Dzieciństwo bezwiednie kształtuje dorosłe życie?

z Brak komentarzy

Wyszłyśmy z Bułą na długi spacer. Liczyłam, że zaśnie. Tak, jak zasypiała w weekend, kiedy na spacer wychodziłyśmy z  tatą (Buły, nie moim, żeby było jasne, mój tata nie żyje, a z duchami póki co na spacer nie chodzimy). W każdym razie byłam pełna nadziei. Świeciło słońce od samego rana. W takie dni, kiedy jest słonecznie, dużo łatwiej o nadzieję. Kiedyś w to nie wierzyłam. W ogóle, kiedyś miałam tendencję do negowania z góry prawd oczywistych. Może to był mój wyraz buntu? Byłam zawsze bardzo grzeczna, dobrze ułożona, nie sprawiająca kłopotów, dobrze się ucząca, uśmiechająca itp. Zawsze myślałam, że ja okresu buntu nie przechodziłam, no może poza glanami i kilkoma wypitymi tanimi winami w parku przed lekcjami (szczyt szaleństwa, jak dla mnie). Wracając do słońca… Tak pięknie świeciło tego dnia. Także uśmiechałam się w duchu do siebie. Spakowałam Bułę do wózka. Godzina była całkiem akuratnia jak na drzemkę.

Ilu fryzjerów może być na jednej ulicy?

Wędrowałyśmy przed siebie. Wstąpiłam trochę na siłę do piekarni. Zawsze przecież lepiej jest kupić trochę pieczywa tak na wszelki wypadek jakby to, które mamy się niespodziewanie skończyło. Po drodze dostrzegłam nowo otwarty salon fryzjerski. Chyba już siódmy na jednej ulicy. Niesamowite jest to, jak Ci anglosasi dbają o swoje włosy. Tyle salonów. Wyrastają jak grzyby po deszczu. Co prawda nie widać tego szczególnie na ich głowach, ale ktoś musi tam przecież chodzić. Może to mężczyźni tak dbają o swoje fryzury? I „stare baby”, którym ktoś musi układać te barany na głowach? Młode dziewczyny, które spotykam na ulicach zazwyczaj mają lekki nieład na swoich głowach…

Dzieciństwo wypełnione po brzegi kasztanami.

Poszłyśmy z Bułą trochę dalej niż zazwyczaj.  Postanowiłam, że poeksplorujemy zupełnie nowe tereny. Zazwyczaj skręcałyśmy w pierwszą uliczkę, aby zrobić kółko i wrócić do domu. Ale tego dnia  miałam konkretny cel – uśpienie Buły. W związku z tym potrzebna była długa trasa. Buła nie dawała za wygraną. Ja też. Poszłyśmy do parku. Było tak pięknie. Tak wiele drzew. Liście na chodniku nagle przypomniały mi dzieciństwo. Czasy gdy z mamą co jesień chodziłyśmy „na kasztany”. Tak, kasztany i żołędzie to był towar luksusowy. Takie trochę grzyby dla mieszczuchów. Trzeba było się spieszyć, żeby inni nie wyzbierali skarbów, które danego dnia spadły z drzew. Trzeba było mieć swoje „dobre miejsca”, pełne dorodnych dębów i kasztanowców. Prawdę mówić, przez długie lata żyłam w przeświadczeniu, że żołędzie i kasztany to trudno dostępne skarby. Dopiero niedawno moja teściowa uświadomiła mi, że to co dla mnie przez wiele lat było obiektem pożądania, dla niektórych może stanowić niesamowite utrapienie. Ona mieszka przy wspaniałej, historycznej alei dębowej. I to stanowi jej największe utrapienie. Z nienawiścią spogląda co jesień na wielkie drzewa, z których spadają całe worki (tzn. do worków, to ona musi je zagarnąć) ciężkich, mokrych liści pomieszanych z żołędziami. Jak na ironię, dęby stoją tam od wieków. Pamiętają jeszcze księcia, który wędrował między nimi na polowania. W związku z tym, nikt dębów nie zamierza usuwać. Strzeże ich konserwator zabytków i nawet spadające wielkie gałęzie, nie stanowią najmniejszego pretekstu do interwencji. Teściowa pewnie i dziś walczy w myślach ze swoimi drzewami, a ja tymczasem wspominam z sentymentem szelest liści pod butami, gdy byłam dzieckiem. I ten park do którego zawsze chodziłyśmy z mamą. Mama bardzo lubiła ten park i kasztany. Jak byłam już większa, a potem dorosła, co jesień wspominała z rozrzewnieniem: „Pamiętasz, jak chodziłyśmy zbierać kasztany?” Wspominam to teraz z trochę przesadnym rozczuleniem, głównie ze względu na mamę i okoliczności w jakich umarła. I na to, że już jej nie ma, czego nikt półtorej roku temu by się nie spodziewał. W każdym razie nagle złapałam się na tym, że bezwiednie spacerując po parku, błądziłam myślami wśród wspomnień własnego dzieciństwa. I już miałam pokusę, żeby zacząć się rozckliwiać zupełnie nad tym rajem utraconym, gdy byłam małym, niewinnym dziecięciem.

Czy dzieciństwo zawsze jest idylliczne?

Lecz nagle otrzeźwiałam. Bo w gruncie rzeczy, muszę przyznać szczerze, że nie mam wielkich sentymentów odnośnie tamtych czasów. Moje dzieciństwo było ok. Ani wybitnie dobre, ani wybitnie złe. Takie przeciętne. Było trochę miłych momentów, które zapamiętałam. Było też trochę  momentów złych. Wszystkie one do dziś tkwią w mojej głowie, niczym namalowane obrazy w muzeum. Często tam zaglądam. Zawsze przy okazji, gdy coś lub ktoś znienacka wrzuci do mojej głowy słowo klucz, które uruchamia falę wspomnień. Jedna rzecz, czasem słowo, potrafi przywrócić całą galerię, która wyświetla się nagle w podświadomości. Lecz gdy na sucho i bez rzewnych sentymentów wspominam czasy dzieciństwa, jawią mi się one głównie jako poczekalnia do dorosłości. Pamiętam ten stan wiecznego czekania, kiedy już będę na tyle dorosła, aby coś sensownego mogło się wydarzyć. Pamiętam te wszystkie zabawy, które były udawaniem dorosłych. Bawiłam się z koleżanką w rodzinę, w pracę. Udawałam, że piszę, jak jeszcze pisać nie potrafiłam, odrysowując pismo rodziców. Zapatrywałam się w telewizorze w polityków (jak już mieliśmy telewizor) marząc, że kiedyś zostanę prezydentem. Czekałam z niecierpliwością aż skończę 18 lat i będę miała prawo wyborcze. Tak. Dzieciństwo upłynęło mi na oczekiwaniu na lepsze czasy. Cóż za ironia. Dochodzę naprędce do wniosku, że prawdopodobnie utraciłam najlepsze momenty z życia… Czas, w którym należało wyłącznie być i czuć to co się zdarza. Osiąść umysłem w teraźniejszości.

Dzieciństwo w parku w Dublinie

Dzieciństwo przekazywane z pokolenia na pokolenie?

Spojrzałam  nagle na Bułę wyrywając się z tych myśli. I pomyślałam o tym, czy przez swoje doświadczenia, nie odbiorę jej dzieciństwa. Nie zlekceważę tego, że jest dzieckiem. Że powinna zbierać swoje obrazy idylliczne. Proste. Bez oczekiwań. Jedynie snuć marzenia o byciu księżniczką, pomiędzy jedną, a drugą dziecięcą zabawą. Może powinnam bardziej celebrować te nasze wspólne zwyczajne codzienne momenty? Może powinnam zacząć budować nasze małe sekretne rytuały, które będzie mogła później odtwarzać z rozczuleniem w dorosłości? Zamiast wypatrywać niecierpliwie kiedy ona w końcu zacznie mówić, chodzić i sama się ubierać i karmić. Kiedy już będzie dorosła. Może należy teraz przede wszystkim zwracać jej uwagę na szum fal, trzask liści pod stopami… Ulubiony talerzyk, szczególny kocyk, ukochanego misia. Te wszystkie drobne niuanse, z których potem będzie budować wspomnienia, które pozwalają jej przywoływać niepowtarzalny klimat magicznej krainy, gdzie było tak bezpiecznie, tak idyllicznie, po prostu dobrze. Może to właśnie o to wrażenie chodzi? O ten spokój, o to bezpieczeństwo? O ten stan, w którym dziecko nie ma dostępu do problemów dorosłych? O świadomość swojego dziecięcego świata, w którym wszystko jest nowe, ciekawe, warte poznania? O tą niezmąconą dziecięcą naiwność, a raczej niezmąconą wiarę w to, że świat jest dobry, że jest dla nas…

Historia pewnego chłopca z Peru.

Nagle przypominała mi się historia, którą opowiedział mi niedawno Dick. Przyszedł z pracy chwilę wcześniej. Był piątek. Najlepszy moment w ciągu tygodnia. Ten stan, kiedy czuję, że teraz właśnie zdarzy się najlepsze, że teraz w końcu będzie na wszystko czas (oczywiście zawsze potem jest tak samo). Dick wszedł do domu i zaczął opowiadać: „Arabellko, przeczytałem dziś ciekawą historię w gazecie. Otóż wyobraź sobie, że uciekł z więzienia gość, co w rok zabił 300 dzieci. Niesamowita historia. Słuchaj. Co dzień o wschodzie słońca mordował jedno małe dziecko.” Odruchowo zapytałam o co dokładnie chodzi z tym gościem? Nie wiem nawet czy byłam w tym momencie bardziej zaciekawiona, czy zniesmaczona. Od kiedy mam dziecko, takie historie nie są już dla mnie tylko i wyłącznie „ciekawostką”  z kategorii „kalejdoskop”. Zawsze w takich momentach, chcąc nie chcąc włącza się we mnie jakiś pierwotny strach. Odruchowo wodzę wzrokiem za Bułą. W głowie kołacze mi myśl, że te wszystkie złe historie gdzieś się na świecie jednak  dzieją. A ja nie chcę o tym wiedzieć. Nie chcę w takie rzeczy wierzyć. Na wszelki wypadek dopytuję Dicka o szczegóły i upewniam się gdzie wydarzyła się ta mrożąca krew w żyłach historia. Przecież gość uciekł z więzienia, więc może naprawdę jesteśmy w niebezpieczeństwie?  Oddycham z ulgą, bo sprawa miała miejsce gdzieś na granicy Peru. W każdym razie daleko. Historia gościa jest w gruncie rzeczy niesamowicie smutna. Był jednym z kilkanaściorga dzieci. Mieszkał z rodzeństwem i matką w jednym pokoju. Ten pokój był przedzielany zasłoną na czas, gdy jego matka pracowała jako prostytutka. Gość bywał też wykorzystywany seksualnie przez jej klientów, czy konkubenta. Nie zapamiętałam szczegółów przyznam szczerze. Dick prawie jednym tchem wymienił ciąg katastrof, które przydarzyły się tamtemu człowiekowi. Tamtemu dziecku, które stało się w dorosłym życiu mordercą, aby  zemścić się za swoje dzieciństwo. W pierwszym momencie myślę, że ta historia jest logiczna. Że ten ciąg zdarzeń taki spójny. Za chwilę karcę samą siebie za takie wnioski. Przecież nie każdy w takich okolicznościach stałby się mordercą. Trzeba mieć pewnie naturę psychopaty. Psycholodzy wyjaśniliby tę sytuację w fachowy sposób. Ja pozostaję dziś tylko z pytaniem, czy taka dorosłość jak dzieciństwo?

Trudne dzieciństwo w Dublinie
Obrazek z książki „Nuts in space”

Lubisz czytać listy?