Simple Calendar czyli produktywność w (pięknej) formie.

z Brak komentarzy

Simple Calendar to kalendarz marki LoveSimple creations.

Być może znasz go już z internetu. Jest piękny, elegancki, minimalistyczny w formie i mega funkcjonalny. Waży ponad pół kilo i kosztuje ponad 100 zł. Czy warto go kupić? Jak się w nim na co dzień pracuje?

Sezon na zakupy prezentów oraz nowego kalendarza już się zaczął, dlatego postanowiłam napisać o kalendarzu, na który „czaiłam się” od kilku lat, a który trafił do mnie w tym roku. Sprawdził się, dlatego zamówiłam już nowy Simple Calendar 2020. Jeśli też się nad tym zastanawiasz, albo szukasz nowego kalendarza dzięki któremu podkręcisz (lub zreanimujesz) swoją (być może tylko wymarzoną) produktywność, to jest szansa, że ten tekst pomoże Ci zacząć działać. :) 

Uprzedzę, że po przeczytaniu tego tekstu być może zechcesz kupić taki kalendarz na 2020 rok. Cóż mogę powiedzieć… Kupuj, jeśli czujesz, że masz ochotę lub wręcz potrzebę mieć wszystkie plany i marzenia w jednym (pięknym) miejscu. :) Tak jak napisałam, ja już swój zamówiłam. ;) Lecz chciałabym zaznaczyć, że ten tekst nie jest reklamą, dlatego nie czuj się zobowiązania. ;) Opowiadając o kalendarzu chciałabym Ci opowiedzieć też o tym, że wszystko przychodzi w odpowiednim czasie, choć nie jest to dobrą wymówką, aby biernie czekać, aż coś samo przyjdzie. Opowiem też trochę o tym, że produktywność może mieć piękne i przyjemne oblicze nie tracąc nic na skuteczności. Czy nie brzmi to prawie, jakby można było mieć ciastko i zjeść ciastko? ;)

Grafika z tytułem tekstu - recenzji Simple Calendar

Na swój pierwszy Simple Calendar „czaiłam się” od 2015 roku…

Pamiętam dobrze jak siedząc w Irlandii, z malutką Bułą u boku, planując wielkie odchudzanie przeglądałam sklep Ewy Chodakowskiej i po raz pierwszy trafiłam na, wtedy jeszcze nie kalendarz, a planer LoveSimple. Czarnobiałe pasy na okładce i przejrzyste harmonogramy do planowania w środku kusiły ogromnie. Lecz ostatecznie stwierdziłam, że nie za bardzo mam co planować, bo żyłam wtedy głównie na żądanie Buły. Pamiętam dobrze, że wtedy pierwszy raz poznałam markę LoveSimple i historię Moniki. Czytając ją czułam ogromną moc i powtarzałam sobie: Ok, jestem w takim, a nie innym punkcie mojego życia, ale nadejdzie jeszcze czas, kiedy to się zmieni. I tak się stało. :) 

Lecz, niech Cię ten początek nie zmyli, że byłam tamtego roku bez kalendarza… 

Bo ja kocham kalendarze! :) 

Tamtego roku towarzyszył mi mój ukochany Moleskine. Mam słabość do produktów papierniczych (ale może każda pisząca i czytająca osoba ją ma?). Wybieranie nowego kalendarza stanowiło dla mnie przez wiele lat crème de la crème planowania. ;) I choć z używaniem bywało różnie, to jednak czas wyboru zawsze budził moje ogromne nadzieje i plany na planowanie życia. ;) 

Moja miłość do kalendarzy Moleskine rozpoczęła się jakieś 7 lat temu, gdy przypadkiem wygrałam taki kalendarz na Facebooku (jeśli czytasz mnie nie od dziś to pewnie przecierasz właśnie oczy ze zdumienia – ja i konkursy na Fb?! – no cóż, bywały i takie epizody w moim życiu ;) ). Od tamtego czasu mogę powiedzieć, że byłam wierna firmie Moleskine (zdradziłam ją tylko raz dla firmy Ciak, ale żałowałam ogromnie…). Piękne, subtelne wnętrze, najwyższy standard wykonania i do tego historia, że sam Ernest Hemingway używał takich notesów. Przez wiele lat myślałam – czegóż można chcieć więcej? W tym roku przekonałam się, że jednak można.

Simple Calendar a Moleskine dzienny lkalendarz

I tak, w 2019 roku Simple Calendar sam do mnie trafił… :) 

Gdy przeprowadziłam się do Niemiec i przestałam nałogowo używać Facebooka oraz bywać w sieci, na jakiś czas zapomniałam o LoveSimple. Jednak kalendarze tej firmy wróciły do mnie dzięki Gosi Pawlińskiej, z którą  od ponad dwóch lat nagrywam podcast W związku z życiem. Gosia jest tytanką produktywności. Serio, ta kobieta ma wszystko zaplanowane w najmniejszym szczególe, co czasem mnie mega inspiruje, a czasem doprowadza do napadów szaleńczej zazdrości (bo jak ona to robi?!). Dlatego, gdy jakieś dwa lata temu powiedziała mi, że do planowania używa tylko jednego narzędzia, którym jest Simple Calendar była to dla mnie nie lada rekomendacja. Gosia jest też minimalistką, więc jeśli mówi takie słowa o kalendarzu, to znaczy, że nie może być to tylko piękny gadżet. Piszę o tym, bo ja akurat jestem pełnym sercem maksymalistką i jak zaraz się dowiesz posiadanie dwóch kalendarzy na jeden rok mnie w jakiś przedziwny sposób ekscytuje. :) Ale jak widać Simple Calendar, choć minimalistyczny w formie trafia także do serc maksymalistek (które być może niesamowicie go potrzebują nie tylko ze względu na piękne złocenia… ;) ). 

Gosia zasiała we mnie pragnienie, więc pod koniec 2018 roku zaczęłam zastanawiać się nad zakupem mojego pierwszego Simple Calendar. Jednak sentyment i, co tu dużo mówić, przywiązanie do Moleskine wzięły górę. Zamówiłam sobie na świąteczny prezent piękny, błękitny, codzienny kalendarz. Z wizją i postanowieniem całorocznego używania i szczegółowego planowania. Oraz z głęboką intencją odnalezienia rytmu pracy, właśnie dzięki temu solidnemu planowaniu. 

Dlatego od początku roku bardzo ochoczo zaczęłam pracę z moim kalendarzem Moleskine. Jednak tylko częściowo korzystałam z kalendarza i dużo zapisków robiłam na oddzielnych kartkach. De facto w moim przypadku do planowania w Moleskine sprawdzają się głównie tabele miesięczne. A kartki kalendarza, po jednej na każdy dzień, bardziej używałam jako dziennika. Jednak nie przeszkadzało mi to (tak mi się wydawało). Miałam dodatkowy zeszyt plus luźne kartki, w których zapisywałam codzienne listy TO DO itp. 

porównanie kalendarzy Simple Calendar i Moleskine

W kwietniu wszystko się zmieniło. 

Wyjechałyśmy wtedy, dość spontanicznie (choć oczywiście wszystko było zaplanowane już w lutym ;) ) z Gosią na kilkudniowy trip do Grecji. Postanowiłyśmy spędzić kilka dni wspólnie, aby przegadać nie tylko podcastowe tematy, nasycić się pięknymi krajobrazami, pozwiedzać antyczne ruiny oraz spotkać Monikę z LoveSimple. Gosia przez cały rok prowadziła intensywny projekt z Moniką, w ramach którego nagrywały comiesięczne webinary i tym razem miały poprowadzić jeden wspólnie, w Atenach. Ja przy okazji skorzystałam z zaproszenia i możliwości poznania Moniki, którą znałam dotychczas tylko z internetu. Okazała się niesamowicie energetyczną, pełną ciepła kobietą. I tak, zupełnie niespodziewanie, wróciłam do domu z moim pierwszym Simple Calendar na 2019 rok. :) 

Marzenie stało się rzeczywistością, a ja postawiłam trochę sobie, a trochę kalendarzowi wyzwanie – czy faktycznie jest takim genialnym narzędziem do planowania? I czy przebije mojego ukochanego Moleskine? Dałam sobie czas do końca roku, aby wyciągnąć wnioski, bo powiedzmy szczerze, pierwszy entuzjazm to jedno, a codzienne użycie to drugie i tego nie da się oszukać. 

Albo coś się sprawdza w życiu, albo nie. 

W moim życiu się sprawdziło. :) 

Dlaczego na 2020 rok zdecydowałam się kupić SimpleCalendar od LoveSimple creations?

Czytałam o tym kalendarzu sporo niesamowicie dobrych opinii zanim jeszcze zaczęłam go używać i po tym jak go otrzymałam. Dlatego poprzeczkę miał postawioną bardzo wysoko. 

Przede wszystkim oczekiwałam, że tak jak w przypadku innych jego użytkowniczek i ja pokocham go nie tylko za piękno, ale za mega fukcjonalność. Miałam nadzieję, że tabele do planowania, projektowane przez lata na bazie doświadczeń Moniki w pracy event planerki i przy tworzeniu własnej marki, także mnie poprowadzą za rękę. I oczywiście chciałam, żeby było prawdą, że w końcu będę miała wszytko w jednym kalendarzu, a nie w zeszytach i na luźnych kartkach, które jak wiadomo lubią się gubić dokładnie wtedy gdy są tak bardzo potrzebne… 

Większość z tych obietnic potwierdziła się w moim przypadku. Pokochałam to narzędzie i dlatego nie tylko zdecydowałam się zamówić nowy kalendarz na 2020, ale także poświęcić mu tekst na blogu. ;) Jeśli mnie znasz, to wiesz, że z chęcią dzielę się szczerymi i często entuzjastycznymi opiniami na temat produktów czy usług, które zdobywają moje serce. :) A co najbardziej polubiłam w tym kalendarzu? 

piękny kalendarz od LoveSimple

5 powodów, dla których na dobre pokochałam Simple Calendar.

 

1. PIĘKNO 

Wiem, trochę banał, ale cóż mogę na to poradzić? :) Muszę o tym napisać, bo pamiętam doskonale, jak Monika po raz pierwszy pokazała mi kalendarze na żywo, mogłam je „podotykać” i namacalnie stwierdzić, że są przepiękne! Monia jest bardzo aktywna w social mediach (z tego co wiem, bo jak wiesz, ja jestem wyjątkowo nieaktywna, więc najczęściej oglądam jej piękne fotki czytając newslettery, ale zakładam, że na Instagramie jest bosko), więc tam można to piękno kalendarzy na pewno zobaczyć. Choć, powiem szczerze, w przypadku materiałów papierniczych, zdjęcia to jedno, a dotyk to drugie (zwłaszcza moje zdjęcia, które mają bardziej zilustrować tekst niż wydobyć piękno produktu ;) ).. Tylko tak można poczuć i zobaczyć każdy detal. :) Być może to ja mam jakieś szczególne upodobania do takich małych detali, których w Simple Calendar jest kilka, jak choćby złote okucia na rogach, czarne nici, którymi szyty jest kalendarz czy  złocenia na okładce. I powiem szczerze, że gdy go wyciągam z szuflady i za każdym razem, gdy z nim pracuję czuję się jakoś tak… Jakbym była w Instagramie? ;)  Nie wiem jak to działa, ale życie jest odrobinę piękniejsze. Bardzo lubię to uczucie. :) 

2. FUNKCJONALNE HARMONOGRAMY, KTÓRE POMAGAJĄ W SKUTECZNYM PLANOWANIU

Piękno to jedno, mogłam się tego spodziewać, ale przyznam szczerze, że zanim zaczęłam używać Simple Calendar to największy znak zapytania zawsze stawiałam w tym miejscu. Bo co to znaczy, że harmonogramy są funkcjonalne i poprowadzą za rękę? A co jeśli nie? Czy oznaczałoby to, że nie ma dla mnie szans i nigdy, w żaden sposób nie uda mi się zorganizować? Po drugie, być może to coś tylko mojego, ale na samą myśl o sztywnych ramach czuję narastający w sobie bunt i mam ochotę zrobić po swojemu… Nie wiem, czy rozumiesz co mam na myśli, ale zawsze to czułam np. gdy zamawiałam dietę od dietetyczki. Kiedy tylko patrzyłam na tygodniowy plan potraw, wiedziałam dobrze, że będę miała ochotę na coś innego. ;) Jednak w przypadku Simple Calendar jest inaczej. Uff… 

Choć przyzwyczajenie się do planowania w tym kalendarzu zajęło mi chwilę. 

Na samym początku miałam wrażenie, że to jednak nie jest takie wow, jak sobie wyobrażałam… Ale po miesiącu ciągłego używania tak bardzo się przyzwyczaiłam do wszystkich rubryk, że nie wyobrażam sobie, abym miała wrócić do białych kartek czy mojego Moleskine (no cóż… choć towarzyszy mi radośnie do końca tego roku jako dziennik i „nocnik”, czyli miejsce gdzie zapisuję sny ;) ). 

Harmonogramy w Simple Calendar są bardzo pomocne przy codziennym planowaniu. W końcu nie muszę się zastanawiać jak coś zaplanować, ale skupiam się codziennie na tym, co mam zaplanować. Przyzwyczaiłam się do tego, że wypisuję 3 priorytety dnia (co idealnie współgra z tym czego nauczyłam się już kilka lat temu u Pani Swojego Czasu :) ). Mam też listę zadań i rozpiskę każdego dnia wg. godzin, co sprawdza się gdy mam umówione spotkania. Wszystko to na 1 stronie. Podstawą mojego planowania jest też tabela na każdy miesiąc, która zajmuje 2 strony w Simple Calendar (w Moleskine używałam takiej tabeli jednak była za mała, aby swobodnie w niej planować). Bardzo lubię też wolną przestrzeń na notatki co miesiąc oraz kilka dodatkowych stron na końcu kalendarza (zapisuję tam min. plany większych zakupów, co pomaga mi „ochłodzić” gorący zapał i stopuje kompulsywne decyzje). Bardzo lubię też stronę z widokiem całego roku. W tym roku, z ciekawości zaznaczałam sobie na niej wszystkie dni, które spędziliśmy w Polsce. Powiem szczerze, że spojrzenie z lotu ptaka na pewne fakty daje możliwość, aby spojrzeć im prosto w oczy i pomaga zmienić perspektywę myślenia. 

 

kalendarz Love Simple do środka opinia

 

3. MIEJSCE NA ROZWÓJ OSOBISTY

Ten punkt jest kontynuacją poprzedniego. W Simple Calendar jest kilka gotowych schematów dotyczących rozwoju osobistego. Można w nich wpisać swoją misję, wizję, wartości i role życiowe. Ciekawe jest, że gdy zaczęłam z niego korzystać, części z tych miejsc nie potrafiłam wypełnić. Ale zastanawianie się nad tym, co w nie wpisać pomogło mi przemyśleć te tematy, które i tak pojawiały się już przez ostatnie lata w różnych ćwiczeniach rozwojowych (i stawiam, że gdzieś miałam już to zapisane, ale kompletnie nie wiem gdzie…). Niesamowite uczucie móc wrócić pod koniec roku do takich zapisków i zobaczyć, że dzień za dniem, czasem mega małymi krokami, ale idzie się w konkretnym kierunku. To z jednej strony uwalniające, a z drugiej bardzo motywujące. I powiem szczerze, że pod tym kątem chętnie zostawię sobie ten kalendarz w archiwum, aby móc wrócić za jakiś czas i zobaczyć swój rozwój oraz sprawdzić, co udaje mi się kontynuować.

Dodatkowo, na stronie każdego dnia jest miejsce na „wdzięczność”. Jest to dosłownie jedna wolna linijka, co jest jej wielkim plusem. Każdy, kto próbował dowiedzieć się, czy „ta cała wdzięczność działa” doskonale wie, że działa, ale tylko jeśli wejdzie w nawyk. ;) Dzięki temu kalendarzowi taki nawyk prawie bezboleśnie trenuję. 

 

4. HISTORIA

Jak się pewnie domyślasz lubię motywujące historie. Jedną z nich kupiła mnie swego czasu firma Moleskine. ;) I choć tę z LoveSimple ciężko porównać do tej o Erneście Hemingway’u to jest ona w gruncie rzeczy bliższa mojej rzeczywistości i aspiracjom. Jeśli nie znasz historii Moniki i powstania LoveSimple, to zachęcam Cię gorąco do wysłuchania odcinka podcastu W związku z życiem O odwadze do spełniania marzeń. cz.2, w której min. o tym rozmawiałyśmy (link do odcinka znajdziesz na końcu tego tekstu).

 

5. WYKONANIE

Trochę już o tym pisałam. Jednak uważam, że warto to podkreślić. Kalendarze LoveSimple są produkowane w Polsce i miejscami ręcznie wykańczane. Monika przywiązuje ogromną wagę, aby ten produkt wart był swojej ceny i wyglądał elegancko przez cały rok (pomimo codziennego użycia). Nie ma mowy o obszarpanych rogach (złote okucia są nie tylko dla ozdoby) czy wypadających kartkach (jeszcze raz podkreślę czarną nić, którą szyte są kartki). Cieszę się, że mogę mieć sprawdzony, piękny, funkcjonalny i wyprodukowany w Polsce kalendarz. Swoją drogą z chęcią kupowałabym też takie ubrania, ale nijak nie mogę znaleźć polskiej firmy, która robiłaby jakościowe i piękne ubrania w rozmiarze 46/48 (jeśli znasz takie lub inne polskie firmy, które robią jakościowe produkty wytwarzane lokalnie, daj znać w komentarzu).

produkty LoveSimple szczera opinia

Muszą być jakieś minusy, przecież nie ma ideałów… 

Obiecałam szczerą recenzję, więc muszę napisać też o pewnym minusie. Jest nim waga kalendarza. Wiem, że Monika robi wszystko, aby znaleźć kompromis między jego zawartością (ma być pięknie i funkcjonalnie), a rozmiarem. Nie ważyłam tego kalendarza choć na stronie jest informacja, że waży ponad pół kilo. I jest, co tu dużo mówić gruby.

Ponieważ na co dzień pracuję w domu w zasadzie mi to nie przeszkadza. Choć za każdym razem, gdy gdzieś lecę samolotem (a w tym roku mieliśmy sporo lotów) zazwyczaj, z praktycznych względów decyduję się zostawić kalendarz w domu. Prawdą jest, że mogę sobie na to pozwolić, ponieważ zazwyczaj wyjeżdżam na wakacje, a ważne terminy zamieszczam wtedy w google calendar.

Przy okazji pozwolę sobie na małą dygresję… Wiem, że niektórzy świetnie radzą sobie z wirtualnymi kalendarzami i myślą – po co komu ten papier? Ja (nie)stety do nich nie należę. Wiele razy próbowałam przestawić się na elektroniczne planowanie. Ściągałam specjalne aplikacje do planowania połączone z kalendarzami, a po kilku dniach zapominałam ich używać. Nie wiem jak to działa, ale lubię planować na kartce. Muszę widzieć daty i terminy oraz zadania. Muszę używać ręki i długopisu lub ołówka. Inaczej czuję się dziwnie. Może jestem starej daty (choć, hej, jestem blogerką i to jeszcze kilka lat przed 40-stką ;) )? To tak na marginesie. Wracając do gabarytów tego kalendarza…

Czy używałabym go, gdybym, tak jak pięć lat temu pracowała w korpo i musiała do pracy codziennie dojeżdżać tramwajem na obcasach z elegancką torebką wypchaną po brzegi? O tak! Wtedy miałabym pewnie i kalendarz i planner! :) Bo wiem, że te narzędzia być może uratowałyby by resztki mojego spokoju (tonęłam wtedy w natłoku zajęć). I być może zdobyłabym się na odwagę i poleciła ten kalendarz mojej menagerce, dla której czas (zwłaszcza nasz) był z gumy… ;) 

Love Simple recenzja kalendarza

Czy Simple Calendar wart jest swojej ceny? 

Kończąc już tę piękną opowieść pełną zachwytu ;) zatrzymam się jeszcze przy pytaniu – czy ten kalendarz wart jest swojej ceny? W sumie nie planowałam o tym pisać, bo od kilku lat jestem przyzwyczajona do kupowania kalendarza, który kosztuje plus minus 100 zł. I chciałabym podkreślić, że nie dlatego, że te stówki magicznie namarzają mi się pod poduszką, a już tym bardziej nie dlatego, że jestem blogerką (hej blogerki „z powołania”, wiecie o czym piszę? ;*). Pamiętam czasy, gdy miałam może 13 lat i podpisałam „umowę” z moim tatą, w której w zamian za kalendarz z „Beverly Hills 90210” zobowiązałam się do zmywania naczyń przez cały rok (to słodko gorzka historia, wiem i opowiadam ją nie tylko ze względu na przepastne zasoby czarnego humoru, który jak widzisz wyniosłam z domu, ale żeby pokazać ci, że ja naprawdę od zawsze kochałam kalendarze ;) ). Dla mnie kalendarz jest narzędziem, które kupuję na cały rok. Lubię o taki prezent poprosić kogoś bliskiego, bo wiem, że będzie ze mną na co dzień i nie mam problemu z tym, żeby wydać na niego więcej niż 40 zł. A tyle plus minus kosztuje większość kalendarzy np. w Empiku. Wiem, bo przed napisaniem tego tekstu przejrzałam z ciekawości na stronie Empiku sekcję z kalendarzami. Przyznam szczerze, że trochę zaskoczyła mnie ta standardowa cena kalendarzy. To trzy razy mniej niż Simple Calendar. Nie pomyślałam, że przepłacam, bo wiem dobrze, że Monika robi wszystko, aby zapewnić wysoką jakość produktu, co po prostu kosztuje! Tylko zaczęłam się zastanawiać czy przechadzając się po Empiku skusiłabym się na coś tańszego (nie „dotykałam” tych rzeczy, zakładam, że też mogą być ładne). Pewnie, gdybym nie miała wyższego budżetu na kalendarz to coś bym wybrała. Przy okazji pozwolę sobie na jeszcze jedną dygresję. Oniemiałam, gdy zobaczyłam kilka ”celebryckich” kalendarzy. Są one pełne zdjęć tych celebrytów! Zastanawiam się, jak można sobie zafundować coś takiego – czy naprawdę są ludzie, którzy chcą codziennie oglądać cudze życie planując swoje? Jeśli masz takie zakusy, polecam Ci mój stary, ale ciągle mega aktualny tekst o tym, że porównywanie się do innych jest jak rak (TU). 

W każdym razie uzmysłowiło mi to, jaki jest masowy rynek i pomyślałam, że napiszę wprost – według mnie cena kalendarza LoveSimple jest adekwatna do jego jakości. Jednak mam świadomość, że jest to produkt premium. Jak ze wszystkim, można kupić np. krem za 15 zł, można i za 1500 zł. To kwestia wyboru i każdy kieruje się swoimi priorytetami. Osobiście lubię dopłacać za jakość i nie przeszkadza mi kupowanie trochę droższych produktów od małych firm, pod warunkiem, że nie dopłacam tylko za markę, ale za jakość (pracowałam w retailu więc znam realia). Tak jest z tym kalendarzem.

Powiem szczerze, że gdybym musiała wybierać czy zainwestować w ten kalendarz, czy np. w perfumy (choć, to średnie porównanie, bo markowe perfumy są droższe ;) ) to po tych kilku miesiącach używania Simple Calendar jestem przekonana, że zainwestowałabym w ten kalendarz. Bo wiem, że z jego pomocą, krok po kroku, naprawdę zmierzam w kierunku realizacji własnych marzeń. A to jest dla mnie bezcenne. :) 

skuteczne planowanie w Simple Calendar


Zamiast podsumowania, bo przecież cały tekst był podsumowaniem moich testów kalendarza Simple Calendar (a Ty swoje wnioski wyciągniesz dla siebie sama ;) ) kilka linków: 

Są 4 opcje kolorystyczne na 2020 rok. Ja wybrałam granatowy, choć przyznam, że biłam się z myślami, bo i pudrowy róż i ciepły szary wpadły mi w oko. Przy okazji polecam Ci przejrzeć inne produkty w sklepie… Osobiście jestem zakochana w karteczkach samoprzylepnych. Oblepiam nimi kalendarz od środka i szafę, przy której stoi biurko. :))) Są idealne do zapisywania cytatów i tym podobnych „przypominaczy”. Zajrzyj TU, to być może zrozumiesz, co mnie w nich urzekło. ;) 

  • Jak już wspomniałam w tekście miałam niedawno okazję rozmawiać z Moniką w ramach podcastu W związku z życiem. Monika szczerze dzieli się inspirującymi historiami z życia. Tak dobrze nam się rozmawiało, że trwało to ponad dwie godziny… dlatego podzieliłyśmy tę rozmowę na 2 odcinki pod wspólnym tytułem Skąd czerpać odwagę do realizacji marzeń?
    cz. 1. Amercian dream POSŁUCHAJ
    cz. 2. Grecka przygoda POSŁUCHAJ

Na koniec dodam, jak zawsze przy okazji moich recenzji w ramach TESTÓW, że każdy ma swoją historię i swoje potrzeby. Być może udało mi się odpowiedzieć na kilka pytań, które sobie zadawałaś. A jeśli chciałabyś jeszcze o coś pytać, to napisz śmiało w komentarzu lub wyślij do mnie email. 


Ten wpis nie zawiera linków afiliacyjnych. Oznacza to, że nie pobieram prowizji za Twoje zakupy w sklepie LoveSimple creations. :*


 

Spodobało Ci się? Podziel się choć z jedną osobą... Zajmie Ci to tylko kilka sekund. :*