W starciu z wewnętrznym krytykiem.

z 1 komentarz

Dosłownie 15 minut temu pisałam inny tekst, do którego inspiracji dostarczyła mi dwa dni temu przyjaciółka. Koncepcja była świetna. Wymyśliłam bardzo fajny temat. Wczoraj przygotowałam grafikę. Lecz nagle w samym środku tekstu straciłam impet. Poczułam się jakoś nieswojo. Ni stąd ni zowąd uświadomiłam sobie, że w mojej głowie, zamiast słów związanych z tekstem hulają jakieś toksyczne bzdury. Oderwałam oczy od klawiatury i uświadomiłam sobie, że mam do czynienia z wewnętrznym krytykiem (jeśli w niego nie wierzysz, to przypomnij sobie te słowa, gdy podczas realizacji jakiegoś świetnego pomysłu w twojej głowie zaczną pojawiać się wątpliwości). Przestałam pisać. Zamknęłam plik w komputerze. Uświadomiłam sobie, że jestem głodna. Poszłam do kuchni. Smażąc krewetki poczułam nagły przypływ energii. Może to była złość? Nie na samą siebie, tylko na tego gnoma. Wiedziałam, że tekst, który leży rozgrzebany już dziś nie ma szans powstać (choć wiem, że przyjdzie na niego czas). Dlatego postanowiłam napisać nowy. Spontanicznie.

O starciu z wewnętrznym krytykiem. 

Wszyscy doświadczamy takich momentów. Nawet najlepsi i najwięksi artyści (myślę, że nawet ci, którzy się do tego nie przyznają). W tym temacie polecam ci książkę Stevena Pressfielda „Do roboty”, która w całości poświęcona jest walce z wewnętrznym oporem. Dla mnie wewnętrzny krytyk jest tożsamy z oporem czy nawet strachem. Tak na „chłopski rozum”, bo nie jestem specjalistą. Dla własnego zrozumienia personifikację wewnętrzne watpliwości, które pojawiają się gdy chcę coś stworzyć, zrobić, zadziałać, a czasem nawet powiedzieć. To może dotyczyć wielkich i błahych spraw. Czasami myślę, że im bardziej rozważna (myśląca / refleksyjna) czyli tak naprawdę mądra osoba, tym więcej może w sobie nosić obaw – czyli krytyków.

Szykując sałatkę zaczęłam się zastanawiać ile świetnych projektów zostało zabitych w zarodku przez wewnętrznych krytyków? Możesz powiedzieć, że jeśli ktoś nie ma odwagi, aby zacząć, to jak miałby odwagę skutecznie wykonać swój pomysł? Może taka jest rola wewnętrznego krytyka? Chce nas przetestować, czy nam zależy? Chce zrobić próbę sił, czy będziemy w stanie później obronić swój pomysł przed realnymi krytykami? Ludzie potrafią mieć tak różne punkty widzenia na jeden temat, że nie trudno jest doświadczyć krytyki. Z drugiej strony, czy nie należy jej traktować jako ceny za to, że możemy tworzyć? Dając innym przyzwolenie do wyrażania swojego zdania, dajemy też przestrzeń na przedstawianie swoich pomysłów i idei.

 

W starciu z wewnętrznym krytykiem.

 

Mój krytyk pojawił się dziś nie przypadek.

Od tygodnia mam niesamowity luksus – Buła spędza całe dnie (9-16) w przedszkolu. To wyjątkowy dla mnie stan, który potrwa jeszcze tylko przez następny tydzień. I może po prostu chcę pisać w jakimś szaleńczym sprincie, aby nadrobić zaległe 3 lata (albo i całe życie)? Aby uwolnić te wszystkie tematy, które siedzą w mojej głowie? Już teraz. Raz, dwa, trzy. W końcu czekały tak długo…

Wewnętrzny krytyk wie jakich argumentów użyć. 

Wie co „powiedzieć”, żeby skutecznie mnie zatrzymać. W moim przypadku świetnie działa powiedzenie, że to, co napisałam jest jeszcze niewystarczająco dobre. Stać mnie na więcej. Temat może być ujęty w lepszy sposób. I tym sposobem nakłania mnie do przekreślenia wszystkich zdań, które już powstały. Zaraz potem zaczyna się ze mnie śmiać mówiąc, że zmarnowałam tyle czasu, a efektów nie widać. Sprytna bestia – zapędza mnie w ten sposób w kozi róg. Przypomina mi się w tym kontekście strategia Setha Godina, o której mówił podczas rozmowy z Marie Forleo (obejrzyj wywiad tutaj), aby „naciskać przycisk” zaraz po zakończeniu zadania. Posyłać w świat swoje treści od razu, aby nie dopuścić do głosu wewnętrznego krytyka. Może to i dobry pomysł?

Co zrobić, gdy krytyk pojawia się w trakcie pracy?

Gdy odłożyłam wspomniany na początku tekst na bok, przypomniało mi się pewne ćwiczenie coachingowe. Zazwyczaj byłam zbyt leniwa, aby je wykonywać, choć muszę przyznać, że raz wytrwałam i bardzo mi pomogło. Chodzi o nazywanie swoich lęków. Następnie należy opisać najczarniejsze scenariusze tych strasznych wydarzeń. Jednym słowem dajemy dojść krytykowi do głosu, aby w pewnym momencie zapędzić go w kozi róg. Uświadamiamy sobie, że krytyk się myli, bo z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, a nas stać na więcej, niż temu małemu gremlinowi się wydaje. Postanowiłam więc wykonać to zadanie. Sięgnęłam po długopis. Lecz zamiast dogłębnej analizy moich lęków powstał wiersz. Bardziej pewna zabawa słowna, może nawet rymowanka. Zapewne pojawił się w mojej głowie w wyniku niedawnego czytania wiersza Jenny Joseph „The warning”. I pewnie dlatego jest po angielsku. Pomyślałam, że zakończę ten spontaniczny tekst właśnie tym wierszem. Na przekór krytykowi, który teraz bije na alarm coraz głośniej. Przecież nie mam w zwyczaju dzielić się z innymi moimi wierszami… Są zbyt niedoskonałe, niedopracowanie… (ostatnie dwa zdania to cytat z krytyka) Jednak dziś pójdę za radą Setha Godina. Nacisnę przycisk i przejdę do kolejnego tekstu. Wierzę, że tylko w praktyce możemy nabywać coraz lepszych umiejętności.

It came again 

to destroy my day… 

I was sitting

and writing.

But suddenly

started listening

to this little gnome

in my head.

Or wherever it sits…

Maybe in my ears?

That I hear

only fear…

Or maybe in my eyes?

That see

my mistakes…

 

And I blame myself

that I am not

that great

as I wish.

 

Even now

he came

again

and said:

„Don’t write!

It’s not worth

your time.

Do the money

instead of

piece of art.”

Usually I say –

go away!

But he (or she

you never know a gender of the gnome)

says:

„Stay with me.”

 

But I tell

from the heart

to my head

that I AM

ENOUGH.

 

If I do

that’s the proof

that I’m allowed

and I can

CREATE.

 

For myself.

With love.

Even if I want

just to express myself.

It’s worth

because it is

what live if for.


Jestem ciekawa, czy masz swoje sposoby na walkę z wewnętrznym krytykiem? Napisz w komentarzu!


CHCESZ DOWIEDZIEĆ SIĘ O NOWYM TEKŚCIE JAKO PIERWSZA?

ZAPISZ SIĘ NA LISTĘ >>>


Spodobał ci się ten wpis? Podziel się z innymi!

  • Och wewnętrzny krytyk to jest jakiś okropny stworek. U mnie też sobie siedzi i często mi mówi: to nie doskonałe, musisz się poprawić (głównie w kwestiach blogowych hehe) i im więcej go dopuszczam do głosu, tym niestety częściej odpuszczam. Czasem jest to dobre ale dużo częściej nie. Widzę jedno, że jak jestem nastawiona na zadanie i na jego wykonanie w określonym terminie, to nie zwracam uwagi na krytyka. A najlepsze, że obawy, które zwykle przychodzą do głowy, chyba nikomu innemu nie przychodzą jak już jest jakiś rezultat mojej pracy. Dr. Lifestyle podczas kursu o odchudzaniu mówiła, żeby sobie nazwać takiego krytyka, najlepiej imieniem niemiłym dla nas, odstraszającym. W końcu kurs też miał jakiś cel.
    Pozdrawiam serdecznie z Dusseldorfu