Wszystko się zmieniło, tylko ja się nie zmieniłam.

z Brak komentarzy

 Niedawno zmieniłam swoje zdjęcie profilowe na facebooku. Robię to plus minus raz na półtorej roku. I w zasadzie jest to jedyna moja aktywność na „koncie prywatnym”. Zero zdjęć dziecka, męża itp. W gruncie rzeczy wolę uprawiać ekshibicjonizm myślowy w ramach bloga (albo w rozmowach twarzą w twarz – kto mnie poznał wie, co chodzi 😉 ).

Facebook mnie nie kręci. Żadnych spontanicznych selfie ani rzucanych w społeczną przestrzeń myśli codziennych. Zresztą o tym, jak „kocham social media” wspominam dość często (np. TUTAJ, albo w podcaście).

Dlaczego zmieniłam fotkę?

Wszystko za sprawą dwóch fantastycznych kobiet, które jakiś czas temu przygotowały mnie do zdjęcia, a później zrobiły mi piękne foty (zresztą tamto wydarzenie zasługuje na osobny tekst, do którego napisania zbieram się już od jakiegoś czasu, ale obiecuję, że będzie 🙂 ). Na fotach wyglądam pięknie, ale normalnie. To znaczy wyglądałam dokładnie jak ja, tylko w najlepszej wersji (spektakularny makijaż, rozpuszczone włosy i brak czerwieni na twarzy, która zazwyczaj towarzyszy mi już po krótkim spacerze albo kilkunastu minutach w towarzystwie Buły). Na zdjęciu, które zamieściłam na facebooku jestem w 100% sobą. Nie jestem odchudzona, ale piękna (piszę o tym, bo zawsze myślałam, że póki nie schudnę, nie będę wyglądała pięknie) . Poprzednie zdjęcie, które miałam na facebooku, to było selfie. Zrobione w okresie diety, gdy skutki były naprawdę spektakularne. Widać to było zwłaszcza na twarzy, a jak na selfie przystało na zdjęciu była głównie twarz z lekko wydętym „dziubkiem”.

Dlaczego o tym piszę?

Po dodaniu tamtego selfie (niecałe dwa lata temu) otrzymałam sporo „like’ów”. Ludzie, których nie widziałam na oczy od kilku lat zaczęli do mnie pisać: „Pięknie!” , „Wow, Arabella, jak świetnie wyglądasz, gratuluję!” I takie tam. Zrobiło mi się miło, nie zaprzeczę. Powiem więcej… Przez chwilę zaczęłam rozumieć tę wszechobecną selfie – manię (na szczęcie szybko o niej zapomniałam 😉 ). Najwidoczniej komplementy, to to co wszystkie kochamy, niezależnie od tego, czy sobie to uświadamiamy, czy nie.

Teraz, gdy zaczęłam dysponować bardziej aktualnym, ale jakże pięknym zdjęciem postanowiłam zrobić zmianę na Facebooku. Po cichu liczyłam na kolejną falę „like’ów”, serduszek i komplementów…

Tym razem było trochę inaczej.

Dostałam trochę „kciuków” i serduszek, ale zdecydowanie mniej niż ostatnio (a przez półtorej roku przybyło mi trochę znajomych).

Były dwa komentarze. Oba od osób, których nie widziałam przez kilka długich lat. I w dodatku tak samo brzmiące….

Pierwsza napisała moja bardzo dawna przyjaciółka ze szkoły, z którą nie widziałam się od nie pamiętam nawet kiedy. Na pewno przez dobre klika lat nie miałyśmy żadnego kontaktu. Napisała kilka minut po tym, jak wrzuciłam zdjęcie: „Nic się nie zmieniłaś”. W pierwszej chwili poczułam konsternację. „Czy ona mnie właśnie obraziła?” pomyślałam. Mając w pamięci słowa coachów i spirytualnych nauczycieli, postanowiłam po prostu zapytać, czy to miał być komplement, zamiast przypisywać jej słowom własne interpretacje. Odpisała, że komplement, bo świetnie wyglądam i włosy mam w takim kolorze jak kiedyś, a ona przez ten czas jak się nie widziałyśmy osiwiała tak, że mogłabym jej na ulicy nie poznać. „Biedna”, pomyślałam zanim jeszcze doszła do mnie właściwa refleksja, do której tak naprawdę prowadzi ten bardzo długi wstęp. Zrobiło mi się jej żal, więc weszłam z nią w dalszą konwersację, pytając co słychać. „Wszystko dobrze”, odpisała. Mieszka tam gdzie zawsze, z mężem, z którym była od zawsze. Czyli poza siwizną i nowym dzieckiem niewiele się u niej zmieniło. Dodała kilka informacji o ludziach ze szkoły. Takich jak nagły rozwód klasowej pary (mimo kilkuletniego dziecka; jej podobno coś odbiło, że nie chce już z nim być). Pojawiła się też informacja, że jedna z koleżanek mieszka teraz na tej samej ulicy, na której rodzice „siwej”.

 

Wszystko się zmieniło tylko ja się nie zmieniłam.

 

Zupełnie nagle, pomiędzy tymi informacjami przyszło do mnie dziwne uczucie błogości, a może nawet satysfakcji. Spojrzałam w lustro na moje włosy, które mają taki kolor jak kiedyś, bo tak naprawdę nigdy ich nie farbowałam. I pomyślałam, że ta poznańska ulica, na której mieszka teraz moja znajoma ze szkoły, która jest dla mnie jedną z tak wielu ulic, którymi chodziłam i tak naprawdę stanowi dla mnie tylko jakieś tam wspomnienie… dla kogoś jest ciągle kawałkiem niezmiennie trwającej rzeczywistości. A ja przez te kilkanaście lat mieszkałam na różnych ulicach, w różnych miastach, a potem nawet w różnych krajach. Aktualnie narzekam na tunel, którym od roku chodzę z dzieckiem do przedszkola, bo tak mi spowszedniał (w końcu chodzę nim kilka razy dziennie). A gdzieś tam, ktoś ciągle drepcze tymi samymi ulicami od kilkudziesięciu lat. W dodatku siwy.

I nagle doznałam uczucia wdzięczności za to co mam i gdzie jestem. I pomyślałam, że wszystko się zmieniło (ulica, znajomi, przyjaciele, zawód, status materialny, śmierć rodziców, dziecko), ale ja się nie zmieniłam. Mam ciągle te same włosy. Wyglądam jakbym miała 20 lat. A w dodatku pod tymi włosami ciągle mam pragnienie czegoś nowego. I wiarę w te marzenia, które w gruncie rzeczy realizuję.

Po kilku godzinach dostałam informację od znajomego.

„Kochana nic się nie zmieniłaś” , napisał. Uśmiechnęłam się szeroko, przypominając sobie jak wyglądałam gdy się znaliśmy (byłam wtedy na etapie szukania męża i była ze mnie prawdziwa laska). „Tak nic się nie zmieniłam”, pomyślałam z satysfakcją. „Dziękuję Kochany”, odpisałam.

Tak oto, teoria przenika rzeczywistość. Niespodziewanie zaczynam być wdzięczna za to co mam. A wszystko zaczęło się od wdzięczności za to, że choć w różnych miejscach, z różnymi ludźmi i bagażem doświadczeń trwam w swojej najlepszej postaci. Nie tylko włosy, ale i to co pod nimi w jakiś cudowny sposób obeszło się perturbacjom. I na dodatek marzy o kolejnych ulicach.

A jak jest u ciebie?

Wszystko się zmieniło? Czy tylko ty się zmieniłaś?

Na wypadek, gdybyś osiwiała, to nie martw się. „Siwa” napisała też, że: „Farby do włosów dają radę”. W sumie zawsze była taka bezpośrednia… Także, może ona w gruncie rzeczy też się nie zmieniła? Może nasza „esencja” nigdy się nie zmienia? Może różnią nas tylko marzenia? A może odwaga do ich realizacji? Sama nie wiem. A ty, co uważasz?