Śpieszmy się spełniać marzenia.

z Brak komentarzy

Wyszłam dziś z domu z Bułą, mimo że było ciemno, ponuro i trochę deszcz kropił. Pomyślałam, że zawsze to lepsze, niż kiszenie się cały dzień w domu. Cel – zakupy na obiad w Tesco, a zaraz potem pewnie biblioteka. Jeszcze po drodze wstąpiłam do piekarni. Miałam już tam nie wchodzić, ale tak było ponuro, a małe scone mogło przecież rozpromienić taki dzień choć na chwilę. Przez sekundę poczułam lekkie rozdrażnienie, bo przecież miałam już na 100% nie jeść słodyczy. Przecież to miało być już teraz, moja wielka transformacja w super zgrabną laskę. No ale pomyślałam ostatecznie, że jedno ciastko wszystkiego nie zniszczy. Przecież nie mogę być dla siebie taka sroga. Na obiad postanowiłam zjeść zupę z jarmużem i soczewicą dla równowagi.

Pogawędka uliczna.

W każdym razie, w półśnie przemierzałam uliczki. Najpierw prosto, potem w prawo i już prosto do Tesco. Po wyjściu napotkałam wolontariuszy, którzy coś tam chcieli. Zazwyczaj w takich momentach przyśpieszam kroku, odwracam głowę, jeśli się da. Ewentualnie skupiam wzrok na telefonie lub zegarku lub na czymkolwiek. Byle tylko dali mi święty spokój. Ale jestem specbabką, chcę przecież osiągać swoje cele i być otwarta na ludzi, więc tym razem się przełamałam. Poza tym mam od jakiegoś czasu parcie na jakiekolwiek rozmowy po angielsku, a taka uliczna wolontariuszka to idealny native speaker i to zupełnie za darmo (ewentualnie za cenę danych osobowych). No i do tego ryzyko, że jej nie zrozumiem jest niewielkie. To znaczy, nie zrozumieć mogę, ale nikt poza mną się nie zorientuje. Zawsze przecież mogę nagle powiedzieć, że się spieszę. Mogę też liczyć na Bułę wiercipiętę, która w odpowiednim momencie zacznie marudzić co da mi bezsprzeczny powód do nagłej ucieczki. Także zapytałam tym razem uprzejmie i z uśmiechem: „Co to za akcja?”. Młoda dziewczyna zaczęła nawijać jak dynamit. Trochę byłam rozczarowana, bo liczyłam na pogawędkę z rodowitą Irlandką, a tu trafiła się latynoska. Nawijała jak nakręcona o niesprawiedliwości świata i wyzysku wielkich korporacji. W skrócie, rozwijają się kosztem wielu krajów, a podatki płacą zazwyczaj tylko w jednym. Miała rację, tak też jej powiedziałam w duchu dopowiadając sobie, że tak naprawdę Irlandia na takim układzie sporo zyskuje jako kraj. Ale nie chciałam się już wdawać w dłuższą dyskusję, bo miałyśmy z Bułą szale nałożone, kurtki pozapinane. Jednym słowem nie chciałam się zanadto spocić. Logistycznie źle to rozplanowałam. Następnym razem ubierzemy się przy samym wyjściu, na wypadek, gdyby możliwość darmowej lekcji znów się powtórzyła. Co prawda nie zrozumiałam kluczowego zdania, gdzie podpisana przeze mnie petycja dalej trafi? Trochę szkoda, bo to dość interesujące, czy są jakieś nadrzędne instytucje, które mają jakąś siłę nad krwiożerczymi korporacjami? W każdym razie zostawiłam swoje dane osobowe. Miałam nadzieję, że wielki kapitał tego nie odkryje i nie wykluczy mnie kiedyś z gry, gdy na przykład zdecyduję się wrócić pokornie na ścieżkę korporacjusza.

Zamknięta kawiarnia w Dublinie

U Heńka zamknięte?

Wyszłyśmy w końcu z Tesco. Zaczęło bardziej padać. Szkoda, bo miałam się skusić na coś więcej niż wypad do biblioteki. Może na małą rundkę aż do parku wybrzeżem. W każdym razie to mogło  zaczekać do jutra. Jak wszystko przecież zaczekać może… Gów** prawda! Jak się okazało za skrzyżowaniem. Nagle, ni stąd ni zowąd zauważyłam wielki napis na kamienicy, którą mijam za każdym razem. TO LET (czyli do wynajęcia). Przetarłam oczy ze zdumienia. Szok i niedowierzanie. Jeszcze dzień wcześniej była tam knajpa „Henry’s” (czyli „U Heńka”). Ale jak to k*** Heńka zamknęli, przyszło mi do głowy automatycznie. Jeszcze wczoraj tędy przechodziłam, pospiesznie co prawda, bo bardzo wiało, więc może nie zauważyłam sygnałów ostrzegawczych? Co za ironia. Dokładnie dzień wcześniej planowałam, że będę tam przesiadywać, może za tydzień, może za dwa, jak teściowa przyjedzie zająć się Bułą. Że będę przychodzić z laptopem, niczym James Joyes, podglądać Irlandczyków i innych przybyłych imigrantów, jak idą w jakiejś swojej sprawie pospiesznie przed siebie. Już miałam plan, że zaprzyjaźnię się z obsługą, wybierałam miejsce… Zastanawiałam się czy usiąść bardziej przy oknie, bo to mogłoby być dość ryzykowne. jakby teściowa przechodziła, to jak jej wytłumaczę, że w kawiarni przesiaduję, zamiast pić kawę w domu, skoro taki dobry ekspres mamy? Do Heńka planowałam też pójść w którąś sobotę na śniadanie z mężem i Bułą. Mają (mieli, niestety) tam dobre śniadania.

 

Dwa lata temu na wycieczce w Dublinie.

Poznaliśmy tę knajpę podczas naszej wycieczki do Dublina dwa lata temu. Kiedy przylecieliśmy do tego miasta w Irlandii na pierwszą rozmowę mojego męża o pracę (tzn. on przyleciał na rozmowę, a ja na wycieczkę). Pamiętam jak dziś ten feralny wyjazd. Już od lotniska w Modlinie nic mi się nie podobało. Źle się czułam, wiał wiatr, spadł pierwszy śnieg, było tak zimno. Wylądowaliśmy w tym (jak wtedy myślałam) „obsranym” Dublinie. Tłum ludzi. Ohydny anglosaski hotel za horrendalne pieniądze. Okropne śniadanie. Wszędzie te plusze i wykładziny. Dwupoziomowy autobus, pełen ludzi. Niedobry, tłusty burger. Zmęczenie, choroba, deszcz. I moje łzy nieszczęścia na ławce w parku w samym centrum miasta. Pamiętam to jak przez mgłę. Ten pierwszy dzień był dla mnie okropny. Miałam nadzieję, że on nie dostanie tamtej pracy, abyśmy nigdy nie musieli mieszkać w tym okropnym mieście. Następnego dnia wynajęliśmy auto. Udało nam się dzięki temu nabrać trochę dystansu. Pojechać nad morze. Trafiliśmy na przedmieścia, dokładnie tu gdzie teraz mieszkamy. Określane w przewodniku jako „dublińska riwiera”. Po krótkim spacerze gdy nabrałam trochę spokoju dzięki kojącemu szumowi fal postanowiliśmy coś zjeść. Właśnie wtedy trafiliśmy do „Henry’s”. Mieli tam pyszne śniadanie. Wypiłam kakao. Pierwszy raz poczułam się dobrze w tym mieście. Pomyślałam wtedy, że może jednak, może kiedyś tu zamieszkamy… Jeśli tu zamieszkamy, będę przychodzić na te śniadania codziennie. Plan był prosty, miałam spacerować tymi ulicami, wpadać na kawkę albo na szybki lunch. Pomyślałam, że może będziemy mieli dziecko? Będę miała wtedy tyle wolnego, będę mogła tu przychodzić, pisać, rozmyślać, pić kakao, kawę. Takiego życia chciałam…

Kawiarnia na ulicy Dublina

Jutro nie umiera nigdy?

Dwa lata od tego zdarzenia zamieszkaliśmy minutę od „Henry’s”. Przez kolejny rok nigdy nie weszłam do środka. Czasem przechodziłam obok, spoglądałam przez szybę, snułam plany. Kończyłam z myślą, że muszę się w końcu tam wybrać. A potem jakoś tak zawsze jedliśmy w domu. Przecież się nie spieszyło. Zawsze można było pójść do „Henry’s” jutro. Właśnie dziś uświadomiłam sobie, że tego jutro już nie będzie. Symbolicznie dostałam w twarz. Otrzeźwiałam. Przeleciały mi przez moment przed oczami wszystkie moje niezrealizowane plany i marzenia. Te najdrobniejsze sprawy, do których zabieram się jak żółw. Świat się nie skończył szybko pomyślałam. Przecież mam jeszcze tyle czasu. Jest tyle innych knajp w okolicy. Nic się w gruncie rzeczy nie stało. Pozostała tylko refleksja o moich marzeniach, które są tak na wyciągnięcie ręki. O których rozmyślam, zamiast realizować. I takie ziarno niepokoju zostało zasiane. Że przecież jutro wcale nie jest pewne na 100%. Wszystko nagle może się zmienić. Wirus zmian atakuje bez pytania.

Spodobało Ci się? Podziel się choć z jedną osobą... Zajmie Ci to tylko kilka sekund. :*

Lubisz czytać listy?