Rozmowa z Dominiką Rotthaler – cz. 2 o grupie networkingowej, dwujęzyczności dzieci i social mediach.

z Brak komentarzy

Dziś zapraszam na 2. część rozmowy z Dominiką Rotthaler.

Tydzień temu pojawiła się pierwsza część rozmowy z Dominiką Rotthaler (PRZECZYTAJ TU). Dominika tworzy dwa blogi (jeden niemieckojęzyczny, drugi po polsku). Jest także założycielką grupy networkingowej Polki w Monachium, ekspertką ds. social mediów, a prywatnie mamą dwóch chłopców.

Dziś rozmawiamy o tym jak powstała grupa networkingowa „Polki w Monachium”, o dwujęzyczności dzieci, social mediach i planach Dominiki na przyszłość. 

 

wywiad z Dominiką Rotthaler
Dominika Rotthaler, zdjęcie Karolina Krausser

 

ZAPRASZAM NA ROZMOWĘ

A: Chciałabym nawiązać do grupy którą zbudowałaś. Ta grupa bardzo pomogła mi poznać nowe osoby w Monachium. Zgodzę się z tym, co powiedziałaś – ciężko poczuć się dobrze, gdy doskwiera nam samotność w nowym miejscu. Gdy nie jest się mistrzynią small talk’a i ekstrawertyczką, zbudowanie siatki znajomych może zabrać sporo czasu i energii. Opowiesz mi jakie były początki tej grupy?

D: Znów wracamy do bloga. Wszystko zaczęło się od wywiadów, o których ci opowiadałam. Robiłam je raz w miesiącu. Chodziłam do kawiarni z dyktafonem, przeprowadzałam rozmowy z dziewczynami. Potem wszystko spisywałam i publikowałam jako artykuł, który ukazywał się raz w miesiącu. Założyłam sobie, że będzie to roczny projekt, czyli chciałam zrobić 12 wywiadów z różnymi osobami. W międzyczasie urodziłam drugiego synka, więc nie zawsze udawało mi się wypełnić to założenie. Finalnie spotkałam się z dziesięcioma osobami. Już po pół roku przyszedł mi do głowy pomysł, żeby spotkać się z tymi sześcioma osobami, z którymi do tej pory rozmawiałam w kawiarni albo na kolację. To był trzon tej grupy. Większość z tych osób jest do dziś w grupie i prowadzi ją po moim wyjeździe. Myślę, że to pokazuje intensywność naszych kontaktów i obopólną wartość tych spotkań dla mnie i dla osób, z którymi rozmawiałam. Mój polskojęzyczny blog stawał się coraz bardziej popularny też dzięki temu. Mnóstwo innych młodych mam będących w naszej sytuacji chciało się dowiedzieć jak radzą sobie Polki emigrantki zawodowo. Myślę, że trafiłam wtedy w dobry czas, gdy to był temat ważny dla mnie, dla osób, z którymi rozmawiałam i dla wielu moich czytelniczek. Dzięki temu to się rozrosło. Miałyśmy się spotykać raz na kwartał. Potem pojawiła się potrzeba, żeby spotykać się częściej. Na początku spotykałyśmy się w restauracji i rozmawiałyśmy ze sobą. Potem grupa zwiększyła się. Gdy było nas już kilkanaście, spotkania w restauracji przestały być efektywne. Ktoś kto siedział na końcu stołu nie mógł usłyszeć osoby siedzącej na początku. Pojawił się pomysł żeby poszukać sali bardziej wykładowej i zobaczyć, co nas łączy i jak się możemy podzielić nawzajem tymi umiejętnościami. Z tego wyszło założenie, które do tej pory funkcjonuje, że spotykamy się w zarezerwowanej sali. Pierwsza część spotkania jest wykładowa, podczas której jedna z osób dzieli się swoją wiedzą z danej dziedziny. Druga część jest towarzyska. Byłam bardzo zadowolona, że tak się stało i nie tylko opowiadamy sobie swoje życiorysy, ale rzeczywiście dzielimy się konkretną wiedzą.

A: Teraz ta grupa liczy kilkadziesiąt osób.

D: Tak. Narazie mamy około 50 osób na liście, a co miesiąc dochodzą nowe osoby. Nie wiem jaką przyszłość ma ta grupa, w którą stronę to się potoczy, ale wiem, że powstało sporo biznesowych czy pół biznesowych partnerstw w tej grupie. To ma dla mnie bardzo dużą wartość. Cieszę się, że nie tylko spotykałyśmy się towarzysko, ale też biznesowo bardzo się wspieramy i dużo sobie dajemy. Myślę, że w tym tkwi kobieca siła. Mówi się o dziewczynach, że jesteśmy dla siebie konkurencją, ale myślę, że gdy to się odsunie na bok to zostaje solidarność czy podobieństwo naszych życiorysów. Łączy nas przede wszystkim to, że większość urodziła się w Polsce lub miała rodziców z Polski, a urodziła się w Niemczech, ale czuje się w jakiś sposób przyciągnięta do polskich spraw. Rzeczy, które się z Polską wiążą cały czas są dla nas istotne. Wszystkie próbujemy się zawodowo odnaleźć czy rozwinąć. Na początku był jeszcze jeden ważny argument, aby być mamą, ponieważ ja też byłam młodą mamą. Taka też była formuła tych wywiadów, w których rozmawiałam z mamami. Potem zrezygnowałyśmy z tego, bo uznałyśmy, że to nie fair w stosunku do osób, które nie mają dzieci, a chciałyby do nas dołączyć i mają dużo do zaproponowania. W tej chwili głównymi cechami, które łączą „Polki w Monachium” jest polskość i chęć rozwoju zawodowego.

Rozmowa z Dominiką Rotthaler o Polkach w Monachium

A: Tak, powiem z własnego doświadczenia, że to co jest cenne w tej grupie to, że nie są to wyłącznie spotkania polonijne, ale jest to grupa osób będących na podobnym etapie życia z podobnymi problemami. Powiedz mi, czy dobrze czułaś się w roli organizatorki, a może nawet „matki założycielki”?

D: (śmiech) Na pewno mam takie poczucie satysfakcji. Wydaje mi się, że zostało coś takiego stabilnego po moim wyjeździe. Tak jak mówiłaś na początku naszej rozmowy ta grupa nadal się spotyka, żyje, wymienia. Daje mi to poczucie satysfakcji, podobne do tego gdy się np. zbudowało pomnik. Mam takie poczucie, że jest to coś konkretnego, namacalnego i mój ślad pozostał, tak górnolotnie mówiąc.

A: Czy zamierzasz to powtórzyć we Frankfurcie?

D: Bardzo bym chciała. Na razie jeszcze mam sporo spraw związanych z rozkręceniem własnej firmy, więc wszystkie inne sprawy trochę odeszły na bok, ale myślę, że jest to dla mnie bardzo dobra droga. Po Monachium widzę, że to grupa dała mi poczucie stabilności w moim życiu. Poznałam tam też bardzo dobre przyjaciółki, takie na całe życie. Myślę, że warto to powtórzyć. Byłam tu we Frankfurcie na szkoleniu i miałam kontakt z kilkoma osobami z Polski, które tu mieszkają. Jak wspomniałam, że taka grupa była w Monachium, widziałam jak się większości kobiet „zaświeciły oczy”. Myślę, że jest duży potencjał i większość osób, z którymi rozmawiałam na razie wstępnie, bez żadnych konkretów bardzo by chciała w tej grupie uczestniczyć. Na czym mi zależy, to wyjście spoza środowisk polonijnych. Nie chciałabym, żeby to miało wyłącznie polonijny charakter, rozpamiętywania czy resentymentu do Polski, tylko raczej z patrzeniem do przodu, z ukierunkowaniem na rozwój, na chęć nauczenia się nowych rzeczy od siebie nawzajem.

A: Tak, to jednak jest grupa networkingowa.

D: Ale nie odchodząc tak do końca od tematu, ta polskość też jest ważna, bo te spotkania odbywają się prawie wyłącznie w języku polskim. To jest też rzecz, którą chciałyśmy kultywować i myślę, że w nielicznych wyjątkach ma to być kontynuowane.

A: Z własnej perspektywy powiem, że to jest ogromny plus, bo sama przyjeżdżając do Monachium nie znałam języka niemieckiego. Gdy mieszkałam w Irlandii nie szukałam środowisk polonijnych, bo język nie był dla mnie problemem. W Monachium szukam znajomych wśród osób mówiących po angielsku lub po polsku. Myślę, że nas Polki łączy nas nie tylko język, ale wspólne doświadczenia. Mając dzieci pojawiają się podobne tematy, o których pisałaś na swoim blogu jak dwujęzyczność, czy później temat kultury, wartości itp.

D: Tak. Myślę, że dzieci też widzą, że mama się spotyka i ma znajomych, którzy mówią po polsku. W moim przypadku jest inaczej niż u ciebie, bo ja mam męża Niemca i mamy dwa języki w domu. Tym bardziej staram się ten polski „wepchnąć”, gdzie się da. Myślę, że to ma też wartość dla nas. Dla większości osób, które urodziły się w Polsce, to nawet jeśli znasz dobrze język obcy, nadal jest to język obcy, a w żadnym (przynajmniej mogę mówić o sobie) innym języku nie uda mi się tak dobrze wypowiedzieć i oddać co czuję, jak polsku. To ma dla mnie dużą wartość, że nie muszę się zastanawiać jakiego przypadku użyć tylko po prostu mówię, co mi ślina na język przyniesie i wtedy mam poczucie, że powiedziałam to co chciałam i w taki sposób w jaki życzyłabym sobie, aby wypowiedzieć się na dany temat.

A: To jest bardzo ciekawe co powiedziałaś. Przyznam, że ostatnio o tym myślałam. Poza językiem niemieckim, który dla mnie jest osobiście Mount Everestem i do dziś zastanawiam się, czy się na niego wspinać czy nie, to przecież mam tu znajomych, z którymi rozmawiam wyłącznie po angielsku. I zastanawiałam się ostatnio, czy nie jest jednak tak, że nasz pierwszy język jest tak we krwi, że jeśli chcemy pisać czy rozmawiać aby oddać emocje to jest on najbardziej adekwatny. I chyba nigdy go nie zamienimy na inny.

D: Wiesz, czasami jak mnie ktoś pyta w jakim stopniu jestem Polką, to porównuję to do szpiku kości. To jest coś, czego nie możesz się pozbyć. To jest tak głęboko w tobie. To jest część ciebie, a de facto to jesteś ty. Możesz mieć inne przeżycia, a mówi się, że z każdym innym językiem masz trochę inną osobowość. To prawda. Jak mówię po włosku, to od razu więcej macham rękami. Jak uczysz się włoskiego we Włoszech to przejmujesz trochę styl bycia. Mimo wszystko ten polski mnie tak określa i nawet nie chodzi o sam język, ale o kulturę, całe dziedzictwo, które dostałam jako człowiek, który się tam wychował, że nie potrafię o sobie myśleć inaczej niż w kategoriach polskich.

 

O DZIECIACH NA EMIGRACJI, DWUJĘZYCZNOŚCI I TOŻSAMOŚCI KULTUROWEJ

 

A: Myślisz, że Twoje dzieci, które żyją w innej kulturze też będą to miały, dzięki temu, że rozmawiasz z nimi po polsku? 

D: Tego nie da się porównać. Myślę, że one będą mieć w szpiku obie te rzeczy. Ktoś mnie kiedyś zapytał – czy mój syn będzie pół Polakiem i pół Niemcem? Według mnie nie. Oni są Polakami i Niemcami jeden do jednego. Tego nie da się przepołowić lub na procenty liczyć. Oni mogą mówić trochę gorzej po polsku niż po niemiecku, bo mają jednak na co dzień więcej kontaktu z językiem niemieckim. Nie chciałabym nawet, żeby sobie kiedyś takie dylematy stawiali – kim jestem? Polakiem czy Niemcem? Zawsze im mówię – jesteś jednym i drugim. Tak samo masz prawo być Polakiem, jak masz prawo być Niemcem. Staram się im to w taki dość demokratyczny sposób przekazać. Myślę, że każdy dla siebie w jakiś sposób wybierze to, co mu serce podpowie. Może jest mi łatwiej, bo tak jak mówiłam mam takie przypadki w rodzinie. Mam dwóch kuzynów, którzy są już dorosłymi ludźmi, a wychowali się w Szwajcarii. Jeden z nich ma żonę Polkę, a drugi żonę ze Szwajcarii. I ten, który jest w związku ze Szwajcarką mówi do swoich dzieci po polsku, mimo, że jest to dla niego drugi język ojczysty. Ten który ma żonę Polkę mówi do dziecka po Włosku dlatego, że mieszkają w Szwajcarii i żona mówi do dziecka po polsku. Chcą, aby była równorzędność języków. Każdy z nich zdecydował się na inny język, w którym rozmawia ze swoimi dziećmi. To jest bardzo ciekawe, bo obaj są już dwujęzyczni od dziecka, wychowani zostali przez mamę Polkę i ojca Szwajcara, a sami przy wychowaniu swoich dzieci zdecydowali się na dwa różne języki. Także można. W ten sposób przekazują dziecku inne wartości, czy cechy kultury po to, żeby miało uzupełnienie tego, czego partner nie może zaserwować, bo jest z innego kręgu kulturowego. To jest trochę takie składanie puzzli, z których człowiek się cały urodził. Później w dorosłym życiu będzie miał takie, a nie inne cechy. Nie chciałabym, żeby moje dzieci się zastanawiały kim są, tylko żeby się czuły swobodnie w obu krajach.

Dominika Rotthaler o dzieciach na emigracji

A: Dwujęzyczność nie jest taka oczywista jakby nam się wydawało. Trzeba dziecko otoczyć językiem, żeby dobrze się w nim czuło. Miałaś kiedyś myśl, albo pokusę, żeby dać sobie spokój z językiem polskim?

D: Właśnie z tych względów, o których mówiłyśmy, o tym szpiku kostnym itd., nigdy by mi do głowy taka myśl nie przyszła. Nie byłabym w stanie z dziećmi budować takiej więzi jak w języku polskim. Oni mi czasami odpowiadają po niemiecku, ale ta więź z mojej strony jest zbudowana na języku polskim. Nie miałam nigdy takich myśli. Wręcz przeciwnie, ze względu na to, że mój mąż jest Niemcem, staram się być bardziej konsekwentna niż gdybym może była w polsko – polskim związku. Może miałabym taką pokusę, żeby rozmawiać z dziećmi po niemiecku, żeby je trochę podszkolić. Raczej staram się dbać o to moje poletko, czyli o język polski. Też nie robię wielkich wyczynów, po prostu jestem konsekwentna w mówieniu. Staram się poprawiać dzieci kiedy bardzo mieszają języki. Nie poświęcam się szczególnie i np. nie jeździmy co sobotę do polskiej szkoły. Choć zdecydowałam się na opcję pośrednią, czyli szkołę internetową, ale tam jest dość elastyczny podział czasu i sami możemy sobie dostosować, kiedy robimy lekcje i bierzemy udział w webinarach, albo potem oglądamy nagrane filmy. Ta wersja nam bardziej odpowiada. Nie czuję się bardzo heroiczna z tym językiem polskim. Po prostu wydaje mi się, że jest to mój obowiązek i myślę, że moim dzieciom byłoby smutno, gdyby nie znali polskiego. Jako dorośli zapytaliby mnie: „Matka, dlaczego nie nauczyłaś nas mówić po polsku? Trzeba było z nami gadać.” Znam przypadki dorosłych Polaków, wychowanych tutaj, którzy potem musieli chodzić na kursy polskiego ponieważ czuli, że jest w nich część polska, z którą chcieliby mieć kontakt, a mogą tylko przez język. Ponieważ w domu mówiło się po niemiecku, nie znają tego języka na tyle dobrze, żeby do tej części osobowości mogli dotrzeć.

O PANI DOMINICE I SOCIAL MEDIACH

A: Porozmawiajmy o twoim najnowszym projekcie – panidominika.de. Jakie masz plany na najbliższą przyszłość i jak ten projekt będzie się rozwijał? Czy możesz coś opowiedzieć?

D: Razem z przeprowadzką zmieniłam nazwę bloga. Z „Polki w Monachium” stałam się “Panią Dominiką”. Zmieniłam stronę internetową. Wszystkie stare artykuły przeniosłam. Z jednej strony nie chciałam ich zostawić, ale z drugiej czułam, że już nie jestem Polką w Monachium i ten pseudonim artystyczny już do mnie nie pasuje. Pani Dominika pojawiła się z gry językowej. W Niemczech nie używa się takiego sformułowania – Frau Dominika. Mówi się albo Frau Rotthaler albo po prostu na ty – Dominika. Pani Dominika jako taka nie istnieje. To jest  dosyć unikatowe w języku polskim, że mamy taki zwrot. On mnie w jakiś sposób wzrusza. Zawsze to na mnie emocjonalnie działa gdy ktoś tak mówi, bo de facto nikt już się tak do mnie nie zwraca. Chyba, że ktoś pisze do mnie maila po polsku, wtedy czasem pojawia się zwrot “Pani Dominiko”. W ramach takiego sentymentu powstała ta nazwa. To o czym mówiłam na początku – staram się stworzyć sobie swoje miejsce pracy. Pracuję w tej chwili z domu i zajmuję się doradztwem w mediach społecznościowych. To dał mi blog jeszcze z kolejnych czynników. Nie tylko szłam z pewnym trendem, który się pojawił wtedy, czyli Facebook i różne media społecznościowe, które przez te lata się rozbudowywały, ale sama też w nim uczestniczyłam. Wszystkie teoretyczne zagadnienia od razu mogłam wypróbować prowadząc oba blogi. Mam dużą wiedzę i doświadczenie na ten temat i będę się starała przekonać przedsiębiorców jak używać tych narzędzi do promocji własnych marek w internecie.

A: Rozmawiałyśmy o tym wcześniej. Sama nie jestem fanką mediów społecznościowych, ale podoba mi się w jaki sposób o tym mówisz, że trzeba poznać każde narzędzie, aby móc się w nim odnaleźć.

D: Myślę, że tak. Ostatnio słyszałam o dziennikarce, która bardzo narzekała na Instagram. Mówiła, że życie tam jest nieprawdziwe, upięknione, wyidealizowane i wystylizowane. Mówiła to osoba, która sama nie ma konta na Instagramie, a wszystkim zarzucała, że tworzą sztuczną rzeczywistość. Obserwując to z zewnątrz jestem w stanie sobie wyobrazić, że ktoś może na to w taki sposób patrzeć. Ale oprócz tego tam się dzieje tyle różnych rzeczy i powstaje tyle kontaktów, wymian międzyludzkich. Instagram to nie tylko to, że ktoś pokazał swoje śniadanie czy ładnie posprzątany pokój, w którym na co dzień tak nie jest. Prawda jest taka, że ludzie mają raczej tendencję do tego, żeby oglądać ładnych ludzi, ładne miejsca i ładne ubrania. Nikt nie chce oglądać np. włosów w wannie czy obciętych paznokci. Nawet powstał taki # morerealityoninstagram (więcej rzeczywistości na instagramie).

A: Tak, ale Instagram chyba nie jest od tego? Każdy ma te swoje „włosy w wannie”, o których wspomniałaś…

(chwila śmiechu).

D: Znając to medium i przerzucając zdjęcia przez filtr struktury w jakiej Instagram funkcjonuje myślę, że możemy dojść do tego, że ta rzeczywistość może być taka. Oczywiście nie musi taka być. Chciałabym mieć teraz posprzątany pokój mimo, że nie mam. Ale fajnie, że u kogoś jest czysto, przynajmniej sobie pooglądam ładne rzeczy. Tak bardzo skracając i spłaszczając teorię Instagrama. Wydaje mi się, że osoby, które krytykują media społecznościowe, a same w tym nie siedzą lub mają negatywny stosunek z góry stoją na pozycji, w której trudno dostrzec pozytywne strony.

rozmowa z Dominiką Rotthaler o social mediach

A: Sama się skupiam na negatywach ostatnio. Ale mam takie poczucie, że nie każdy się w tym odnajduje. Chyba to jest zadanie osób, które się w tym nie odnajdują aby zaakceptowały to, a nie miały pretensje do tego, że inni mają swój świat, swoje medium społecznościowe, w którym akurat my się nie odnajdujemy. Niech każdy robi po swojemu, tak myślę.

D: Też myślę, że nie każdy musi być w mediach społecznościowych widzialny i obecny. Jestem przekonana, że nie każdy się do tego nadaje. Jak ktoś ma raczej negatywne uczucia to w ogóle lepiej się nie logować, niż się logować pod pseudonimem, a potem się frustrować, że nikt nie czyta tego, co się pisze.

A: Dla firm, czy osób, które chcą propagować jakąś ideę lub coś sprzedawać doradztwo takiej osoby jak ty, która w tym siedzi i rozumie to medium ma dużą wartość.

D: Na pewno jest to ułatwienie i skraca czas zrozumienia tego medium. Każde medium rządzi się swoimi prawami i regułami, które trzeba znać, żeby się tam poruszać.

A: Mamy poczucie, że wystarczy wrzucić zdjęcie i już się pojawią serduszka, a to trochę inaczej działa…

D: To prawda. Myślę, że trzeba mieć obraną strategię, jeśli się to robi zawodowo. Trzeba wiedzieć jakie się ma cele, grupę do której chce się dotrzeć oraz wizję tego, jak marka czy firma ma być postrzegana. Tak naprawdę mamy wpływ na to w jaki sposób ludzie na nas patrzą i jaką sobie wyrobią o nas opinię. Musimy się zastanowić trzy razy zanim coś opublikujemy – czy to jest rzecz wartościowa, czy ktoś z tego skorzysta, czy mam tym coś do powiedzenia. Wstawianie kotków czy piesków na profilu zawodowym nie ma specjalnie sensu. To może się komuś spodobać i otrzymać sporo lajków, ale czy to wpłynie na wizerunek firmy, marki czy produktu… raczej nie.

A: Czy „Pani Dominika” będzie nam dalej opowiadała o Niemczech?

D: Tak. Ten blog, od którego wszystko się zaczęło zostaje. On po prostu zmienił domenę. Pani Dominika jest taką pojemniejszą marką, która będzie w sobie kryła zarówno blog jak i będę się w ten sposób reklamować z moimi usługami. Blog pozostanie nadal moją hobbystyczną działalnością. Będę się dzielić moją wiedzą, informacjami i przemyśleniami co do życia w Niemczech. Robię to z przyjemnością. Dzięki temu, że moja druga połówka jest stąd, moi teściowie i cała moja rodzina niemiecka, myślę, że mam łatwiejszy dostęp do tych informacji czy do kultury niemieckiej, niż osoby, które żyją wyłącznie w środowisku Polaków. Staram się to wykorzystać jako plus w tej sytuacji, że mam dostęp bezpośrednio do źródła. Gdy nie rozumiem dlaczego się coś robi tak, a nie inaczej, po prostu pytam kogoś z rodziny. Moja teściowa jest często głównym źródłem informacji. Gdy spotykam zwyczaje, których nie ogarniam ją o to pytam. Moi teściowie są zresztą z Monachium, choć nie mieszkają już tam.

A: Bardzo ci dziękuję za rozmowę. Chciałabym jeszcze dodać od siebie, że jeśli czyta tę rozmowę osoba, która mieszka we Frankfurcie, czy jest zainteresowana kontaktem z tobą, to jesteś na to otwarta. Mówię z własnego doświadczenia, bo poznałyśmy się dopiero za trzecim razem… Gdy przed przyjazdem do Monachium trafiłam na twój blog, miałam ochotę napisać, ale pomyślałam, że nie będę ci głowy zawracać i umawiać się na kawę. Jak się w końcu poznałyśmy powiedziałaś, że większość dziewczyn, które należą do grupy Polki w Monachium po prostu do ciebie napisały.

D: Tak. Czasami warto spróbować, nawet jak się wydaje, że ktoś nie ma czasu. Jeśli ktoś nie ma czasu, to na pewno o tym powie, a jak ma czas to można na tym zyskać. Tego się nauczyłam od mojego męża, bo to nie jest polska strategia. Mój mąż mi powtarza – najwyżej ktoś ci odpowie nie. Pytanie zadać warto. W najgorszym wypadku będziesz w punkcie wyjścia i nic się nie zmieni. A my tak bardziej honorowo podchodzimy. Tak nauczyłam się pytać, a jak słyszę odmowę zawsze myślę, że nic nie straciłam. Zachęcam, aby pytać, pisać, spotykać się i pić kawę z Panią Dominiką. 🙂

A: Bloger też człowiek, jest na wyciągnięcie ręki. 🙂

D: Tak, dokładnie. 🙂  Dziękuję bardzo za rozmowę.

A: Dziękuję.


DOMINIKĘ ZNAJDZIESZ

na stronie Pani Dominika (TU)

na Instagramie (TU) 

na Facebooku (TU)  


JESTEM CIEKAWA TWOICH PRZEMYŚLEŃ.

Dodaj komentarz lub napisz email.

Jeśli spodobała Ci się ta rozmowa, podziel się z innymi.

Lubisz czytać listy?