Wysoko wrażliwa w kuchni.

z Brak komentarzy

Poniedziałek. 

Wstałam z nową energią, choć nie do końca wyspana. Obudziło mnie głośne: „MAMA” wypowiedziane tuż przy moim uchu.

Godzinę później byłam już sama. W planerze czekały wypisane 3 priorytety dnia, jak przykazują gury i gurowie produktywności. Musiałam jeszcze tylko zjeść śniadanie. 

 

Kasia Warpas ilustracja
Kartka wykonana przez ilustratorkę Kasię Warpas (na żywo wygląda jeszcze lepiej ;).

 

Weszłam do kuchni. Zajrzałam do lodówki. Nie mogłam się zdecydować – co zjeść. Bułka? Nie… Za dużo węglowodanów. Wyciągnęłam z lodówki jajka i boczek, aby zrobić jajecznicę. Kątem oka zauważyłam mango, które leżało w niej od tygodnia. Postanowiłam zjeść lassi na drugie śniadanie. Pokroiłam boczek i cebulę. Wrzuciłam wszystko na patelnię. Zamieszałam. 

Odpłynęłam myślami hen daleko…

Przypomniałam sobie, że miałam zaprosić znajome na po-urodzinową kawę. Chciałam zaprosić je do siebie. Tylko musiałabym upiec coś wegańskiego, bezglutenowego i bezcukrowego. Trudna sprawa. Może udałoby mi się je przekonać do ciasta czekoladowego? Musiałyby zgodzić się na kompromis w sprawie cukru. Nie miałam pewności czy na to pójdą… Gdy ostatnio się spotkałyśmy – z okazji urodzin jednej z nich – podano sernik. Choć ta, która nas zaprosiła go nie jadła. Jest weganką. Chciała nam zrobić przyjemność, dlatego kupiła prawdziwy (czyli zrobiony z sera) sernik w najlepszej cukierni w mieście. Druga koleżanka miała po nim problemy żołądkowe, bo nie toleruje laktozy. Zjadła kawałek, żeby zrobić przyjemność tej, która nas poczęstowała (chociaż ona przecież go nie jadła bo jest weganką).

Tylko ja zjadłam wielki kawałek sernika z nieskrywaną radością (i bez konsekwencji gastrycznych). Ne mam problemów z modnymi nietolerancjami. Jem laktozę, gluten, cukier. Ostatnio zaczynam mieć wyrzuty, gdy jem przy kimś coś „normalnego”. Prawie każdy z kim się spotykam czegoś nie je. Czegoś nie toleruje. Tylko ja jem „normalnie” (tzn. jak kiedyś, bo teraz normą jest unikanie jakiegoś składnika).  Robi mi się przez to głupio. Jakaś nienowoczesna jestem… Ale mi to nie szkodzi, więc jem. Czasem myślę (to dość podłe, wiem), że niektóre osoby tak naprawdę eliminują pewne produkty  po to, aby się odchudzić. Może łatwiej powiedzieć – nie mogę, szkodzi mi, nie toleruję, niż odchudzam się. Ale może to ja jestem ignorantką i nie potrafię przyjąć do wiadomości, że każda z nas ma swoje ograniczenia? Ale to tylko mój problem. One nie jedzą i czują się dzięki temu lepiej. 

Z zamyślenia wyrwała mnie przypiekająca się jajecznica.

Zamieszałam. 

I znów zatopiłam się w myślach…

To ciekawe, że nikt nie mówi – jestem wrażliwy na gluten. Wszyscy mówią o nietolerancji. Pomyślałam nagle, że byłby to dobry temat do audycji „W związku z życiem”. Pewnie dlatego, że często rozmawiamy z Gosią o wrażliwości. Lecz nie tej związanej z nietolerancją laktozy, glutenu, czy cukru, lecz tej „życiowej” (a może raczej tej psychicznej). Jestem osobą wysoko wrażliwą. Przez wiele lat miałam wrażenie, że coś jest ze mną nie tak. Dopiero od czasu, gdy tę wrażliwość nazwałam, zaczynam się z nią oswajać. Ale nie jest mi łatwo, bo to takie „niedzisiejsze”.  

Pomyślałam nagle – a, gdyby w przypadku tej psychicznej wrażliwości zamienić słowo wrażliwość na nietolerancję? Tak, jak w przypadku wszystkich gastrycznych wrażliwości. Czy można by dzięki temu uzyskać podobny efekt „wizerunkowy”? Mam wrażenie, że nikt nie czuje się gorszy, że nie może jeść bułek, ciastek i innych powszechnie dostępnych chrupiących wypieków. Nie w tych czasach. Może kiedyś, gdy ludzie nie mieli wyboru, musieli podporządkować się glutenożerczej większości borykając się z ciągłym bólem brzucha… Może wtedy wiązał się z tym jakiś wstyd (zapewne potajemnie odczuwany w toalecie)? Tak samo z laktozą. Ale czasy się zmieniły. Każda świadoma osoba mówi o tym otwarcie: nie, dziękuję, ten składnik mi szkodzi; nie toleruję tego; nie jem; poproszę o zamiennik; jak to, nie macie; idę gdzie indziej. 

A co z nami „wrażliwcami”?

Tymi, którym szkodzi: tłum, hałas, ciągła pogoń za czymś, co wcale nas wewnętrznie nie kręci, tylko uzależnia? Co z tymi, których umysły nie tolerują open space’ów, bo nie potrafią się w nich skupić przez nadmiar bodźców? Chyba ciągle się ukrywamy. Czujemy się gorsi, winni, że nam wiele bodźców przeszkadza. Mamy wrażenie, że musimy się dostosować za wszelką cenę. Za cenę jakiegoś wewnętrznego bólu, który nas niesamowicie uwiera. Chcemy się uodparniać, zmieniać przekonania, wystawiać się na to, co nam szkodzi, aby w końcu być ok. Pasować do naszej głośnej, pędzącej kultury i otoczenia. Być jak inni. 

Tylko, czy tak to działa? Czy naprawdę wystawiając się na bodźce ponad miarę naszego systemu nerwowego jesteśmy w stanie znosić więcej? Czy może w dłuższej perspektywie jesteśmy coraz bardziej wyczerpani? Mam pełną świadomość, że życie jest pełne głośnych ludzi, niesprzyjających okoliczności, wielu bodźców, ekstrawertyków…  I nie sposób spędzić go w „bańce”, chroniąc się przed wszystkim, co nam przeszkadza… Ale czy nie żyjemy w czasach, kiedy zaczynamy mieć wpływ na to, w jaki sposób i z kim spędzamy nasze życie? I czy nie warto dbać o to, żeby spędzać jak najwięcej chwil na własnych zasadach? 

Jajecznica zaczęła się przypalać. Zamieszałam. 

 

Wrażliwa w kuchni

 

Uzmysłowiłam sobie, że w międzyczasie zaczęłam już obierać mango na południową przekąskę. 

Wyciągnęłam w pośpiechu blender, żeby wrzucić do niego jogurt. Chwyciłam moździerz, aby szybko rozgnieść ziarnko kardamonu do lassi. Spoglądając kątem oka na jajecznicę (jakby dało się cokolwiek zrobić z jajecznicą patrząc na nią, mając ręce zajęte kamiennym  moździerzem). 

Tak jak przypuszczałam jajecznica zaczęła się przypalać. Musiałam interweniować. Odkładając pospiesznie moździerz na stół zobaczyłam tylko jak zaczyna spadać na podłogę. Trwało to może sekundę, lecz czas nagle zwolnił. To zabawne, że widzi się takie rzeczy jak na zwolnionym filmie, choć nie jest się w stanie zareagować. Wielki, kamienny kawał moździerza runął o ziemię z hukiem. Odruchowo wykrzywiłam twarz, spodziewając się najgorszego. Zobaczyłam kilka czarnych kawałków odpryskujących na boki. Uff… Kafelki pozostały nietknięte. Moździerz uległ pewnym obrażeniom, ale nadal będzie spełniał swoją rolę. Nic wielkiego się nie stało. Na szczęście. 

Wyłożyłam jajecznicę na talerz. Zjadłam. Wróciłam do kuchni. Rozgniotłam kardamon w moździerzu. Dodałam go do mango i jogurtu. Zblendowałam. Ostrożnie odłożyłam wszystkie sprzęty na miejsce. Kusiło mnie, aby przy okazji włożyć coś do zmywarki, ale opamiętałam się w ostatniej chwili. Ciagle miałam w pamięci rozbity moździerz.

Nie od dziś wiem, że multitasking mi nie służy.

Mam na niego nietolerancję. Objawia się ona tym, że w pewnym momencie coś wypada mi z rąk, albo zaczynam być wściekła na otoczenie. Nie nadążam. Jestem wrażliwa na pośpiech. Tak już mam. Mimo tego zawsze robię kilka rzeczy na raz. Tylko źle się po tym czuję (a od czasu do czasu pewne sprzęty także na tym cierpią). 

Jak widać wszystko może wejść w nawyk. Nawet to, co jest wbrew naturze. Wrażliwiec, którego od dziecka nazywano powolniakiem może zostać królową multitaskingu. Tylko czy na pewno? I czy ma dzięki temu królewskie samopoczucie? 

Usiadłam przy komputerze. Zaczęłam pisać tekst. W międzyczasie odpisałam na kilka wiadomości znajomym. Ktoś czegoś chciał – na już. Napisałam, że nie mogę. Poczułam się z tym nieswojo. Zajrzałam do planera. Mam inne priorytety, które wybrałam wcześniej. Wróciłam do pisania tego tekstu. Wyłączyłam dźwięk w telefonie. Za chwilę skończę pisać. Pójdę po lassi. Zatrzymam się. Wypiję w spokoju. Potem przejdę do kolejnych priorytetów. W swoim tempie. 

Świat pewnie nie poczeka. Ale ja przynajmniej  nie zwariuję. 😉 

 

Więcej o WYSOKIEJ WRAŻLIWOŚCI:

  1. POSŁUCHAJ w audycji W związku z życiem. Autentyczne rozmowy (dla) Kobiet. Polecam odc. 16. Co z tą wrażliwością oraz odc. 21. Czemu kretywni ludzie potrzebują być odporni psychicznie? 
  2. POCZYTAJ  w książce „Wysoko wrażliwi” Elaine N. Aron, którą bardzo polecam każdej wysoko wrażliwej osobie (albo osobie żyjącej z WWO).
  3. OGLĄDAJ na YT –  wystąpienie Eleny Herdieckerhoff na TEDxParis, pt. „The gentle power of highly sensitive people”. Film jest w języku angielskim, ma na YT prawie 1,5 mln wyświetleń. Przyznam, że popłakałam się oglądając go po raz pierwszy (nie czytałam wtedy jeszcze książki „Wysoko wrażliwi”, a o zagadnieniu coś kiedyś od kogoś słyszałam, ale nie miałam pojęcia, że to o mnie).

 

Masz podobnie?

Napisz do mnie lub skomentuj. To naprawdę bardzo spokojne miejsce. 😉