Tu i teraz czyli mindfulmess.

z Brak komentarzy

Było piękne popołudnie. Choć jesienne i chłodne. Skąpane w słońcu dającym nadzieję, że mimo przeciwności losu nie wszystko jeszcze stracone.

Przechadzałam się urokliwymi uliczkami po rozległym parku obok którego właśnie zamieszkaliśmy. Buła rozkosznie spała w wózku. Nieczęsto jej się to zdarza, dlatego powinnam była wychwalać tę chwilę w niebogłosy (w duchu oczywiście, bo gdybym nagle zaczęła wyć do nieba na całe gardło to obudziłabym Bułę i szlak by trafił cały urok chwili).

Byłam doskonale ubrana. Doskonale jak na osobę, która mimo szczerych chęci i umysłu przepełnionego wskazówkami z kolorowych pism oraz blogów modowych ceni sobie jednak wygodę nad high fashion (i high heels). Miałam na sobie błyszczące buty na koturnie, które kupiłam na wyprzedaży. Do tego ubrałam idealnie pasującą lekką kurtkę puchową, w której było mi rozkosznie ciepło. Cały look wykończony był ciepłym szalem nonszalancko zwisającym na szyi. W zasadzie powinnam była strzelić sobie fotkę na instagramy, aby obwieścić całemu światu jak bardzo pasowałam kolorystycznie do odcienia jesiennych.

Kroczyłam niespiesznie przed siebie.

Jak w tych marzeniach, które maniakalnie wizualizowałam przez lata młodzieńcze…

Powinno być mi dobrze. Przecież obrazek dla widza przechodzącego obok był taki akuratni.

Tu i teraz park

Matka z dzieckiem w parku.

Promienie słońca… Prawdziwa radość.

Wszystko zgodne z ogólnie przyjętymi schematami.

Ale gdzieś w środku, coś nie chciało zgodzić się z tym całym anturażem. Dziwne uczucie niepokoju zakleszczone między sercem, a głową psuło sielankowy obraz niczym robak zagnieżdżony w rumianym jabłku.

Kroczyłam spokojnie.

Choć jeszcze przed chwilą szłam z prędkością małej ołowianej kuli wystrzelonej ze spustu. Biegnąc na oślep przed siebie, napędzana jeszcze energią karczemnej awantury, którą wywołałam Dickowi na podstawie argumentów bezpodstawnych. Teraz, w tym spokoju nadanym przez zewnętrzne okoliczności najbardziej na świecie miałam ochotę wy**ygać jak najprędzej kotłujące się emocje, w pierwsze lepsze krzaki skąpane w jesiennym słońcu.

Ale to nic by nie zmieniło. Wiedziałam doskonale, że czasu cofnąć się nie da. Wiem to lecz i tak często popełniam podobne błędy. Poddaję się emocjom, niczym surfer wielkiej fali, która topi go i bawi się jego ciałem, nad którym szaleniec dawno już stracił kontrolę.

Idąc tak przed siebie w celuwychodzenia choć pozornego spokoju dostrzegłam nagle ojca z dzieckiem w wieku szkolnym. Krzątali się pod wielkim drzewem szukając w skupieniu kasztanów. Raz po raz schylali się i w geście triumfu wrzucali małe brązowe zdobycze do koszyka.

Pamiętam z dzieciństwa dni, gdy z mamą zbierałam kasztany.

Doszło do mnie, że choć czasy się zmieniają, a technologia zapędza ludzkość w kozi róg w tym temacie nic się nie zmieniło. Rodzice przekazują swoim dzieciom zwyczaj zbierania kasztanów, które nadal stanowią dla małoletnich „naturalne złoto”. Coś cennego. Coś pożądanego. Coś limitowanego. Coś za czym trzeba zabiegać i czego trzeba szukać. Coś po co trzeba przyjść wcześniej, aby inni nie zwinęli im tego sprzed nosa.

Mindfulness park

Od dziecka uczą nas, że w życiu trzeba czegoś szukać.

Za czymś cennym gonić. Ja zaczęłam od kasztanów. W poznańskim parku Sołacza przeżywając pierwsze porywy chciwości. Wypychając sobie kieszenie i zapełniając foliowe siatki kasztanami. Tylko po to, aby bawić się nimi później i budować niesforne ludziki, które niespecjalnie mi się nawet podobały. I patrzeć na nie  jak schły i stawały się coraz mniej użyteczne. Nie podziwiając ich, ale też trwając w niemożności wyrzucenia, bo przecież tak trudne były swego czasu do zdobycia…

Te myśli ulotne spisałam podczas spaceru.

Przystając co chwilę, aby wyklikać raz po raz na szybko w telefonie przychodzące do mnie niespodziewanie słowa.

Wiedziałam przecież, że gdy już spokojnie usiądę przy komputerze to wszystkie te myśli mogą mi nagle  umknąć. Znam ten stan… ręce stają się ociężałe i nieskłonne do współpracy ze wspomnieniami. A ja zamiast skupiać się na przekazie, odbiegam myślami do parku, Buły i Dicka i wszystkich powszednich przyjemności, od których nadmiaru teraz mi się ulewa.

I tak zapisałam myśli kłębiące się tu i teraz, choć wszystkie dotyczące tam i wtedy.

Głowa pełna.

I zamiast modnego minfulnessu (skupienia) pozostaje mi tkwić w ponadczasowym mindfulmessie (bałaganie).

Spodobało Ci się? Podziel się choć z jedną osobą... Zajmie Ci to tylko kilka sekund. :*

Lubisz czytać listy?