Szczęście plus size?

z 4 komentarze

Zanim napiszę cokolwiek na temat „plus size” zamieszczę kilka słów wstępu.

To nie jest tekst z tezą. Tylko ze znakiem zapytania.
Jednym słowem nie zamierzam walczyć o wolność opon na brzuchu ani nawracać nałogowych jadaczy pączków.

Nie zamierzam też nikogo obrażać tym tekstem. Jednak nie będę omijać słów, które mogą w czyimś odczuciu brzmieć obraźliwie (grubas, tłuścioch etc.). Dlatego pamiętaj, że czytasz na własną odpowiedzialność 😉 .

AKCEPTACJA PLUS SIZE.

To będzie tekst o granicach akceptacji w dobie photoshopa i wszechobecnej nagości (albo jak kto woli pół nagości). W kulturze, która promuje postawę a’la Ewa Chodakowska i w której ludzie kochają Adele. Każdy może wybrać opcję, która najbardziej mu pasuje (albo jesteś z „chodakowcami” albo z „adelowcami” albo jeszcze z innymi 😉 ).

Jednym słowem pełna wolność.

Jednak każda z frakcji rości sobie prawo do bycia „tą słuszną”. Toczą się walki na polach mediów tradycyjnych i społecznościowych. Jedni strzelają do drugich armatami nabitymi słowami pogardy (używając przy okazji obrazów dla wzmocnienia ataku). Jeśli trafią w osobnika z frakcji przeciwnej na miejscu ginie poczucie wartości ofiary, która z czasem zapada się do środka pod naporem własnych myśli i zaczyna wierzyć, że niby jest gorsza.

Brzmi jak absurd. Dlaczego jedni nie mogą dać spokoju drugim?
Niektórzy dają, wiem, trochę dramatyzuję i upraszczam na potrzeby tekstu.
Niesamowite jest to, że część z nas tkwi w tej absurdalnej rzeczywistości „na własne życzenie” atakując się sama. Nierzadko bywa, że umysłem jesteśmy z „chodakowcach”, a ciałem z „adelowcach”. Zwłaszcza, jeśli bezwiednie porównujemy się do większości (a większość ma zawsze rację, ale to temat na osoby tekst).

Jeśli czytałaś tekst z poprzedniego tygodnia, to wiesz co sądzę na temat porównywania się do innych.

Na wszelki wypadek napiszę to jeszcze raz.

Porównywanie się do innych Jest jak rak . Szkodzi samoocenie i niszczy od środka. Z czasem potrafi zabić.

Porównywanie się do innych zabija

Konkluzja powinna być jasna.

NIE MA SENSU PORÓWNYWAĆ SIĘ DO INNYCH OSÓB. Akceptacja to podstawa.

Proste. Prawda?
A jak trudne do wykonania w praktyce…

Świadomość powinna nas chronić. Jednak nie daje 100% zabezpieczenia.
Jak żyć, aby nie zwariować?

AKCEPTACJA KONTRA KOMPLEKSY.

Jeśli jesteś szczęściarą, która waży mało, a może jeść dużo (co nie znaczy, że je, bo zauważyłam dość prostą korelację pomiędzy wagą, a ilością zjadanego jedzenia 😉 ) . [Przy okazji pozdrawiam moją kochaną Siostrę 🙂 ] to może pomyślałaś, że ten tekst Ciebie nie dotyczy. I tak i nie. Dywagując na temat akceptacji swojej wagi piszę tak naprawdę o procesie uwalniania się od kompleksów. Dla mnie jest to rozmiar, a dla Ciebie może być coś innego. Może mały biust? A może jakiś inny, niczego winny fragment Twojego ciała, który akurat odstaje od „normy” kulturowej. Przecież to nie tak, że stajesz przed lustrem i masz ochotę wytknąć sobie to i owo. Będąc epatowana nadmiernie „kanonami piękna” nagle czujesz, że chyba z Tobą jest coś nie tak (i znów mamy do czynienia z porównywaniem się, Siostro).

ROZMIAR PLUS SIZE.

Czas na kilka zdań na temat nadmiernej wagi i rozmiaru plus size. Najprawdopodobniej nigdy nie widziałaś nic poza moją głową (a jak nawet tego nie widziałaś to powinna Ci się pojawić gdzieś po prawej stronie 😉 ). Jeśli czytałaś inne moje teksty to zauważyłaś, że od czasu do czasu żartuję ze swojej wagi i ciągłego odchudzania. Żartować lubię od dziecka.

Choć gruba jestem dopiero od kilku lat. Nie będę teraz podawać swoich dokładnych wymiarów. Nie jestem jakoś bardzo otyła (w mojej skali przynajmniej). Nie przekraczam 100 kg (nawet sporo mi brakuje). Jednak nie należę też do osób, które mają rozmiar 38 i kilka dodatkowych fałd na brzuchu dramatyzując przy tym, że muszą się odchudzać (a znam takie osoby, które wiecznie czują się grube).

Miałam kiedyś rozmiar 38.

Zanim poznałam Dicka.
Potem nastąpił czas słodkiej rozpusty, dużego stresu związanego z przeprowadzką do innego miasta. I samochodu. Dick rozpieszczał mnie ciągłymi kolacyjkami. Ja też się rozpieszczałam. Akceptował mnie (przynajmniej tak twierdzi) gdy zmieniałam rozmiar ubrań co kilka miesięcy.

Lecz ja nie zaakceptowałam mojej nowej wagi.
Pojawiła się złość. Frustracja. Dieta. Bezsilność. Rezygnacja z diety (nie mylić z akceptacją).
I ciągłe postanowienie – od jutra schudnę.
W zeszłym roku byłam niezwykle zdeterminowana. Chodziłam na siłownię. Zatrudniłam dietetyczkę. W dwa miesiące schudłam o rozmiar. Zmieniłam kraj, a przy okazji rozmiar. Znów na większy.
Co gorsza, wyprowadzając się z Irlandii dość lekkomyślnie postąpiłam z większością dużych ubrań. Dlatego dziś nie za bardzo mam w czym chodzić. Tzn. chodzę w ciasnych ubraniach, które zbierałam przez lata kupująć jak szalona na promocjach w nadziei, że przecież już za chwilę będę chuda. Nie wyglądam w nich za dobrze, bo uwydatniają każdą niedoskonałość mojego ciała. Z drugiej strony szkoda jest mi kupować ubrania w odpowiednim rozmiarze, bo przecież znowu się odchudzam (więc za kilka miesięcy będę piękna i szczupła, przecież tak to działa 😉 ).
Mam świadomość, że brzmi to wszystko jak historia wariatki. Myślę, że standardowy facet nie złapałby tej logiki. Wierzę jednak, że mnie zrozumiesz. Zresztą mam takie przeczucie, że nie tylko ja tak mam…

DLACZEGO CHCĘ SCHUDNĄĆ?

Wyznaczając na początku roku postanowienia na 2017 r. pochyliłam się głębiej nad tym moim wiecznie niespełnionym – SCHUDNĄĆ.
Przyjrzałam się mu z bliska. Zaczęłam szukać motywacji.
Co znalazłam?
Zdrowie. Wiadomo, nikt nie chce mieć zadyszki, gdy idzie do sklepu. Ale przecież cel w tym wypadku powinien brzmieć – lepsza kondycja, a nie schudnąć.
Wyliczałam kolejne powody.
Dick (czyli mój mąż). Ale przecież on akceptuje mnie taką, jaka jestem (przy założeniu, że jestem zadowolona i spokojna, a to w moim przypadku stan niemożliwy do osiągnięcia podczas odchudzania). Czyli nie o Dicka chodzi.
Ja. Tu pojawił się znak zapytania. Bo przecież akceptacja i miłość własna powinna być stanem bazowym, a nie warunkowanym przez rozmiar.

Ale jednak chciałam schudnąć.
O co więc chodziło?

O ubrania. Tak naprawdę chciałam mieć większy wybór. I wyglądać w tym, co mi się podoba, tak dobrze jak te panie na zdjęciach (tak, wiem znów się porównuję…).
Dość płytka motywacja. Ale taka jest jej geneza.
Prawda jest taka, że choćbym kupiła ubranie, które mi się podobało w moim aktualnym rozmiarze (to już i tak optymistyczne założenie, bo część marek kończy rozmiarówkę na 42) to i tak po przymierzeniu danej rzeczy po prostu się sobie w niej nie podobałam.
Po prostu ten pie*rzony plus size zawsze wyglądał wg mnie żle.
Dlatego tak oczywiste było dla mnie, że abym mogła się sobie w czymś podobać muszę schudnąć.
Do czasu, gdy…

ZOBACZYŁAM MODELKĘ PLUS SIZE.

Zawsze byłam sceptycznie nastawiona do tych wszystkich dziwactw w stylu modelki plus size (tak zawsze o tym myślałam). Modelka, to modelka (takie było moje stanowisko). Kanon piękna to kanon. Reszta to pocieszanie się. Jesteś gruba – przepadłaś. Nie ma na Ciebie ładnych ubrań. Zostają Ci tylko bezkształtne worki po spadochronach (tą metaforą nawiązuję do wybitnego felietonu Kasi Nosowskiej z listopadowego numeru „Zwierciadła” (2016 r.) – jeśli masz możliwość znajdź ten tekst i przeczytaj, bo ja popłakałam się przy nim ze śmiechu 🙂 .
Tak myślałam jeszcze do wczoraj.
Wszystko zmieniło się, gdy zobaczyłam JĄ…

Ashley Graham.

Modela plus size
Zdjęcie Ashley Graham z jej Instagrama

 

Bardzo ładną dziewczynę.
O kształtach przypominających moje własne (tak mniej więcej ;).
Uśmiechniętą. Seksowną. Prawdziwą. Pewną siebie. Autentyczną.

Modelkę plus size.

Swoją drogą trafiłam na nią na You Tube oglądając z wielkim zapałem filmy z Anną Wintour w roli głównej (robię to od kiedy odkryłam, że naczelna amerykańskiego Vogue’a jest niezwykle inteligentną kobietą sukcesu obdarzoną dodatkowo poczuciem humoru ;). Algorytm YT sam zaproponował mi video z Ashley, która też gościła na okładce Vogue’a (choć może YT wie, z czym się zmagam? 😉 ).

Po obejrzeniu filmiku (do którego link znajdziesz na końcu tekstu) pierwszy raz uświadomiłam sobie, że nie muszę ze szczęściem czekać na moment kiedy schudnę. W takim rozmiarze, który mam dziś też mogę dobrze się czuć i wyglądać. (WOW 😉 )
Naprawdę jej pewność siebie i autentyczna radość po prostu wyskoczyła nagle z YouTube i wskoczyła prosto do mojej głowy. Wypychając tę wiecznie niezadowoloną z siebie część! Może znów zadziałało porównanie się? Bo przecież zobaczyłam w tej uśmiechniętej dziewczynie siebie. I uzmysłowiłam sobie, że jej największe piękno tkwi w jej pewności siebie. Reszta to makijaż, ubranie, uczesanie… A to tylko kwestia techniczna (która nie wymaga codziennego pocenia się na siłowni i głodu 😉 ).

AKCEPTACJA = SZCZĘŚCIE ?

W związku z tym wydarzeniem pojawiły się w mojej głowie jeszcze dwie myśli.

#1 CZY JUŻ NIE MUSZĘ SIĘ ODCHUDZAĆ ?
Podchwytliwe 😉 . Skoro mogę się sobie podobać taka jaka jestem (powiem więcej skoro podobam się sobie taka jaka jestem), to po co się odchudzać? Pod wpływem tej myśli usmażyłam stertę naleśników 🙂 . Gdy zjadłam połowę i dostałam zgagi oraz zrobiłam się senna z ociężałości uświadomiłam sobie, że nie tędy droga… Jednym słowem nie chcę schudnąć, ale dbać o moje ciało i życiową energię.

Od tej myśli płynnie przeszłam do bardziej filozoficznych rozważań.

#2 AKCEPTACJA CZYLI CO ?
O co chodzi z tą akceptacją? Kiedy jej używać? Jak daleko wyznaczać granice? A może potraktować ją jak wartość nadrzędną i nie stawiać żadnych granic?

Rzucam pytania w eter.


LINK DO VIDEO

Jeśli jesteś ciekawa video, które zainspirowało mnie do napisania tego tekstu KLIKNIJ TUTAJ (film w języku angielskim).


Jeśli masz swoje przemyślenia na ten temat podziel się w komentarzu albo napisz do mnie 🙂 . 


KIEDY KOLEJNY WPIS?

Jeśli chcesz się dowiedzieć o kolejnym wpisie na blogu, zapisz się na newsletter.

Dam Ci znać, kiedy pojawi się kolejny post :).

ZAPISZ SIĘ

Lubisz czytać listy?