Tęsknota na emigracji?

z Brak komentarzy

Czy jest coś takiego, jak miejsce na ziemi przypisane do człowieka? Czy da się zapomnieć o tęsknotach, które pojawiają się niespodziewanie?

Właśnie dziś, zupełnie znienacka zaatakowała mnie taka tęsknota. Kur**! Myślałam, że mnie to już nie dotyczy. Że jestem na tyle samo-rozwinięta i skołczowana, że panuję nad niepotrzebnymi sentymentami. Zawsze przecież ignorowałam bociany i pola rzepaku. I barwy biało czerwone. A tu nagle taka myśl ckliwa. O ziemi odległej. O ludziach, którzy tam zostali.

Choć cieszę się z tego, że mieszkam na tej małej wyspie na skraju Europy i oceanu. Kocham zapach morza i cudowny widok z okna. Ale dziś coś mnie napadło. Tak naprawdę wszystko zaczęło się niepozornie. Szukałam w internecie najtańszego dzbanka z filtrem. Takiego do wody. Bo ktoś mnie przedwczoraj nastraszył, że woda z butelek plastikowych to zło. Więc chciałam mieć taki dzbanek natychmiast. Był akurat piątek wieczór. Mąż włączył muzykę. Dziecko tańczyło w rytm muzyki. Buła wyglądała w tym nieporadnym tańcu jak mały robocik. Było tak miło, obiektywnie rzecz biorąc. Gdyby ktoś zajrzał przez dziurkę od klucza nie miałby wątpliwości, że jesteśmy szczęśliwi. Choć, powiedzmy sobie szczerze, czy ktoś z zewnątrz jest w stanie jakkolwiek ocenić czy ktoś inny jest szczęśliwy naprawdę? Ile razy sama spotkałam pozornie szczęśliwych ludzi. Dobrze ubranych, uśmiechniętych, żartujących… Skrywających głęboko schowane smutki i tajemnice własnego nieszczęścia. Ale, obiektywnie rzecz biorąc, było miło tego piątkowego wieczoru.

Nagle, gdzieś w okolicy wesołej piosenki z lat ’70, gdy z głośników wybrzmiewało radosne „September”, a ja szukałam tego cholernego dzbanka. Nagle przypomniały mi się „stare dobre czasy”. Mieszkanie na kredyt w Polsce, które zostawiliśmy. Które tak bardzo lubiłam. W którym mieliśmy taki dzbanek. Co uruchomiło kaskadę wspomnień i myśli. W taki piątkowy wieczór mogłabym przecież być tam gdzie lubiłam być najbardziej. Z tymi, z którymi lubiłam być najbardziej. Ale byłam daleko.

Mogę kupić nowy dzbanek. Ale czy mogę poznać nowych przyjaciół? Takich do tańca i do różańca? Nagle poddaję pod wątpliwość to co miało być niezaprzeczalnym faktem. Nagle zastanawiam się czy warto było tak gnać przed siebie? Gubiąc serce po drodze? Nagle nie wiem. Zaczynam rozumieć tych, którzy wrócili. I tych, którzy nigdy nie zdecydowali się wyjechać. A jeszcze wczoraj ich nie rozumiałam.

I jeszcze jedno. Od dwóch tygodni jestem na diecie nisko węglowodanowej. Drażni mnie wszystko. Taki kontekst. Żeby było jasne, że może jednak trochę przesadzam.

Mówię mężowi o tym dzbanku ze smutną miną. A on odpowiada: „Przecież ten dzbanek już jest zagrzybiały ze starości. A ten kraj się nam może zaraz pokiełbasić. I go nie będzie.” I choć wiem, że ma rację, to uczucie tęsknoty mierzi mnie gdzieś w okolicy mostka.

Jeszcze te słowa Claude’a Hopkinsa, które przeczytałam ostatnio w jego autobiografii, nie dają mi spokoju: „(…) w Grand Rapids miałem (…) dom. Wszyscy moi przyjaciele byli wokół mnie. (…) Wiedziałem, że wypływając na szerokie wody będę musiał poświęcić rzeczy, które kochałem najbardziej. Myślę, że według  ogólnych standardów miałem rację, kultywując swoje pragnienia. Lecz często wracałem do Grand Rapids i zazdrościłem moim kolegom z pracy. (…) kiedy się nad tym zastanowię, to ja w moim burzliwym życiu nie zaznałem żadnej radości, która im także nie była dana. (…) Kiedy ja i moi starzy przyjaciele zbieramy się tutaj, ciężko jest określić, kto wybrał mądrzejszą drogę.”

 

Tęsknota na emigracji za Polską