Siostry.

z Brak komentarzy

Kilka dni temu zabrałam się za wiosenne porządki.

Przejrzałam kilka swoich „pawlaczy” (tak metaforycznie, bo choć nie mam już w mieszkaniu tej dziwnej szafki wybudowanej nie wiadomo dokładnie z czego, na prędze przez mojego tatę, wiszącej nad wejściem do dużego pokoju, to ciągle mam skłonności do chomikowania różnych mniej lub bardziej przydatnych rupieci w różnych pojemnikach).

Pośród sterty chomikowanych śmieci, które w końcu zdecydowałam się wyrzucić, natknęłam się na cenną pamiątkę. Była to książka, którą mama czytała mi często w dzieciństwie. „Baśnie Andersena”. Na rozpadającej się okładce smutny obrazek. Wielkie łóżko, w którym leży chora kobieta. Obok łóżka stoi chłopiec. Na kolanach kobiety leży książka, a z niej wyrasta wielka róża. To obrazek z baśni„Najpiękniejsza róża świata”. Już nie pamiętam dokładnie jej treści. Największe wrażenie wywarła na mnie „Choinka”. Baśń o przemijaniu, a właściwie o czekaniu przez całe życie na ten wielki moment, który trwa krótką chwilę i w zasadzie niewiele różni się od całej reszty.

Zajrzałam do książki. Znalazłam w niej cztery kartki.

Jedna z życzeniami urodzinowymi od mojej najlepszej przyjaciółki z dzieciństwa. Życzenia sprzed ośmiu lat, a ciągle aktualne. Uderzyło mnie, jak niewiele zmieniłam się w swoich pragnieniach. I jak bardzo dobrze M. mnie znała i rozumiała. Druga kartka z tulipanem. Od przyjaciółki ze studiów. Brak daty, jednak po treści wnioskuję, że moje urodziny zbiegły się wtedy z Wielkanocą, zupełnie jak dziś. Fragment: „pamiętaj, że nie jesteś sama. Pamiętaj o tym, proszę, zawsze!” Tak bardzo aktualny. Bo choć nie widziałam H. od kilku dobrych lat, to bardzo dobrze pamiętam nasze wielogodzinne nocne rozmowy. Kolejna kartka też od H. Tym razem z dalekiej podróży. Pisze o świętych miejscach Buriatów… Jakie to dawne, a jak ciągle żywe. Bo choć o Buriatach już od dawna nie czytam, to jednak święte miejsca zawsze robią na mnie to samo niesamowite wrażenie. I ta ostatnia kartka. Od A., która zaraz po studiach dobrowolnie zniknęła za bramami klasztoru. Krótkie życzenia bożonarodzeniowe uruchomiły w mojej pamięci nasze długie rozmowy o sensie życia, facetach i serze Gouda.

Siedząc w pustym pokoju, z kilkoma kartkami na stole, poczułam jakbym znów przez chwilę siedziała z moimi Przyjaciółkami / Siostrami.

Ogarnęło mnie to cudowne uczucie, które pojawia się zawsze, gdy jestem z moimi Siostrami.

Piłam powoli kawę. Łyk za łykiem. Myśląc o nich przez dłuższą chwilę.

O tych, z którymi dzieli się troski oraz zaciekawienie tematami natury powszedniej i bardziej wzniosłej.

O tych, które mają / czują / myślą tak samo.

O tych, z którymi można godzinami rozmawiać o wszystkim przy kawie / herbacie / winie / smoothie / sałatce / zapiekance.

O tych, którym czasem ma się za złe, że nie ma ich akurat wtedy, gdy się ich tak bardzo potrzebuje.

I o tych, którym wybacza się to, że ich nie było, gdy tylko zaakceptuje się fakt, że życie toczy się jak kula z westernu poruszana przez nagłe porywy wiatru. Nie każda Siostra za każdym podmuchem się do niej przyklei. Lecz z doświadczenia wiem, że po drodze kula i porywa nową Siostrę. Może taka natura życia, że zawsze spotyka się nową Siostrę? Zwłaszcza gdy innej w nim tak bardzo brak (bo nie może przyjechać, bo za drogo, bo ma dzieci, bo nie ma urlopu, bo już nie myśli tak samo, czyli zwyczajnie jest potrzebna komuś innemu, gdzieś indziej).

Siostrą jest się na zawsze, nawet jeśli jest się nią tylko przez chwilę. 

 

przyjaciółki

 

Siostry.

Przyjaciółki.

To one są ogniem, wodą, powietrzem życia kobiety.

Moim na pewno.

Patrzę na te kartki sprzed lat. Czytam życzenia świąteczne / urodzinowe / z podróży. Ogarnia mnie błogi spokój. Już wiem, że gdziekolwiek pojadę Siostry będą ze mną.

I dziękuję każdej z Sióstr (w tym mojej siostrze K., która na moje wielkie szczęście jest też moją Siostrą) za każdy wspólny moment. I życzę ich sobie jak najwięcej.