ROZMOWA Z DANUTĄ AWOLUSI. cz. 2. O samotności, Warszawie i nowej książce.

z Brak komentarzy

Tydzień temu zamieściłam pierwszą część rozmowy – wywiadu z Danutą Awolusi – pisarką, autorką min. książki „Odważona. Dziewczyna -70 kg.”. Danusia jest także copywriterką, blogerką oraz wokalistką Gospel. Jeśli jeszcze nie czytałaś, to zapraszam Cię do przeczytania tamtej rozmowy, podczas której poruszałyśmy temat odchudzania, metamorfozy, akceptacji oraz Dzikiej Kobiety. (PRZECZYTAJ TUTAJ)

Dziś rozmawiamy o samotności, Warszawie, szukaniu partnera i nowej książce „Nie proszę o miłość”, która ukaże się już 17 sierpnia.


Patronem rozmowy jest portal matrymonialny mydwoje.pl

 


ZAPRASZAM NA ROZMOWĘ

Arabella: Porozmawiajmy na temat Twojej najnowszej książki – „Nie proszę o miłość”.

Danusia: Jesteś pierwsza, brawo! Super. (śmiech)

A: Dziękuję Ci bardzo za udostępnienie pierwszej wersji książki. Opisujesz swoją najnowszą powieść używając słów – SAMOTNOŚĆ, KOBIETY i WARSZAWA. Chciałabym Cię zapytać o te trzy wątki, bo każdy z nich jest mi osobiście bardzo bliski. Jak rozumiesz słowo samotność?

Danusia: Powiem Ci, że to jest kolejne słowo – wytrych i słowo – klucz. Samotność sama w sobie pewnie nie jest zła. Złe jest osamotnienie. Wydaje mi się, że rozgraniczałabym to na te dwie kategorie. Dla mnie samotność jest czymś, co mnie przeraża chyba najbardziej na świecie. Każdy z nas ma coś takiego. Jedna osoba może bać się śmierci, inna ciężkiej choroby, a ja boję się samotności, czyli… To nawet trudno ująć w jedno słowo. Podążania przez życie bez kogoś naprawdę bliskiego. Kogoś, kto wypełnia swoją osobą podstawowe fundamenty. Dla mnie jest to partner. Na tym etapie nawet moja rodzina, czyli rodzice lub rodzeństwo oraz przyjaciele nie są w stanie mojej samotności zamienić w życie, które nazwałabym pełnym. Jeśli samotność jest czymś, co nas wyniszcza, to tak naprawdę jest to nieumiejętność bycia samemu ze sobą. Jest „mądra” samotność i „niemądra” samotność. „Mądra” samotność jest wtedy, kiedy potrafimy ją zaakceptować, potrafimy określać siebie samego jako tożsamość, która jest. Opowiem Ci ciekawy przykład, który zdarzył się niedawno. Spotkałam kogoś, kto z dnia na dzień został porzucony przez partnera. Nastąpiło bardzo gwałtowne rozwiązanie związku. Nic tego nie zapowiadało. Z dnia na dzień zerwanie – „Nie kocham cię. Do widzenia.”. Trzaśnięcie drzwiami. Koniec. Nagle ktoś, kto był w związku dwa i pół roku, wstaje rano i myśli – co ma zrobić ze swoim życiem? Przecież codziennie, gdy wracał z pracy widział się z ukochaną osobą. Weekendy spędzali razem, itd. Będąc przy tej osobie powiedziałam jej, że przecież ma swoją tożsamość i bez ukochanej osoby też kimś jest. Prawda jest taka, że bardzo trudno jest teraz tej osobie odnaleźć siebie. Pojawia się pytanie – KIM JA JESTEM BEZ DRUGIEJ OSOBY? Co lubię robić? Gdzie lubię chodzić? Jak mogę spędzać czas? Co jest moją pasją? Co do tej pory odsuwałam na rzecz tego, żeby być z drugą osobą? To jest właśnie problem tożsamości. Czy my będąc samotnymi, czyli sami w swoim życiu mamy tożsamość? Czy zupełnie ją gdzieś „zakopujemy” na rzecz tego, że jesteśmy z kimś w parze? Wg mnie, na podstawie tego co czytam, czego słucham, o czym rozmawiam, jest jakiś problem. I partnerzy sobie z tym często nie radzą. A samotność jest potrzebna.

Danuta Awolusi - autorka powieści "Nie proszę o miłość"

A: Ten temat jest mi bardzo bliski. Dla mnie też jest to jeden z największych lęków. Jeśli nie uświadamiamy sobie tych lęków, może być tak, że partner pojawia się czasem po to aby przysłonić nam prawdziwy problem. Wiesz, o co chodzi? Dojrzała samotność, o której mówisz jest dla mnie stanem bycia samemu bez potrzeby otaczania się na siłę ludźmi. Sama też mogę coś robić. To też jestem ja, nawet jeśli nie ma wokół mnie ludzi.

Danusia: Wydaje mi się, że dopiero teraz, mając 31 lat zaczynam odkrywać własną tożsamość. Kim jestem bez nikogo innego wokół mnie? Bez przyjaciół, bez rodziny, bez partnera. Co robię z moim czasem? Czy lubię mój czas? Czy potrafię go przemienić w coś, co sprawia mi przyjemność? Niekoniecznie przyjemność związaną z drugim człowiekiem. Przecież nie zawsze można być z kimś być.

A: Idealnie to ujęłaś. Bardzo się w tym odnajduję. Dla mnie przez długi czas interakcja z drugim człowiekiem stanowiła „nadrzędną” przyjemność.

Danusia: Tak, to prawda. Teraz dojrzewam do tego, że trzeba się tej samotności nauczyć. Nie rozumiałam tego stwierdzenia, że „jesteśmy przez całe życie samotni”. Dopiero teraz zaczynam to rozumieć. Kiedy wydarza się jakaś tragedia w życiu np. czyjaś śmierć, choroba albo utrata pracy wtedy nie ma znaczenia czy druga osoba przy nas jest, czy nas przytuli, pogłaszcze lub zrobi dla nas coś miłego. To jest oczywiście ważne wsparcie. Jednak my z tym bólem i tak jesteśmy sami w środku. Jeżeli sami go nie potrafimy zażegnać, jeżeli sami się nad nim nie pochylimy i nie dopuścimy go do siebie to on go z nas nie wydrze. I tak jesteśmy sami. Pamiętam, jak dawno temu czytałam dzieła Janusza Korczaka, których wtedy za bardzo nie rozumiałam. Pisał, że dziecko jest bardzo samotne. Nam się wydaje, że to nieprawda, bo dziecko cały czas jest pod opieką kogoś dorosłego, bezustannie jest przyklejone do rodzica. Jednak prawda jest taka, że ono przeżywa świat samotnie. Rodzic nie zrozumie tego, co to znaczy np. zrobić ten pierwszy krok, upaść, poczuć się źle. Zwłaszcza, że dzieci nie potrafią jeszcze tak wyartykułować emocji. Samotność towarzyszy nam od początku do końca. Tylko od nas zależy, jak szybko się w tym połapiemy i jak szybko to zrozumiemy.

 

Samotność towarzyszy nam od początku do końca.

 

A: Z drugiej strony pojawia się pytanie, czy my jako ludzie nie jesteśmy tak „skonstruowani”, że potrzebujemy tej interakcji z innymi? Gdzieś pewnie jest jakiś środek, balans?

Danusia: Tak, najczęściej tak jest.

A: Poruszę kolejny wątek – samotność w Warszawie. Czy Warszawa ma swoją rolę w książce, czy to jest po prostu miasto – tło dla opowieści?

Danusia: Warszawa na pewno nie pojawia się tam przy okazji. Warszawa jest teraz moim miastem. Tutaj żyję, tutaj spotkałam się z samotnością jako dorosła kobieta, tutaj zaczęłam obserwować życie społeczne i sposób nawiązywania relacji międzyludzkich. Wydaje mi się, że Warszawa jest takim miastem „everyman”. Równie dobrze mógłby to być Poznań, Wrocław, a także Nowy Jork czy Berlin. Chodzi mi raczej o miejsce, w którym żyje naraz wiele set tysięcy, a nawet kilka milionów ludzi. Czy to zmienia jakoś nasze spojrzenie na świat? Warszawa dla mnie, jako osoby która przyjechała ze Śląska, zawsze była trochę innym światem. Nam żyjącym tam – w małej miejscowości na Śląsku, zawsze się wydawało, że w Warszawie jest inaczej, że ludzie są zadufani w sobie, a pieniądze przychodzą inaczej. To był taki „Warsaw dream”. (śmiech) Nawiązuję do tego słynnego „american dream”. Myślę, że być może ludzie, którzy przyjeżdżają z tym „Warsaw dream” do stolicy wprowadzają to w życie. I być może ich wymagania względem partnera zaczynają być trochę bardziej wygórowane? Tak mnie się przez moment wydawało. Nie wiem, czy tak jest, ale mam takie odczucie. Z drugiej strony nigdy nie szukałam partnera poza Warszawą. Jestem ciekawa jak to odniosą do różnych miast Polski czy nawet świata czytelniczki lub czytelnicy. To będzie bardzo ciekawy eksperyment. Warszawą rządzi biznes. Tutaj ludzie przyjeżdżają aby zrobić karierę. To jest miasto bardzo nowoczesne. Mamy tu wszyscy dostęp do internetu, aplikacje w telefonach, nie ma problemów z zasięgiem. Siłą rzeczy szukamy też partnera przez internet. Jak w tak ogromnym mieście, do którego przyjeżdżam jako osoba obca i zapuszczam tu dopiero korzenie mam kogoś poznać? Mam sobie napisać na koszulce – „szukam faceta”? (śmiech) Siłą rzeczy, internet staje się łatwym narzędziem ku temu. Wydaje mi się, że to zmienia trochę naszą mentalność. Inaczej jest, kiedy spotykamy naszego potencjalnego partnera w otoczeniu, a inaczej kiedy przerzucamy sobie jego zdjęcie i dajemy „approve” albo „delete” – możemy go usunąć, widząc najpierw tylko jego twarz.

A: Czyli poznajemy ludzi „rozumowo”, a nie tak, jak w codziennych interakcjach, gdzie możemy poczuć, że coś nas do kogoś przyciąga? Gdy spotykamy kogoś po raz pierwszy na żywo to przecież nie wiemy o nim wiele, jaki ma zawód, ile ma lat…

Danusia: Myślę, że w naszym pokoleniu to jeszcze nie będzie tak odczuwalne. Ale jak będą wyglądały te trzy lub cztery pokolenia do przodu, które będą wyćwiczone w tym, żeby tak przeglądać galerie twarzy? To jest zjawisko trochę przerażające.

A: Odnośnie tego, o czym mówisz, przypomina mi się artykuł z jednego z ostatnich wydań „Newsweeka”. Czytałam o pokoleniu nastolatków w sieci. Ten tekst jest przerażający, bo w moim odczuciu pokazuje pokolenie ludzi bardzo słabych psychicznie, którzy są uzależnieni od tego, czy ktoś im da „like”, czy nie.

Danusia: Myślę, że wszyscy tym straszą. Oczywiście ja też się nad tym pochylam. Jednak wydaje mi się, że w każdym pokoleniu do końca ludzkości będzie tak, że są ludzie mądrzy i głupi. Ci mądrzy idą za tym, co jest mądre. Ci głupi będą szli za tym co głupie jak cielęta. To samo mogą powiedzieć nasi rodzice: „O, przyszła telewizja. Teraz siedzą przyklejeni i świata poza tym nie widzą.”. Myślę, że każde zjawisko i każde odkrycie techniki można tak podsumować. Powiedz mi tak szczerze, czy pokolenie naszych rodziców było mniej (wybacz użyte słowo) zje**ne od nas? Wydaje mi się, że nie. Tylu samo ludzi siedzi na kozetkach u psychiatrów, tyle samo ludzi ma problemy emocjonalne, tylu samo ludzi było samotnych. Rozwodów było zawsze dużo, choć mówi się, że teraz jest ich więcej, ale moim zdaniem to bzdura.

A: Wiesz, może „technicznie” było ich mniej, ale nie znaczy to, że ludzie żyli w lepszych związkach.

Danusia: Tak. Oczywiście, że zmienia się pojęcie samotności. Czytałam ciekawy artykuł, który dał mi do myślenia – dlaczego współczesnym małżeństwom jest tak trudno przetrwać np. 40 lat. Po pierwsze – jeszcze nie mogą dożyć 40 lat, skoro dopiero niedawno się pobrali (śmiech), więc nie wiemy, czy dożyją, ale załóżmy to. W tym artykule padło stwierdzenia, że kiedyś gdy wychodziło się za swojego wybranka, to nie oczekiwało się od niego, że będzie przyjacielem, opiekunką, a do tego będzie nosił zakupy i sprzątał. Przyjaciółek szukało się poza domem itd. Mężczyzna też nie oczekiwał, że żona będzie jego przyjaciółką itp. Szukaliśmy tych ról społecznych w innych miejscach. Dzisiaj mamy taki model (może nie wszyscy, bo wiadomo, że jest to pewnego rodzaju uogólnienie), że partner powinien uosabiać wszystkie cechy – powinien być multi. Jak się okazuje, że nie jest multi, bo jest tylko człowiekiem, to jest dramat. Bo nie spełnia oczekiwań. Nie bierzemy pod uwagę, że jest tylko człowiekiem i mogą być obszary, w których się nie sprawdza. Jednak to nie znaczy, że nie jest idealny dla nas. Możemy tych innych ról poszukać poza nim. Przyjaciółka może nas świetnie wysłuchać i pocieszyć jeśli on np. w tym aspekcie się nie sprawdził. To są wszystko takie wyjęte z kontekstu przykłady, które układają się w całość. Wydaje mi się, że każde pokolenie ma swoje ogłupiacze. Oczywiście, że to nam nie sprzyja społecznie. Ale z drugiej strony jak teraz mamy Justina Bibera, czy Warsaw Shore, które szokuje, to kiedyś równie dobrze można było tak pomyśleć o Spice Girls.

A: To prawda, z pokolenia na pokolenie te bariery się przesuwają. Może na tym polega ewolucja, że wyszliśmy z jaskiń, nie do końca wiemy dokąd dojdziemy. Może do jakiejś samodestrukcji i to jest wpisane w DNA ludzkości?

Danusia: Tak. Każde pokolenie ma swoje szokujące postacie, które łamią trendy oraz takie, które je wyznaczają. Wydaje mi się, że nie ma co panikować.

 

Danuta Awolusi - "Odważona"

 

A: Ok. Uspokoiłaś mnie. Teraz zapytam Cię o nową książkę. Występuję w niej dwie bohaterki. Teoretycznie są od siebie bardzo różne. Na pierwszy rzut oka jedna z nich jest taką „szarą myszką”, która sama siebie tak postrzega. Druga bohaterka jest łaskawie „obdarzona” przez naturę i (na ile mogę powiedzieć, po krótkiej lekturze) korzysta z tego. To są jakieś stereotypy, które je różnią. Jednak z tego, co zrozumiałam, wiele je łączy. Skąd taki pomysł?

Danusia: Chciałabym powiedzieć, że moje postacie są przerysowane, ale nie są. To jest powieść bardzo życiowa, w której tak naprawdę nie ma ani jednej fikcyjnej sceny. Wszystko to się gdzieś rozegrało. Albo to usłyszałam, albo sama to przeżyłam, albo to zaobserwowałam. Tak chciałabym tę książkę polecać – to jest po prostu życie. Ta książka jest gorzka. Gdybym miała podsumować o czym ona jest, to powiedziałabym, że ona jest o kobietach, które stwierdziły, że pójdą na skróty. W pewnym momencie odkrywają, że coś w ich życiu zgrzyta i upatrują sobie to, co jest najłatwiejsze. Problemem jest samotność. Każda z nich nazywa to – brak partnera. Mówią, że ich życie zgrzyta, bo w tym aspekcie są samotne. Jedna z bohaterek, ponieważ jest bardzo wyzwolona seksualnie hula sobie po imprezach, śpi z kim popadnie, może mieć każdego, bo ma takie przekonanie i tak jest. Jednak to nie zmienia jej samotności. Druga bohaterka marzy o takiej głębokiej, prawdziwej miłości. Obie przekonują się z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, że nie jest tak łatwo znaleźć partnera, a ich życie zaczyna być coraz cięższe. Idzie coraz bardziej po grudzie. Zaczynamy w końcu odkrywać, że problemem nie jest tylko to, że nie mają facetów. Coś się wydarzyło w przeszłości. Każda z nich przyjechała do Warszawy z jakimś bagażem. Zamiast zdjąć ten bagaż i zastanowić się, że skoro mają randkę za randką, męczą się, szukają, a ciągle coś jest nie tak, to może po prostu powinny poszukać głębiej? Może to nie tylko faceci wokół nich są (znów użyję tego słowa) zje**ni, tylko coś jeszcze nie gra? Może coś wydarzyło się w każdej z nich? Może to one są zamknięte? Jednak moje bohaterki tego nie robią. Zaczynają później już na oślep walić pięściami, rzucać się, szukać, drapać… To jest bardzo skomplikowane i dotyka różnych problemów, które ciągną je w dół. Tak jak powiedziałam przyjeżdżanie do Warszawy – wielkiego miasta – z plecaczkiem, który się zostawia w kącie, myśląc, że skoro jest nowe miejsce i nowa przyszłość, to wszystko będzie OK. A czasem nawet nie wiemy o tym bagażu. Jeżeli chcemy zmienić nasze życie, bo ono zaczyna nas uwierać, to najpierw trzeba zacząć od siebie. Mało kto tak zaczyna, bo to najtrudniej zobaczyć. Jednak w końcu przychodzi taki moment, gdy zaczynamy się coraz bardziej męczyć, nic nam nie pomaga i w końcu zaczynamy pomału przyglądać się sobie. Jednak u moich bohaterek tego nie ma. Jest przekłamanie. Wiedzą, że coś nie gra, ale są przekonane, że to nie w nich jest problem. Dlatego jedna z nich popada, może nie w depresję (bo to jest bardzo silna choroba), ale w takie odrętwienie. Zaczyna myśleć, że wszystko nie ma sensu, coraz gorzej się czuje. Druga popada z kolei w nimfomanię i uciekanie od odpowiedzialności za samą siebie. To do niczego dobrego nie prowadzi. Nie ma happy endu w życiu człowieka, który liczy na to, że „a nuż się uda”. Myśli, że spotka super faceta, nastąpi wspaniała metamorfoza i zacznie błyszczeć, kiedy tak naprawdę jest w depresji i wszystko jest niepoukładane. Oczywiście może tak być, że pojawi się ten „książę”, który sprawi, że kobieta rozbłyśnie jak gwiazda. Ale gwiazda zblednie za pół roku. I wtedy problemy wyjdą znów na zewnątrz. Moja książka jest bardzo życiowa, gorzkawa trochę. Jest prawdą trochę powiedzianą bezpośrednio.

A: Warszawa gra w tym przypadku rolę konfrontacji z marzeniem, które jest iluzją?

Danusia: Warszawa gra rolę miejsca do którego przyjeżdżamy uciekając przed przeszłością. Są dwa modele. Jedni uciekają przed przeszłością z miasta na wieś. Szukają tam głuszy, ciszy i liczą, że w ten sposób zmienią swoje życie. Drudzy na odwrót. Wyrywają się z głuszy i przyjeżdżają do miasta z różnych przyczyn – ekonomicznych, życiowych, na studia. Pojawia się pytanie – czy zmiana życiowa była spowodowana świadomą decyzją o wyjeździe do dużego miasta i poukładaniu sobie życia? Czy jest to podszyte próbą ucieczki przed czymś, co nam się nie udało w tamtym życiu, więc wymyśliliśmy, że zrobimy sobie nowe życie w nowym mieście?

A: W nowej scenerii chcemy zacząć „nowe rozdanie”. Teoretycznie, jakbyśmy się urodzili na nowo – z pustą kartką. Tylko tak nie jest.  

Danusia: Może tak być pod warunkiem, że jesteśmy bardzo świadomi tego, że uciekamy i próbujemy sobie to przepracowywać w głowie. Mamy świadomość tego, że coś się wydarzyło w naszym życiu i że mamy trudną przeszłość. Nie zostawiamy tego, tylko staramy się to przemyśleć, pamiętać, świadomie obserwować co robię, kogo wybieram na nowych przyjaciół w nowym środowisku, jaką sobie pracę znalazłam, itd. Natomiast jeżeli przyjeżdżamy licząc, że zapomnimy o tym co było, a teraz zaczynamy super życie, to wtedy jest duże prawdopodobieństwo, że pojawi się zgrzyt.

A: I zewnętrzna sceneria nic nie zmieni…

Danusia: Nic nie zmieni. Czy to głusza np. na Podlasiu (akurat jedna z moich bohaterek pochodzi z tych rejonów), czy to wielkomiejska Warszawa pełna huku, życia itd. To nic nie zmienia. Mam nadzieję, że ta książka pomoże czytelnikom otworzyć się także na swoje emocje. Pozwoli im poczuć, że też nie są sami. Często jest tak, że osoby, które zmagają się z osamotnieniem, zwłaszcza po zmianie życia, mają wrażenie, że to tylko ich dotyczy. Wydaje im się, że wszyscy inni sobie radzą i tylko oni mają jakiś problem. Chodzi o takie myślenie – „ze mną jest coś nie tak.”. Może trochę wyjdzie dzięki tej książce na światło dziennie, że to nie z nimi jest coś nie tak. Trzeba tylko zrobić coś więcej, ruszyć. Wyjść sobie naprzeciw.

 

Tak książka jest gorzka. Jest o kobietach, które stwierdziły, że pójdą na skróty.

 

A: Czyli nie szukaj tego na zewnątrz, tylko w sobie?

Danusia: Możesz szukać równocześnie. Nie mam na myśli, żeby zamknąć się na wszystko z zewnątrz, nie szukać faceta i skupić się tylko na sobie. Przyznam, że sama bym tak nie umiała. Można to robić równocześnie – pracować nad sobą i myśleć o partnerze. O tym, żeby znaleźć miłość, spełnić swoje marzenie o miłości. Większość z nas pragnie się zakochać, założyć rodzinę, czy po prostu mieć kogoś bliskiego w ujęciu romantycznym. To są fajne marzenia. Tylko trzeba być w zgodzie ze sobą i równolegle te światy połączyć. Wtedy wychodzi z tego dziki człowiek. Czyli ten, który potrafi pogodzić się ze swoją pierwotną naturą, która zawsze wybiera to, co jest dobre dla niego. Oczywiście nie krzywdząc przy tym drugiego człowieka. W ramach przyzwoitości i własnych wartości.

A: Tak i w ramach tego, że jest miejsce dla każdego na świecie. Wbrew pozorom wszyscy (może tu generalizuję, ale pewnie duża część z nas) mamy takie poczucie bycia tymi „wybranymi”. Mam wrażenie, że to ego nas pcha w taką stronę. A przecież nie będziemy w stanie być we wszystkim „naj”. Dla każdego jest miejsce.

Danusia: Chyba Ci, którzy to pojmą będą szczęśliwi. Tak myślę. Tak w pełni. Jak teraz o tym powiedziałaś, to pomyślałam, że na lekcjach j. polskiego powinno się zmienić model mówienia o romantyzmie. Powinno się od razu stawiać bohaterów romantycznych jako anty wzorce osobowości. Tak można by przeszmuglować trochę psychologii na j. polskim. Warto byłoby uczniom przedstawiać, że model postrzegania siebie, jako kogoś wyjątkowego, nie jest dobry, ani życiowy. Myślę, że to może by się uratowało kilka jednostek. (uśmiech)

A: Zgadzam się z Tobą. Sama zauważyłam, że dopiero teraz rozumiem pewne wątki z lektur. Uczucia, emocje i tematy, z którymi człowiek spotyka się w dorosłym życiu. Takie dylematy jak „serce czy rozum”, „szkiełko czy oko”. To się pojawia na pewnym etapie życia. Dlatego to o czym mówisz – odmitologizowanie wzorca ludzi, którzy mieli jakieś głębsze problemy i może nie uzyskali potrzebnej pomocy. (śmiech) 

Danusia: Powinien być taki przedmiot – „Bohaterowie literaccy, a życie”. Uważam, że w ogóle przydałby się jakiś cykl przedmiotów uczenia się siebie. Tylko w tym momencie rodzi się pytanie czy szkoła miałaby przejąć rolę rodzica? Akurat w przypadku moich bohaterek widać jak na dłoni, jak bardzo silna jest rola rodzica. Nie ma szans, żeby szkoła wyprostowała to, co mamy w domu.

A: Z drugiej strony szkoła stanowi drugie środowisko, które daje szansę tym, którzy tego potrzebują. Może? Nie każdy też jest gotowy w tak młodym wieku na pewne tematy.

Danusia: Tak. Z drugiej strony pojawia się myśl, że może gdyby ktoś prostował te ścieżki na bieżąco, tak jak np. kuje się żelazo, może byłoby łatwiej? Nie tylko mnie, ale też wielu ludziom, których poznaję. To jest też historia moich bohaterek. Dwóch różnych kobiet, które łączy to, że czują się samotne – osamotnione. Nie mają partnerów, mieszkają daleko od rodziny. Im nie do końca dano szansę aby w dzieciństwie rozwijać się w środowisku bardzo przyjaznym. Myślę, że każdy z nas to trochę zna. Wydaje mi się, że mało kto jest w stanie zbudować rodzinę w pełni gotową do tego, żeby wydać do społeczeństwa człowieka w pełni ukształtowanego. Takiego, który jest obdarzony mnóstwem różnych gadżetów, które mu pozwolą iść przez życie.

A: Dodatkowo jest jeszcze środowisko, które ma ogromny wpływ na młodego człowieka, który jest tak naprawdę bardzo szybko wypuszczony poza dom. Mam 2,5 letnią córkę, która już teraz chodząc do przedszkola zaczyna pomału nasiąkać innymi zwyczajami. Przykład – nie daję jej w domu słodyczy, a dowiaduję się w przedszkolu, że moje dziecko lubi jeść lody, które tam dostało. To jest taka mała rzecz, a wyobrażam sobie, że później dziecko idąc do szkoły, przebywa z rówieśnikami, którzy mają na nie jeszcze większy wpływ.

Danusia: Tak. Jednak to są wszystko takie rzeczy zewnętrzne. Liczą się wartości. Jedna z moich bohaterek – „szara myszka” – obserwowała u swoich rodziców niezaradność życiową. Co więcej, od samego początku sama musiała ich wspierać, bo ojciec chorował, a matka nie zarabiała. Chętnie to robiła, bo ich kocha. Jednak, jakie ona ma podstawy do tego, żeby później być człowiekiem w pełni szczęśliwym, otwartym na siebie? Nie miała na to czasu. Wyniosła mnóstwo fajnych wartości z domu, bo miała kochających rodziców. Wszystko grało. Nie była z patologicznej rodziny, nikt jej nie bił, miała co jeść, mieszkała na pięknym Podlasiu, a jednak dużo rzeczy nie zagrało, bo rodzice zaniedbali swoją podstawową rolę wykuwania tego mechanizmu obronnego, który miałby później pomóc jej w życiu przejść bez szwanku.

A: Stanę teraz obronię w obronie tych rodziców. Wiesz, oni też mieli swoich rodziców. Wychowywali się w ciężkich czasach. Myślę, choćby o sobie, że jeszcze dwa pokolenia temu moja babcia jako mała dziewczynka musiała uciekać do lasu przed sowieckimi żołnierzami. Jak ogromny jest skok do przodu, że ja mam luksus zajęcia się sobą, swoim rozwojem i „posprzątania” tych trudnych tematów, które są przekazywane przez pokolenia.

Danusia: Temat rzeka…

 

Danuta Awolusi autorka "Odwazonej" i "Nie proszę o miłość"

 

A: Tak, to prawda. Mogłabym z Tobą rozmawiać bez końca. Niestety jesteśmy osadzone w bardzo konkretnych realiach i czasoprzestrzeni. Dlatego już na koniec zapytam Cię jakie masz plany jako pisarka?

Danusia: To jest bardzo miłe pytanie. Powiem Ci, że nikt mi go nie zadaje, bo moja historia jako „Odważonej” bardzo mnie szufladkuje. Nie przeszkadza mi to, bo znam swoją wartość jako osoby piszącej. Mam wielką ochotę, aby nie dać się zamykać w żadnym kręgu literatury.  Powieść, o której rozmawiałyśmy i która się zbliża – „Nie proszę o miłość” to będzie książka o emocjach, dedykowana kobietom. Wydaje mi się, że one odnajdą się w tym najlepiej, chociaż myślę, że panowie, którzy szukają w życiu swojego miejsca też mogą tam wiele zobaczyć (zwłaszcza, że mężczyźni mają swoją rolę w tej książce). Niedawno skończyłam pisać (ale jeszcze nie wiem, kiedy ta książka ujrzy światło dzienne) coś zupełnie innego – powieść obyczajową o dziewczynie, która jest obdarzona niesamowitym talentem wokalnym. Powieść o rodzeniu się prawdziwej gwiazdy, która rzuca na kolana. Jest kilka takich osobowości w świecie muzyki, które zniewalają i ona jest jedną z nich. Wywodzi się z bardzo małej miejscowości na Śląsku i to jest zupełnie inna historia. Teraz zaczęłam pisać książkę dla dzieci i młodzieży. Chciałam spróbować jak się w tym poczuję. Powiem, że czuję się w tym narazie fajnie, chociaż dopiero zaczęłam. Zupełnie inna narracja, inny język. Jest to dla mnie jako pisarki wyzwanie, zwłaszcza, że nie mam dzieci i bardzo mało z dziećmi przebywam. Muszę pilnować, żeby młody czytelnik miał z tego frajdę. Co dalej? Nie wiem. Wydaje mi się, że chciałabym później spróbować napisać coś dla młodzieży. Moja debiutancka powieść jest taka społeczno – obyczajowa i dostałam sygnały, że fajnie się w niej młodzież odnajduje. Spodobało mi się to, bo lubię pisać dla młodszego czytelnika – takiego 15-16, może nawet 14 lat.

A: Czujesz, że to jest przestrzeń, w której można wpłynąć na czytelnika?

Danusia: Mnie literatura bardzo kształtowała. Bardzo ukształtowała moje wartości i jestem o tym przekonana, że to na mnie niesamowicie wpłynęło. Wydaje mi się, że wiele powieści, które podsunęła mi moja polonistka, czy pani bibliotekarka kształtowały moje pojęcie świata, wartości, które są dla mnie ważne, moją otwartość na inność, na to, że są różne problemy na świecie, że każdy ma do nich prawo, itd. Uważam, że to jest bardzo ważne. Młodzież czyta i stara się przerabiać to. Mam takie poczucie, że te książki dla młodzieży wydawane są pięknym prezentem.

A: Dziękuję Ci za rozmowę. Czekam z niecierpliwością na Twoje kolejne książki.


Danusię znajdziesz na jej stronie danuta-awolusi.com  oraz na jej blogu fit project.

KSIĄŻKA “NIE PROSZĘ O MIŁOŚĆ” UKAŻE SIĘ JUŻ 17 SIERPNIA

Danuta Awolusi "Nie proszę o miłość" ksiązka


Jestem ciekawa Twoich przemyśleń po przeczytaniu tej rozmowy. Dodaj komentarz lub napisz do mnie email.

Jeśli uważasz ten tekst za wartościowy – podziel się z innymi!


CZEKASZ NA KOLEJNY TEKST?

ZAPISZ SIĘ NA LISTĘ, ABY DOWIEDZIEĆ SIĘ O NIM JAKO PIERWSZA!

O TAK! ZAPISZ MNIE! (KLIK>>>)