A: Taka nostalgia, że kiedyś to było…

D: Tak, taka nostalgia. Myślę że tęsknota, którą mam teraz nie jest nawet za szczęśliwym życiem. Czuję się szczęśliwa i zadowolona również tutaj. Tęsknię przede wszystkim za osobami które poznałam, które stały się moim przyjaciółmi, których tutaj jeszcze nie mam. Jeszcze nie minęło tyle czasu, żebym na tyle mogło poznać nowe osoby abym mogła powiedzieć że to są mojej przyjaciele. Myślę, że na to muszę jeszcze trochę zapracować. Natomiast tęsknota będzie mi towarzyszyć na pewno do końca życia.

A: Czy masz jakąś konkretną strategię, która przy tych wielu przeprowadzkach pomaga ci oswoić tę tęsknotę? Czy jesteś już do tego w pewnym sensie przyzwyczajona?

D: Do tej pory wszystkie  przeprowadzki były związane z jakąś dużą zmianą w moim życiu. Każda zmiana, która nadchodziła była raczej w moim odczuciu na lepsze. Bardziej się cieszyłam na coś nowego niż smuciłam, że zostawiam stare życie. Dopiero w momencie przeprowadzki z Monachium miałam poczucie, że to była przeprowadzka wbrew mojej woli, wbrew temu, co mi serce podpowiadało, gdzie jest mój dom. To chyba była dla mnie najtrudniejsza z tych przeprowadzek. Ale jako członek rodziny, musiałam się…  jak to powiedzieć ładnie, żeby nie przeklinać… wziąć w garść i patrzeć do przodu. Wykorzystuję ten moment też na inne sposoby. To o czym powiedziałaś – brać zmiany w swoje ręce. Tak było w tym przypadku. Postanowiłam tę przeprowadzkę przechylić na swoją korzyść. Jeśli nie ma miejsca, w którym się dobrze czuję, to postaram to miejsce sobie teraz stworzyć. Po przyjeździe z Monachium do Frankfurtu zaczęłam szukać pracy, bo myślałam, że to praca da mi poczucie stabilności, akceptację w społeczeństwie i nowych znajomych. Ale po jakimś czasie zauważyłam, że to nie jest droga, która mnie w tym momencie satysfakcjonuje. Dlatego zdecydowałam się na założenie własnej działalności. To jest w tej chwili mój sposób no na “ból emigranta”, w tej chwili lokalnego emigranta, który sobie własną przestrzeń ustala na własnych zasadach.

A: Jak to jest być emigrantką według ciebie?

D: Bycie emigrantką to jest chyba możliwość posiadania domów w wielu różnych miejscach na świecie. Tak naprawdę dociera do ciebie, że dom niekoniecznie wiąże się z jakąś przestrzenią, czy miejscem na mapie, tylko bardziej z miejscem, w którym czujesz się dobrze. Zawsze będę się dobrze czuła też w Polsce (mam nadzieję). To jest we mnie tak zakorzenione, że nigdy nie chciałabym zaprzeczyć temu skąd pochodzę. Chociaż nie wiem, czy w tej chwili potrafiłabym sobie wyobrazić życie w Polsce ponownie. Tak się dużo w moim życiu zmieniło, tak dużo ludzi poznałam, że trudno byłoby mi teraz wrócić do miejsca, w którym mieszkałam ponad 20 lat swojego życia. Nie dlatego, że np. są jakieś „inne standardy życia”, albo że „się rozpuściłam w tych Niemczech” i tak mi się tu podoba, że jest wyższy standard. Być może trochę też, ale nie jest to główny argument. Po prostu tutaj ja i moja rodzina się zakorzeniliśmy na najbliższe lata i dobrze się tu czujemy. To nie jest decyzja przeciwko jakiemuś krajowi tylko raczej za innym krajem.

 

Dominika Rotthaler o byciu emigrantką

 

A: Chyba w los emigranta zawsze jest wpisana tęsknota za jakimś miejscem?

D: Myślę, że tak. Nie wiem, czy mieszkając przez cały czas w jednym kraju jesteś w stanie sobie to jakoś zrekompensować, ale może też istnieje to uczucie niespełnienia, niewykorzystania pewnych możliwości. W jakiś inny sposób może się ta tęsknota objawić. My mamy po prostu doświadczenia na różnych płaszczyznach, w różnych krajach i językach i to jest wszystko coś co nas zmienia. W mojej rodzinie jest wielu emigrantów. Mam rodzinę w Stanach, we Francji, w Szwajcarii. Ten temat nie jest mi obcy. Również wychowanie dzieci w dwóch językach. Mam pozytywne przykłady w rodzinie. Wiem, że jesteśmy w stanie utrzymywać ze sobą kontakty. Tym bardziej teraz, kiedy wystarczy sięgnąć po telefon i bez żadnych kosztów zadzwonić do rodziny w Polsce czy znajomych za granicą. To jest zupełnie inna emigracja niż nawet ta, która była kilka czy kilkanaście lat temu.

A: To prawda. Przypominam sobie historie emigrantów z lat ’80, którzy jak dotarli do danego kraju mogli powiadomić rodzinę o przybyciu przez Radio Wolna Europa. Teraz jest zupełnie inny kontakt. Może ci być przykro, że nie możesz kogoś np. „poczęstować ciastkiem” przez Skype, ale zawsze gdy chcesz, możesz mieć regularny kontakt z bliskimi.

D: To prawda. Ta bliskość jest zupełnie inna. Jest możliwość częstych i wzajemnych odwiedzin. Jeśli potrzebujesz tych kontaktów osobistych i chcesz spotykać się ze swoją rodziną jest to możliwe. Nawet jeśli mieszkasz w Kanadzie czy Australii. Nie dzieje się to często, ale nie rozchodzi się już o niemożliwość posiadania paszportu albo problemy polityczne czy inne kryzysy. Teraz jest to głównie kwestia czasu i pieniędzy.  Myślę, że ta możliwość wyboru i wolność, która się z tym wiąże ułatwia nam bycie emigrantem. Nie jestem do tego zmuszona, tylko to jest mój wybór. Pokolenie wcześniejszych emigrantów, które znalezło się przez jakieś sytuacje życiowe w kraju, z którego nie mogło już wyjechać to był zupełnie inny wymiar życia emigranta niż życie, które mamy w tej chwili.

 

O TYM, JAK ZADOMOWIĆ SIĘ W NOWYM MIEŚCIE.

 

A: Czy jako osoba, która już kilkukrotnie się przeprowadzała masz jakieś tematy, które wiesz, że są najważniejsze, żebyś się dobrze poczuła w nowym miejscu? Nie myślę tu o domu, dzielnicy, czy wyborze szkoły i przedszkola dla dzieci. Czy jest coś jeszcze na co zwracasz uwagę w pierwszej kolejności?

D: Jest coś od czego rzeczywiście zaczynam. Biorę mapę miasta – patrzę, gdzie ja mieszkam, gdzie jest dworzec główny, mniej więcej jakie są dzielnice i zawsze gdy jadę metrem lub autobusem studiuję dogłębnie mapę miasta, żeby zapamiętać gdzie leżą dzielnice. To mi pozwala mieć ogólną orientację w terenie. Daje mi to poczucie, że się nie zgubię. W tej chwili, gdy są już odpowiednie aplikacje na telefon, nie jest to taki wymóg. Jednak nadal to robię, bo dzięki temu mam lepszą orientację w terenie. Daje mi to poczucie pewności i niezależności na przykład w sytuacji gdy rozładuje mi się telefon, albo nie mam kogo zapytać. Zawsze wiem, że sobie poradzę. To z takich strategii bardzo praktycznych. Natomiast z takich mentalnych, to staram sobie dać po prostu trochę czasu. Z doświadczenia wiem, że ten pierwszy okres pobytu w obcym mieście jest trudny i człowiek czuje się bardzo samotny. Do tego tęsknota jest jeszcze bardziej odczuwalna i wydaje ci się, że może gdzie indziej byłoby lepiej. Te wszystkie myśli włączają się w pierwszej fazie emigracji. Z czasem to się wszystko uspokaja. Zaczyna się inne życie, nowe wyzwania, jakieś problemy, które odciągają myśli od tych spraw. Na pewno warto sobie dać trochę czasu i trochę się z tak zwanymi „lokalersami” próbować łączyć. W moim przypadku są to rodzice z przedszkola czy ze szkoły. Starać się z nimi rozmawiać, prowadzić small talk. Czasami w taki sposób można się dowiedzieć dużo fajnych rzeczy, np. gdzie jest dobry dentysta. W ten sposób dostaję informacje, których nie przeczytam nigdy jako turysta czy osoba z zewnątrz.

 

Dominika Rotthaler o samotności w nowym miejscu

 

O BLOGOWANIU I ZWIĄZANYCH Z NIM KORZYŚCIACH

 

A: Czy masz jeszcze jakieś sposoby na poznawanie ludzi w nowym miejscu? Czy jesteś ekstrawertyczką, która nie ma z tym problemu?

D: Nie, to nie jest tak. Jestem raczej typem nieśmiałym. Nawet w przedszkolu, byłam takim dzieckiem, które się nie odzywało i trzeba było ze mnie „wyciągać” różne zdania. Myślę, że się tego nauczyłam w znacznym stopniu dzięki blogom. Pamiętam moje początki –  2012 rok, gdy założyłam blog. Moje pierwsze zdjęcia, które się tam pojawiały i wpisy były zupełnie anonimowe. Polka w Monachium to był taki pseudonim artystyczny. Z biegiem czasu to się zaczęło zmieniać, bo ludzie zaczęli się do mnie odzywać. Wysyłali maile, a nawet nie wiedzieli jak mam na imię. Uważałam, że to jest nie fair, bo przecież ludzie podpisywali się swoim imieniem i nazwiskiem, a nawet nie wiedzieli jak ja się nazywam. Przez takie drobne sytuacje wszystko zaczęło się też i we mnie zmieniać. Nie mam z tym problemu, żeby wstawić w tej chwili swoje zdjęcie do internetu. W jakiś sposób stałam się chcąc nie chcąc, osobą publiczną. Zaakceptowałam wszystkie warunki, które się z tym wiążą. Będąc w Niemczech musisz podać tzw. Impressum, czyli notę prawną, w której podany jest twój adres, numer telefonu, email. Jeśli chcesz prowadzić działalność internetową online, to musisz te warunki zaakceptować. Ja to zaakceptowałam i już mi to nie przeszkadza.

A: To jest bardzo ciekawa historia. Ktoś kto jest na samym początku drogi – blogowania lub emigracji, patrząc na twój blog lub Instagram, może powiedzieć, że tobie to łatwo przychodzi i nie masz z tymi tematami problemów. Fajnie wiedzieć, że ty też krok po kroku przełamywałaś pewne cechy, które nie były dla ciebie naturalne. Przecież bywają też inne osoby, które z natury są bardzo ekstrawertyczne i mają wręcz potrzebę pokazywania się…

D: Myślę, że to może się z czasem w taką potrzebę przerodzić. Nie wiem jak to będzie u mnie, na razie nie jestem jeszcze jakoś uzależniona od tego, żeby swoje zdjęcia gdzieś wstawiać, ale sprawia mi to po prostu przyjemność. Nawet się tego nie spodziewałam. To się trochę samo stało. Ogromny wpływ na to miał rozwój mediów społecznościowych. Jeszcze sześć czy siedem lat temu gdy zakładałam blog, Facebook nie był tak popularny, a Instagrama nie było chyba w ogóle, albo dopiero w Stanach raczkował. Myślę, że wpisałam się w ten trend i razem z tą falą popłynęłam. Odnalazłam się w tym. Widzę osoby w moim wieku, które nie akceptują tego. Szanuję to, ale nie mam też zgrzytu, że jest mnie za dużo w mediach społecznościowych. Wydaje mi się, że jak pokazuję swoją twarz, w jakiś sposób uwiarygadniam to co piszę. Nigdy nie pokazuję swoich zdjęć tylko po to, żeby je pokazać. Zawsze wiąże się z nimi jakaś treść, przesłanie, wiadomość, informacja o mnie czy o moim życiu, czy o Niemczech, jeśli jest to na moim polskim blogu.

A: Pierwszy blog założyłaś po urodzeniu pierwszego synka. Co ci wtedy dało blogowanie?

D: To jest zabawne… Zupełnie o tym zapomniałam, a parę dni temu spotkałam się z moją przyjaciółką Karoliną, z którą się na tamtym etapie (kiedy byłam w ciąży i mój syn był mały) dość intensywnie spotykałyśmy. Teraz ona mi powiedziała: „Pamiętasz, że ty tego Monachium za bardzo nie lubiłaś na początku? Wydawało ci się takie zamknięte, a Bawarczycy tacy zrzędzący cały czas. I pamiętam jak mi mówiłaś, że im urodzisz tego Bawarczyka i będą mieli za swoje.” Ja o tym naprawdę, zupełnie zapomniałam! I nawet na tyle to ze swojej pamięci wyrzuciłam, że na początku nie do końca wiedziałam, że to były moje słowa. To pokazuje stopień adaptacji mojej osoby do tego miasta i do tego miejsca. Myślę, że blog odegrał tu bardzo dużą rolę. Mniej więcej od kiedy ten blog się pojawił – byłam wtedy dwa lata w Monachium, zaczęłam się tam czuć dobrze. Myślę, że poczucie, że było mi w danym momencie dobrze i byłam szczęśliwa, wiązało się z tym, że poznałam inne osoby, które w jakiś sposób doceniły to, co robię. Pojawiły się osoby, które mówiły, że fajnie piszę i mam ciekawe informacje na blogu do przekazania i uznały, że jestem na tyle sympatyczną osobą, że chciały się ze mną skontaktować. Głównie pisały do mnie młode mamy, które chciały się z kimś spotkać. Z niektórymi rzeczywiście się spotkałam. Potem te formy spotkań przerodziły się w wywiady, w których one dzieliły się informacjami o swoim życiu zawodowym. To był dla mnie ważny moment w życiu gdy nie wiedziałam dokładnie, co robić zawodowo dalej, jak sobie to połączyć z małym dzieckiem. Miałam te wszystkie dylematy, które prawie każda młoda mama posiada. Myślę, że poczułam się zaakceptowana, na swoim miejscu, ważna dla pewnej grupy ludzi. To było ważnym początkiem mojej przyjaźni z miastem.

 

wywiad z Dominiką Rotthaler o poczuciu zadowolenia w nowym miejscu

 

A: To bardzo ciekawe, bo przecież znam twój blog, czytałam te wywiady, o którym mówisz i w życiu bym nie powiedziała, że ty kiedykolwiek nie lubiłaś Monachium…

D: No właśnie, tak jak powiedziałam sympatia do miasta tak się ze mną zrosła, że nawet sama zapomniałam o tych trudnych początkach. Myślę, że to pokazuje, jak ważni są ludzie, którzy nas otaczają. Wtedy miejsce jest drugoplanowe. Jeśli jesteśmy w grupie, która nas akceptuje, otaczamy się ludźmi, którzy nas lubią i szanują to co robimy, to poczucie zadowolenia też się przelewa na miejsce, w którym mieszkamy. Przynajmniej tak było w moim przypadku. To był system naczyń połączonych. Poczułam się doceniona mimo, że nie miałam wtedy pracy. Blog traktowałam jako alternatywę do pracy. Poznałam dzięki blogowaniu tyle osób i pojawiały się kolejne znajomości. Myślę, że to było dla mnie najważniejsze w tym pierwszym kroku do pokochania miejsca, w którym mieszkałam.


W PRZYSZŁYM TYGODNIU ZAPRASZAM CIĘ NA DRUGĄ CZĘŚĆ  ROZMOWY Z DOMINIKĄ

Poruszamy w niej takie wątki jak: dwujęzyczność dzieci na emigracji i historia „Polek w Monachium” – grupy networkingowej założonej przez Dominikę. Rozmawiamy także o social mediach, do których mamy zupełnie inne podejście. Dominika opowiada też o swoich planach na przyszłość.

Jeśli nie chcesz przegapić tej rozmowy, ZAPISZ SIĘ na newsletter (TU), abym mogła Ci przysłać powiadomienie o niej.


DOMINIKĘ ZNAJDZIESZ

na stronie Pani Dominika (TU)

na Instagramie (TU) 

na Facebooku (TU)  


JESTEM CIEKAWA TWOICH PRZEMYŚLEŃ.

Dodaj komentarz lub napisz email.

Jeśli spodobała Ci się ta rozmowa, podziel się z innymi.